Zawsze z lekkim, niezdrowym napięciem obserwuję powoływanie nowego rządu – albo choćby jego drobne roszady. Wśród uśmiechów, gratulacji i błysków fleszy istnieje moment zupełnie tragiczny. To ta chwila, gdy prezydent wręcza nominację ministrowi zdrowia. Uprzejmy gest, teczka z orłem, uścisk dłoni. A w istocie – egzekucja.
Dlatego nie potrafię się nie wzruszyć, patrząc na Jolantę Sobierańską-Grendę - świeżo upieczoną panią minister - która w garsonce w kolorze viagry (niebieski jak nadzieja, że jeszcze coś stanie) stanęła przed prezydentem i odebrała swój los zapieczętowany obwolutą. Trzymała się nieźle, jak na swój wiek - choć wyglądała, jakby miała zaledwie trzydzieści parę i jeszcze mogłaby pożyć. A jednak - od tej chwili zaczyna się agonia.
Zdrowie publiczne – misja samobójcza
Minister Zdrowia to człowiek, który ma po prostu przejebane. To najbardziej niewdzięczny resort w całym katalogu państwowych stanowisk. Dostać zdrowie w spadku to jak przejąć Titanic po zderzeniu z górą lodową i jeszcze usłyszeć od premiera: „No to napraw, tylko tanio”.
Bycie ministrem zdrowia to jak pilotowanie samolotu z pustym bakiem, awarią silników, pasażerami walącymi pięściami w drzwi kokpitu i instrukcją lotu pisaną przez księgowych. Ministra nie kochają nawet ratownicy medyczni. Każdy dzień zaczyna się od maila z danymi o zakażeniach, a kończy raportem o średnim czasie oczekiwania na endoprotezę kolana – gdzieś w okolicach 2031 roku. (Na dziś 968 dni. Jeśli pacjent ma 70 lat, niech rozważy, czy warto.)
Nie miejmy złudzeń: objęcie funkcji ministra zdrowia to wyrok śmierci. W ciągu 30 lat przez ten resort przewinęło się 26 osób - więcej niż papieży od czasów Soboru Trydenckiego (1563). Średni czas przeżycia na tym stanowisku około 16 miesięcy. Dwóch ministrów - mimo że mieli pod sobą cały korpus lekarski - zmarło w trakcie urzędowania: Ryszard Żochowski i Franciszka Cegielska. Czterech kolejnych odeszło później, ale wersji o powolnej zemście podwładnych nie należy wykluczać. Ostatnio widziałem Łukasza Szumowskiego (pamiętacie COVID). Wygląda dokładnie tak jak w czasie pandemii. Jakby wciąż trwał marzec 2020.
Resort chorób
Oprócz wszystkich innych paradoksów tego resortu, myślę, że najgłębszy zaczyna się już na poziomie jego nazwy. „Ministerstwo Zdrowia”. Brzmi pięknie, pokrzepiająco, jak zapowiedź harmonii, długowieczności i jogi o poranku. Ale to czysta fikcja językowa, kłamstwo systemowe, które miało złagodzić prawdę.
Podobnie jak „Ministerstwo Obrony”, które w praktyce przygotowuje się do ataku, tak „Ministerstwo Zdrowia” zajmuje się wszystkim poza zdrowiem. To eufemizm. W rzeczywistości to Ministerstwo Choroby. Zarządza systemem dopiero wtedy, gdy zdrowie już zawiedzie. Gdy coś pęknie, zapali się, skrzepnie albo przestanie bić. Nikt tam nie monitoruje dobrego samopoczucia. Monitoruje się tam kolejki, zatory, zgony, braki kadrowe, inflację kontraktów i średni czas oczekiwania na rezonans.
Pojawia się zatem fundamentalny konflikt poznawczy: minister, który nosi tytuł „zdrowia”, w rzeczywistości całe dnie spędza, otoczony chorobami. Myśli o nowotworach, respiratorach, refundacjach i aptekach. A to nie ma nic wspólnego ze zdrowiem - ani fizycznym, ani psychicznym. To nie ezoteryka. To brutalna logika organizmu: niezgodność myśli z rzeczywistością prowadzi do choroby. I to nie tylko tej klasycznej, psychiatrycznej, ale do wszelkich możliwych „niewiadomych” dolegliwości - tych, których etiologia jest mglista, ale pacjent cierpi realnie. Zresztą istnieją szkoły medycyny, które twierdzą, że wszystkie choroby mają początek w umyśle. Jeśli więc minister zdrowia żyje w stanie permanentnego dysonansu - mówi „zdrowie”, a codziennie zarządza cierpieniem - to trudno się dziwić, że wielu z nich kończy jak kończy. I że urząd ten po prostu zabija.
Dla dobra nowej pani minister, ale też dla jasności przekazu, proponowałbym, żeby w końcu nazwać rzeczy po imieniu. Bo przecież „Ministerstwo Choroby” - choć brzmi jak instytucja z dystopijnego serialu - byłoby bliższe rzeczywistości.
Biuro utrzymania status quo
Już wiemy, że resort ten nie zarządza zdrowiem, tylko jego brakiem. Odpowiedzialny jest za godzenie tego, co z definicji nie da się pogodzić - cierpienia z budżetem, życia z limitem świadczeń, oczekiwań z dostępnością.
Mamy tu klasyczne yin-yang: z jednej strony dążymy do tego, żeby ludzie żyli jak najdłużej, z drugiej - wiemy, że po pięćdziesiątce 80 proc. populacji uskarża się na co najmniej jedną przewlekłą dolegliwość. Czyli: im dłużej żyją, tym bardziej chorują. Im bardziej chorują, tym więcej potrzeba pieniędzy. A pieniędzy - nie ma.
Ale teraz wyobraźmy sobie alternatywę: że te rzesze pątników, które właśnie ruszają do Częstochowy, wymadlają całkowite uzdrowienie społeczeństwa. Że wszyscy nagle stają się zdrowi, szczęśliwi, bez bólu, bez recept. No właśnie - katastrofa. Pacjent wyleczony to klient stracony. Szpitale pustoszeją. Lekarze strajkują. Apteki bankrutują. System się wali. Paranoja!
Cały ten gmach: NFZ, AOTMiT1, konsultanci krajowi, kontrakty, rejestry - istnieje nie tyle po to, by nas uzdrowić, ale by utrzymać równowagę między liczbą chorujących a tempem ich leczenia. Nie chodzi o zdrowie, tylko o stan stabilnego niedomagania. O rezonans między wpływami ze składek a wydatkami na procedury.
Medycyna: triumf diagnozy, klęska terapii
Tyle że nawet ta równowaga jest złudzeniem. Bo współczesna medycyna to studnia bez dna.
Nie ma takich pieniędzy, których nie dałoby się przepalić w imię ratowania życia. Zastrzyk za 1500 zł? Proszę bardzo. Lek za 5 milionów? Dzięki zbiórkom typu „SiePomaga” już wszyscy znamy ten refren. Im bardziej zaawansowana terapia, tym bardziej nie-do-odmówienia. A każda próba racjonalizacji kosztów graniczy z morderstwem. Politycznym albo moralnym.
No i w końcu dochodzimy do sprawy fundamentalnej: Ach, ta nasza nowoczesna medycyna! Tak nowoczesna, że ma raptem sto lat, a niektóre z jej „-logii” to osiągnięcia zaledwie ostatniego pokolenia. Jeszcze nasi dziadkowie leczyli się na poważnie bańkami, rtęcią i upustami krwi - wszystko zgodnie ze sztuką. Kto kiedykolwiek zapoznał się z historią tej ludzkiej specjalności sprzed dwóch stuleci, nie ma wątpliwości: poza składaniem złamanych kości to była w dużej mierze szarlataneria. Czy jest lepiej?
Na pierwszy rzut oka - oczywiście. Mamy piękne, nowoczesne szpitale, błyszczące maszyny, lekarzy w śnieżnobiałych kitlach i helikoptery z czerwonym krzyżykiem, które lądują w centrum miasta niczym zwiastun nadziei. Mamy systemy, rejestry, procedury, aplikacje, e-skierowania i refundację w wysokości 12 zł. Ale czego tak naprawdę dotyczy ten postęp?
Otóż głównie diagnostyki. Staliśmy się mistrzami w rozpoznawaniu chorób, w ich katalogowaniu, nazywaniu, klasyfikowaniu, dzieleniu na typy, podtypy, jednostki i podjednostki. Mamy ICD-102, ICD-11 i wkrótce pewnie ICD-∞. Wymyślamy coraz to nowsze choroby, bardziej precyzyjne nazwy, bardziej zniuansowane definicje - aż trudno już być po prostu „chorym”. Dziś trzeba być konkretnie chorym. I najlepiej w trzech różnych kodach.
Natomiast rzeczywista terapia - leczenie, uzdrawianie, powrót do zdrowia - zaskakująco często sprowadza się do tego samego, co sto lat temu: eufemistycznego komunikatu dla rodziny, że „medycyna w takich przypadkach jest bezsilna”. I wtedy wracamy do punktu wyjścia. Szpital lśni, diagnoza perfekcyjna, personel kompetentny, tylko pacjent, niestety, umarł.
618 milionów na e-kolejkę
Mam jednak pewne przeczucie: że nowa pani minister to jednak ogarnie. Wygląda bowiem na typową technokratkę. Uporządkowaną, cyfrowo kompatybilną, bez zbędnych emocji, za to z CV w formacie PDF. A stanowisko? Nie oszukujmy się - dostała je w nagrodę za to, że bilans jej się zgodził. Kierowała bowiem Departamentem Zdrowia w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Pomorskiego. Później - jako prezeska Szpitali Pomorskich, jednej z największych samorządowych spółek medycznych w kraju - przeprowadziła skuteczną restrukturyzację i wyprowadziła placówkę na prostą. W 2023 roku zarządzane przez nią szpitale wypracowały ponad 37 mln zł nadwyżki.
I jeżeli ten model bilansowania kompetencji miałby się rozlać na całą służbę zdrowia, to będzie to pierwszy minister zdrowia, który uszczęśliwi ministra finansów. Bo przecież nie pacjentów.
Jakie jest jej najważniejsze zadanie? Już wiadomo. Wdrożyć Centralną e-Rejestrację wizyt. Nie pytajcie, czy to jej pomysł. Nie – to Sejm narzucił, zresztą na mocy prawa, które uchwalono szybciej niż da się zarejestrować do neurologa. Czy to skróci czas oczekiwania na poradę psychiatryczną z obecnych ponad 700 dni do siedmiu? Oczywiście, że nie. Ale za to będzie kosztowało 618 mln zł. Jeśli system w ogóle kiedyś zadziała (co nie jest wcale pewne) - to pacjent w stanie przedzawałowym z Suwałk dostanie radosny komunikat: „Najbliższy dostępny termin u kardiologa: Wałbrzych, za trzy miesiące.” Zarejestruj się klikając „Tak” albo „Wróć do wyszukiwarki”. Tak działa nowoczesność. Problem nie zniknie, ale za to będzie elegancko zinformatyzowany.
NFZ: Dziecko Lenina
Wiem, że to, co za chwilę napiszę, nie spodoba, ale przemilczenie tego fundamentalnego faktu byłoby po prostu kłamstwem. Otóż, jeśli chodzi o Ministerstwo Zdrowia - prawda jest taka, że to wymysł komunizmu. Przed Leninem nikomu rozsądnemu nie przyszło do głowy, żeby państwo zajmowało się leczeniem obywateli. Żeby ludziom w chorobie należała się pomoc z budżetu. Ten absurd zmaterializował się dopiero w Związku Radzieckim, gdzie w 1918 roku powołano Ludowy Komisariat Zdrowia Publicznego (Наркомздрав) - pierwszą nowoczesną centralną instytucję zdrowia publicznego na świecie. Na jego czele stanął niejaki Nikołaj Siemaszko - lekarz, bolszewik i gorliwy propagator szczepień, higieny oraz bezpłatnych usług medycznych. Komisariat został później przekształcony w Ministerstwo Zdrowia ZSRR, a model przez Siemaszko stworzony przetrwał do 1991 roku. Co więcej - ten radziecki eksperyment stał się wzorcem nie tylko dla bloku wschodniego, ale też, ku zgrozie liberalnych dusz, dla takich instytucji jak NHS w Wielkiej Brytanii. Dlatego dziwi mnie, że Jarosław Kaczyński - niezmordowany tropiciel moralnych odprysków PRL-u - jeszcze nie zaproponował likwidacji tego bolszewickiego pomiotu! Może warto byłoby sięgnąć po system amerykański? Tam ochrona zdrowia kosztuje najwięcej na świecie (per capita), ale za to miliony ludzi nieposiadających ubezpieczenia nie mają żadnego dostępu do lekarza. Zaprawdę godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne.
- Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji
- International Statistical Classification of Diseases and Related Health Problems (Międzynarodowa Statystyczna Klasyfikacja Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10)
Oznaczono jako :
Minister Zdrowia Rekonstrukcja Tusk
Poprzedni artykuł
O Autorze :
O Autorze :
Ruben Jary
Byłem redaktorem naczelnym w kraju za Odrą. Szydziłem z każdej władzy, piętnowałem obłudę kleru i możnych tego świata. Nie brakło mi przez to wrogów, ale i czytelników. Moje felietony, cierpkie jak stary ocet, były kubeł zimnej wody na rozpalone głowy. I dalej będę pisał, bo prawda nie zna emerytury – choćby do śmierci, a może i dzień dłużej.
Dobry człowiek, ale zły papież
FELIETON / KOŚCIÓŁ / MEDIA Dobry człowiek, ale zły papież Nie wiem, czy zauważyliście – a właściwie jestem pewien, że nie zauważyliście – że pontyfikat Leona XIV trwa już siedem miesięcy. Można by pomyśleć, że papież się zawiesił. O Leonie jest raczej cicho w przeciwieństwie do jego rodaka – Trumpa, obecnie najważniejszego człowieka na Ziemi, Wszechziemi i Metaziemi. Ten przynajmniej jest widoczny na trzech wysokościach każdego ekranu: w nagłówku, w reklamie i w komentarzu z Ukrainy. Codziennie bombarduje nasze receptory medialne kolejnym „Make America Whatever Again”. Nie miejmy złudzeń – nasze umysły mają ograniczoną pojemność na amerykańskie figury władzy, i w tym rozdaniu jeden Jankes wystarczy. Wybór padł na tego, który wrzeszczy. Technokrata, komunista i czołg No i jest jeszcze jeden powód, dla którego Episkopat Polski milczy, gdy w Watykanie zmienia się lokator: głęboka, narodowo-mistyczna, niewyleczona trauma po śmierci Jana […]
Ruben Jary 2026-02-10
PROFIL ZADUFANY
PROFIL ZADUFANY KSeF, który działa wybiórczo, czyli państwo udaje zegar Mija 70 godzina od wprowadzenia elektronicznego systemu faktur i – zgodnie z przewidywaniami malkontentów – system przestał udawać, że wszystko jest pod kontrolą. Nie ma już ciszy. Są komunikaty. Są formuły w rodzaju „przepraszamy za utrudnienia” oraz „pracujemy nad rozwiązaniem problemu”. A z drugiej strony buńczuczne zapewnienia, że system działa. Zobaczymy, co będą gadać za tydzień. Awaria uczciwa i awaria państwowa KSeF – nie tyle „działa, ale nie da się z niego skorzystać”, ile działa wybiórczo, niestabilnie i losowo. To w przypadku systemu rozliczeń gospodarczych jest w istocie gorsze niż całkowita awaria. Zegar, który spieszy się o siedem minut na godzinę, jest groźny – bo udaje, że działa, a w rzeczywistości wprowadza chaos. Lepiej nie mieć zegara niż mieć taki, który systematycznie kłamie. Całkowita awaria byłaby przynajmniej uczciwa. Tu natomiast […]
Ruben Jary 2026-02-03
Świński raj, ludzkie piekło
Zatem zamierzam znokautować humanizm, dać kopniaka w krocze człowieczeństwu i prztyczka w nos cywilizacji. Patrzysz na grill. Kiełbasa się skwierczy, kaszanka paruje, tłuszcz ścieka na rozżarzone węgielki. I nie wiesz, że to, co właśnie przypalasz – jeszcze niedawno było szczęśliwsze niż ty. Nie tylko dlatego, że świnia nie miała planu na życie. Nie tylko dlatego, że nie pisała doktoratu i nie znała Rilkego i nie rozróżniała wina wytrawnego od półsłodkiego. Ale dlatego, że jej mózg działał tak, jak powinien działać mózg. Czyli: zgodnie z rzeczywistością. Szczycimy się, że jesteśmy koroną stworzenia. Że mamy największe mózgi w znanym wszechświecie. Statystycznie – nasz jest około siedmiu razy większy niż mózg świni. Ale czy to naprawdę powód do dumy? A może właśnie w tym leży problem? Czy nie jest to wybryk natury – ba choroba podobna do nadwagi albo wodogłowia czy przerostu innych […]
Ruben Jary 2025-11-03
Krzywy banan, prosty krętacz
Urodziłem się w kraju, w którym świat zaczynał się za szlabanem w Świecku, a kończył na przydziale z MHD („papier toaletowy był rano”). W kraju, gdzie wyjazd za granicę był luksusem zarezerwowanym dla zaufanych, a paszport spoczywał na komendzie, w szufladzie, - między kajdankami a formularzem SB. W kraju, gdzie dzieci notabli nosiły jeansy z RFN, a dzieci nauczycieli chodziły w ortalionie z Łodzi. Urodziłem się w kraju, który karmił się frazesami o pokoju i przyjaźni między narodami z jednej strony, z innej szykował inwazję na Danię. Ale kredyty brał w Deutsche Banku i marzył o Pontiaku z plakatu. W kraju, gdzie na akademiach recytowano Breżniewa przy dźwiękach Lennona, a w partyjnych Pewexach, dolary miały większą wartość niż ideały. W kraju, który ponoć był suwerenny, ale pytał Moskwę o zgodę na każdy krok, chociaż nawet jak jej nie uzyskiwał to […]
Ruben Jary 2025-09-16
Przegrana od nominacji
Zawsze z lekkim, niezdrowym napięciem obserwuję powoływanie nowego rządu – albo choćby jego drobne roszady. Wśród uśmiechów, gratulacji i błysków fleszy istnieje moment zupełnie tragiczny. To ta chwila, gdy prezydent wręcza nominację ministrowi zdrowia. Uprzejmy gest, teczka z orłem, uścisk dłoni. A w istocie – egzekucja. Dlatego nie potrafię się nie wzruszyć, patrząc na Jolantę Sobierańską-Grendę - świeżo upieczoną panią minister - która w garsonce w kolorze viagry (niebieski jak nadzieja, że jeszcze coś stanie) stanęła przed prezydentem i odebrała swój los zapieczętowany obwolutą. Trzymała się nieźle, jak na swój wiek - choć wyglądała, jakby miała zaledwie trzydzieści parę i jeszcze mogłaby pożyć. A jednak - od tej chwili zaczyna się agonia. Zdrowie publiczne – misja samobójcza Minister Zdrowia to człowiek, który ma po prostu przejebane. To najbardziej niewdzięczny resort w całym katalogu państwowych stanowisk. Dostać zdrowie w spadku to […]
Ruben Jary 2025-08-27
Architekt cieni. Rządzić, nie będąc u władzy
Nie będę o tym, bo już inni byli to zrobili, dlaczego Trzaskowski przegrał. W większości byli słuszni, choć zasadniczo mylni. Bo owszem, przegrał. Ale zdobył 10 milionów, a to wynik więcej niż przyzwoity. Różnica jednego procenta to nie nokaut, tylko rysa na wyniku. Nie jest wcale oczywiste, że gdyby wypadł lepiej na debacie albo gdyby jego kampanią nie zarządzała osoba o kwalifikacjach z „Dzień Dobry TVN”, to rezultat byłby inny. To zbyt prosta interpretacja. Świat i polityka – tak nie działają.Przyjrzyjmy się fenomenowi rzeczywistego przeciwnika Trzaskowskiego. Pochylmy się nad tym unikatem na skalę światową – człowiekiem, który nie startuje, nie kandyduje, nie zabiega... a i tak rządzi wszystkim i wygrywa. Tym który rozegrał Trzaskowskiego.Fenomen trwaniaÓw nie goni za pieniędzmi, nie celebruje luksusu, nie potrzebuje aprobaty mediów. Nie ma dzieci. Nie ma żony. Nie jeździ do Toskanii. Nie biega, nie pływa, […]
Ruben Jary 2025-06-30
Powiązane
1000 filmów o Mateuszu
Wałęsa nie czytał, Lenin pisał tomy W dobrym tonie każdego polityka jest wydać choć jedną książkę pod własnym nazwiskiem - z obowiązkowym tytułem w stylu Słowo, honor i cośtam. Nawet Lech Wałęsa jedną wydał, choć, jak sam zeznał, żadnej nie przeczytał.Niewielu polityków wniosło jednak tak potężny wkład w kulturę jak Włodzimierz Lenin, którego Wielka edycja jubileuszowa Dzieł wszystkich liczyła 60 tomów. To absolutny rekord wszech czasów. Nikt wcześniej ani później nie napisał tyle o sobie i o własnej nieomylności w tak krótkim czasie.Wódz rewolucji zmarł mając zaledwie 53 lata, a zdążył już nie tylko obalić carat, ale też zostawić po sobie biblioteczny odpowiednik mauzoleum – z liter zamiast marmuru. Przyznam, że próbowałem to czytać. Próbowałem. Do dziś czuję w oczach ukłucia cyrylicy i zapach szczerej ideologii.Drugim literackim herosem polityki był Winston Churchill. Jego Pamiętniki o drugiej wojnie światowej to 12 […]
Robert Jaruga 2026-01-28
Język jako źródło cierpień
Freud wciąż boli Pomazaniec narodu Karol Nawrocki - z legitymacji ponad dziesięciu milionów obywateli i może dwóch wątpiących - zadał cios w kroczę zwyrodnialstwu językowemu, wetując ustawę o uznaniu języka wilamowskiego za język regionalny. Nie wiecie, co to jest ten język wilamowski? I bardzo dobrze, dlatego nigdy nie zostaniecie prezydentami. Prezydent wiedział. Wiedział i rozumiał, jakie zagrożenie dla zdrowego kręgosłupa narodowej polszczyzny niesie grupa staruszków z Wilamowic, którzy mamroczą słowa niezrozumiałe nawet dla Google Translate. Językiem wilamowskim posługuje się w Polsce aż trzydzieści osób w miasteczku Wilamowice, liczącym 3165 mieszkańców, koło Bielska-Białej. Gdyby zatem uznać wilamowski za język regionalny, to za chwilę cała Polska zaczęłaby mówić po wilamowsku. Katowice by poszły, Warszawa by padła, a telewizja publiczna musiałaby zatrudnić tłumacza z wilamowskiego na polski i odwrotnie. Zapanowałby chaos semantyczny, rozpad znaczeń i niebezpieczeństwo, że ktoś pomyli „ojczyznę” z „ojcizną”. Dlatego […]
Robert Jaruga 2025-11-20
WIELKI HETMAN MORAWIECKI
Mateusz Morawiecki najwyraźniej nie ma co robić. Majątek przepisał na żonę - i dzięki temu nikt nie wie, jakie akcje spółek skarbu państwa posiada, a jakie lepiej omijać szerokim łukiem. Wszystkie niecności okresu premierowania - w tym zaprzepaszczenie 700 miliardów złotych z KPO, które rzekomo „załatwił” Polsce i do których szczerzył się na plakatach - uszły mu płazem. Podobnie jak koszmary legislacyjne w rodzaju ustawy podatkowej zwanej Polskim Ładem czy budowanie na spółę z Glapińskim równoległych budżetów państwa poza kontrolą Sejmu. Dzięki pobłażliwości Tuska i własnej aktywności w mediach, zapewne wspieranej przez Kaczyńskiego, Morawiecki nie tylko wrócił do gry, ale wręcz jest rychtowany na premiera 2027 roku. Krąg wzajemnego zaufania i przelewów Tutaj wypada przypomnieć, że 6,54 mln zł (ze środków Skarbu Państwa) plus 3 529 945 zł – ta druga suma już bezpośrednio z Kancelarii Premiera - trafiły do […]
Robert Jaruga 2025-11-13
Jak student historii został prezydentem lub alfonsem
Otóż ostatni tydzień przyniósł wieść, która zaparła dech w piersiach i spowodowała zamęt w głowach. Karol Nawrocki, obecny prezydent, będzie walczył z Axel Springerem – a konkretniej z jego polskimi podkomendnymi z Onetu.pl – o to, czy w czasach młodości zajmował się stręczycielstwem, czy też jednak nie zajmował. Istota sporu tkwi w pytaniu: czy Karol Nawrocki oprócz tytułu prezydenta nosi w życiorysie także epizod alfonsa z sopockiego Grand Hotelu. Sugestie o alfonsowaniu znalazły się w publikacji Onetu, która - przypadkowo wyszła akurat w kampanii wyborczej. Skutek? Dla Karola poniżający, bo w opinii dużej mniejszości został alfonsem z Grandu.No i teraz mam dylemat natury egzystencjalno-obywatelskiej. Jako niechętny Nawrockiemu -przyznaję bez bicia - wolałbym, żeby był alfonsem. To by wiele tłumaczyło i ubarwiło nasze życie polityczne. Ale jako obywatel, który jeszcze płaci podatki, muszę jednak woleć, aby prezydent alfonsem nie był.No i […]
Robert Jaruga 2025-10-01
Mięśnie zamiast mózgu
Jeżeli chodzi o mój zawód dziennikarza i publicysty - największym problemem jest autocenzura. Dziennikarz jest bowiem jak termometr wsadzony w tyłek niemowlęcia: jego zadaniem jest rzetelnie i obiektywnie wyjaśnić, jaka jest temperatura owego tyłka. Niestety nie wolno zapominać, że termometr ma też swoją własną temperaturę - zazwyczaj niższą niż ludzka - i ta jego chłodna natura nieuchronnie wpływa na wynik pomiaru. Innymi słowy, sam akt mierzenia zmienia mierzony obiekt. Zatem mam dylemat zawodowy: wiem, że każde słowo, każda obserwacja, każdy opis - choćby obiektywny - wpływa na rzeczywistość, którą próbuję przedstawić. Moja obecność w temacie jest jak wejście z termometrem do tyłka: zafałszowuje to, co chciałem uchwycić. Dlatego często mówię: może lepiej przemilczeć, lepiej nie mierzyć, lepiej nie wyjaśniać. Słowa mają moc. Mogą zmienić temperaturę całego układu, zanim ktokolwiek zdąży zauważyć, jaka ona była naprawdę. Dzisiaj więc zaryzykuję i zrobię […]
Robert Jaruga 2025-09-13
Architekt cieni. Rządzić, nie będąc u władzy
Nie będę o tym, bo już inni byli to zrobili, dlaczego Trzaskowski przegrał. W większości byli słuszni, choć zasadniczo mylni. Bo owszem, przegrał. Ale zdobył 10 milionów, a to wynik więcej niż przyzwoity. Różnica jednego procenta to nie nokaut, tylko rysa na wyniku. Nie jest wcale oczywiste, że gdyby wypadł lepiej na debacie albo gdyby jego kampanią nie zarządzała osoba o kwalifikacjach z „Dzień Dobry TVN”, to rezultat byłby inny. To zbyt prosta interpretacja. Świat i polityka – tak nie działają.Przyjrzyjmy się fenomenowi rzeczywistego przeciwnika Trzaskowskiego. Pochylmy się nad tym unikatem na skalę światową – człowiekiem, który nie startuje, nie kandyduje, nie zabiega... a i tak rządzi wszystkim i wygrywa. Tym który rozegrał Trzaskowskiego.Fenomen trwaniaÓw nie goni za pieniędzmi, nie celebruje luksusu, nie potrzebuje aprobaty mediów. Nie ma dzieci. Nie ma żony. Nie jeździ do Toskanii. Nie biega, nie pływa, […]
Ruben Jary 2025-06-30
Bądź pierwszym, który skomentuje!