Są idioci, którzy kupują działki na Księżycu. Zatem muszą być też kretyni, którzy je sprzedają. Do tego dochodzi ogromna rzesza debili – w tym ja – którzy w tym procederze księżycowej grabieży nie uczestniczą.
Handel księżycowym gruntem budzi skrajne emocje. Zakładając jednak, że ludzie – pomimo pozornej głupoty – kierują się racjonalnością i własnym interesem, warto rozważyć, kto ma rację. Czy inwestycja w księżycowe nieruchomości – dziś stosunkowo tanie, bo zaledwie 70 dolarów (280 złotych) za hektar – ma sens?
Skoro stanowiska w sprawie handlu księżycowym gruntem są tak skrajne, nie zapomniawszy, że ludzie na ogół kierują się własnym interesem i racjonalnością, która jakkolwiek postronnym wydawać się może głupawa, słusznym jest ustalić, kto tak naprawdę ma rację. Czy warto inwestować w księżycowe nieruchomości, które są obecnie stosunkowo tanie, jakieś 70 USD za hektar, czyli 280 zł.
Rozważania wiążą się z 54-rocznicą lądowania na Księżycu radzieckiej automatycznej sondy Luna 16, w 14 miesięcy po tym, jak odwiedzili Księżyc po raz pierwszy Amerykanie, na niewidocznej jego stronie, również dla fal radiowych wysyłanych z Ziemi, wylądował pierwszy automatyczny i autonomiczny lądownik. Przystojny, jak odkurzacz i elegancki, jak wojskowy termos na zupę, z którego wystawały we wszystkie strony wąsy anten.
Częściowo sterowany z Ziemi, no i częściowo sztucznie inteligentny, co w owych czasach, kiedy kalkulator kosztował majątek, było na miarę wynalazku systemu Windows, który miał się pojawić dopiero za 15 lat. Luna pobrała z Księżyca próbki gleby. Zgodnie z zadanym algorytmem wysłała je na Ziemię. Była to zaawansowana ekwilibrystyka inżynieryjna, jednak prawdziwa wartość tej misji objawić się miała 23 lata później.
W przeciwieństwie do hitlerowskiego konstruktora rakiety, która dowiozła Armstronga na Księżyc, o szlacheckim nazwisku von Braun, konstruktor Luny 16 był za życia powszechnie nieznany, co i po śmierci prawie się nie zmieniło. Niewielu wie, że programami kosmicznymi, które pozwoliły na wysłanie pierwszego w historii ludzkości satelity w kosmos, pierwszego psa na orbitę, pierwszego człowieka, który okrążył dookoła Ziemię w statku kosmicznym oraz pierwszej kobiety, której się to przytrafiło zawiadywał inżynier Siergiej Pawłowicz Korolow, kozak znaczy Ukrainiec. Ten Korolow miał nawet drugą żonę, która w uznaniu zasług męża dla rozwoju kosmonautyki, po jego śmierci, dostała od radzieckiego rządu 3 fragmenty skały księżycowej przywiezionej przez tę Łunę 16. Każdy ważący po 2 gramy. Razem 6 gramów Księżyca.
Nina Karolewa w 1993 roku te fragmenty księżyca wywiozła do Nowego Jorku, gdzie tamtejszy dom aukcyjny Sotheby’s, wystawił je na sprzedaż. Za trzy ziarna żwiru wylicytowano i zapłacono 440 tys. dolarów USA. Wychodzi ponad 73 tys. za gram. Była to wtedy jedyna udokumentowana i legalna sprzedaż kawałka kosmosu, na wolnym rynku, gdzie zgodnie z prawidłami ekonomii, cena ustalana jest w okolicach właściwej wartości. Nabywca był anonimowy.
Można by powiedzieć, że zachował się nonsensownie, gdyby nie to, że miał na wydanie owe 400 tys. co raczej świadczy o jego racjonalności i że na geszeftach tak w ogóle znać się musiał. Chociaż myśląc logicznie – yhm !? zapewne z biegiem historii, księżycowego gruzu będzie na Ziemi przybywać. Nie ma zysku – powiedziałby przeciętny ciułacz, który swoje oszczędności zainwestował w Browar Tenczynek Janusza Palikota.
Nie miałby racji. Owe 6 gramów w 25 lat później wystawione zostały za 700 tys. USD i też znalazły nabywcę.
Jeżeli gram Księżyca wart jest, jak napisałem a jego masa wynosi, czego już nie zdołam napisać, to mój mózg elektronowy wyliczał, że Księżyc wart jest: 5,37 sekstylionów dolarów amerykańskich. Całkowita wartość wszystkich pieniędzy na świecie, przy założeniu, że wynosi ona 2 biliardy USD, stanowi zaledwie 0,0000000000000373 wartości Księżyca.
Nie wiem, czy to pojęliście. Każdej bezchmurnej nocy, kiedy patrzycie na to żółte kółko, widzicie skarb, którego wartość księgowa jest miliardy razy większa od wszystkiego, co cywilizacja ludzka stworzyła w czasie swojego istnienia. I macie to zupełnie za darmo i na równych prawach. Czy warto zatem zapłacić 70 USD za kawałek tego, oddalonego tylko o 384 tys. km bogactwa?
Inżynierowie i astronomowie twierdzą, że nie. Księżyc nie ma atmosfery. Ma małą grawitację. Zasoby kosztownych pierwiastków nie zostały zbadane. Stworzenie tam warunków dla życia człowieka byłoby trudne. Z tego powodu program Apollo, który miał był w perspektywie doprowadzić do kolonizacji satelity Ziemi zawieszono, kierując pieniądze na opanowanie Marsa. Ten przynajmniej jest planetą, najbardziej w Układzie Słonecznym podobną do Ziemi. Gdyby nie to, że lot na Marsa trwa prawie dwa lata w obie strony, a tyle człowiek nie przetrwa bez pożywienia, już zapewne byśmy tam byli.
Jednakowoż obecnie, te ważne kwestie z oczywistych przyczyn nie mają większego sensu, Prawdziwe znaczenie ma stan prawny Księżyca, na który są różne zapatrywania.
W europejskim piśmiennictwie, sprzedaż działek na Księżycu przedstawiana jest, jako oszustwo, żerowanie na naiwniakach. Zdaniem prawników ze starego kontynentu kwestie własności Księżyca (i innych planet) reguluje traktat ONZ o przestrzeni kosmicznej z 1967 r.
Jest to doniosły dokument, jak podkreślają. Ratyfikowany przez 100 państw świata, zatem będący w tych krajach prawem. Stojący na gruncie tego traktatu nie zauważają jednak i nie wspominają, że jest 80 państw, które tej umowy nie ratyfikowały, ponieważ z jej treścią się nie zgadzają. Nie ma ona w ich jurysdykcjach mocy prawnej. W owym traktacie, regulowane są różne ważne kosmiczne sprawy, natomiast zagadnienia własności potraktowano dość ogólnikowo, cyt.: „ … przestrzeń kosmiczna jest prowincją całej ludzkości, nie podlega zawłaszczeniu narodowemu poprzez roszczenie suwerenności, poprzez użytkowanie lub okupację, ani w żaden inny sposób”.
Stąd wniosek, że o ów Księżyc nie może występować 100 rządów państwowych. Ale co z tymi, które traktatu nie uznały?
W kolejnym kroku dywagacji uczeni w prawie międzynarodowym i kosmicznym przywołują treść oenzetowskiego traktatu księżycowego z 1979 r. w artykule jedenastym którego, czytamy, że: „ … zasoby naturalne, ani części Księżyca nie staną się własnością żadnego Państwa, międzynarodowej organizacji, międzyrządowej lub pozarządowej, organizacji krajowej lub podmiotu pozarządowego lub jakiejkolwiek osoby fizycznej.”
Tyle, że ten dokument nie ma żadnej wartości prawnej, ponieważ ratyfikowało go 18 państw a pozostałych 179 członków ONZ nie ratyfikowało. Odmówiły jego uznania wszystkie państwa partycypujące obecnie w lataniu w kosmos. Dokument ten nie ma na pewno żadnego znaczenia w prawie amerykańskim.
Najsławniejszą instytucją sprzedającą działki na Księżycu, jest założona przed 44 laty, przez Dennisa Hopa (co jego nazwisko znaczy chyba: „nadzieja”), firma Lunar Embassy z siedzibą w kalifornijskim Sacramento; St. Suite 1095; Rio Vista, która w tym czasie, zgodnie z zeznaniami podatkowymi, sprzedała ponad 16 miliardów akrów nieruchomości księżycowych siedmiu milionom osób.
Żeby zrozumieć pragmatyzm działania tej firmy, trzeba wiedzieć, że prawo amerykańskie jest nieco inne niż europejskie. Kwestie własności ziemskiej, które jeszcze 400 lat temu nie miały tu miejsca, wyrozumowane zostały cokolwiek inaczej niż w Europie.
Do 1620 roku na powierzchni 9,5 mln km kwadratowych Ameryki Północnej nie było czegoś takiego, jak posiadanie ziemi. Tubylcza ludność uważała, że ziemi nie można posiadać – bo niby jak!?
Europejscy osadnicy byli innego zdania. Zakładali latyfundia na zasadzie, ile da się ściąć drzew aby swój kawałek niczyjej ziemi ogrodzić. Poza szczególnymi przypadkami, kiedy kupowali grunty od Indian, za butelkę bimbru lub naszyjniki ze szklanych paciorków. Ameryka została więc ukradziona Indianom. Po proklamowaniu niepodległości, kiedy młode amerykańskie społeczeństwo krzepło i sprawa państwotwórczej własności ziemskiej stała się istotna, na zasadzie prawa roszczeniowego, białych właścicieli wpisywano do hipotek.
Aby stać się landlordem należało zgłosić roszczenie i jego dowieść. Dowód najczęściej przeprowadzany był z zeznań sąsiadów, którzy twierdzili, że trzy generacje wcześniej już stała kuźnia Johna Smitha. Można było przedstawić dowolny dokument, który uprawdopodabniał posiadanie nieruchomości. Rachunek za wykopanie studni sprzed 100 lat, umowę z wodzem Siuksów, na której był odcisk palca wodza lub kopyta jego mustanga. Albo twierdzić, że preria jest moja, bo wszystkie pasące się na niej krowy mają wypalone na skórze inicjały mojego rodu. Pod ciężarem takich dowodów święte prawo własności urzędowo potwierdzano. Tym sposobem rodzina trzeciego prezydenta Thomasa Jeffersona stała się np. właścicielem 20 tys. hektarów stanu Wirginia.
Europejczykowi ten model zawłaszczania wydaje się dziwny, co też wynika z nieznajomości własnej historii. W czasach przed rolniczych, czyli ponad 50 tys. lat temu, własność ziemi lub zwierząt pochodziła z uzurpacji. Drużyna wodza ustalała przy kielichach, że te pola od rzeki do podnóży gór, wraz z ze wszystkim co na niej żyje to ich własność. Słusznie zatem marksistowscy badacze historii społecznej uważają, że fundamentem wszelkiego posiadania jest zwyczajne złodziejstwo, którego plony z pokolenia na pokolenie, pozbawione już odium grzechu, dziedziczone są lub wymieniane na inne dobra z obcymi sobie ludźmi w majestacie boskiej sprawiedliwości.
Znając ten mechanizm Dennis Hope, podobnie jak 7 mln jego klientów uważa, że prowadzi legalną działalność gospodarczą, w ramach wyznaczonych amerykańskim prawem. Skoro Stany Zjednoczone są stroną traktatu ONZ o wykorzystaniu przestrzeni kosmicznej to w nim czytamy, że „Działania podmiotów pozarządowych w przestrzeni kosmicznej, w tym na Księżycu i innych ciałach niebieskich, wymagają upoważnienia i stałego nadzoru właściwego Państwa-Strony Traktatu”. Na mocy amerykańskiego prawa Hope takie upoważnienie i nadzór zatem posiada – bo nie zabroniono mu sprzedaży kawałków kosmosu.
Firma tak naprawdę zajmuje się tworzeniem i administrowaniem hipoteki dla całego Księżyca. Ten sukcesywnie dzielony jest na działki o wielkościach, jakie klient sobie życzy, największa o areale – 2,66 mln akrów sprzedana za 250 tys. dolarów.
W zamian za umieszczenie danych w tej księdze wieczystej otrzymujesz akt własności, ze zdjęciami satelitarnymi, mapami i współrzędnymi księżycowej nieruchomości. Akt informuje, że prawa do minerałów na posiadanym terenie przenoszone są na kupującego. Klientami Hope’a jest czterech prezydentów Stanów Zjednoczonych: George Bush (ten starszy, co nie żyje), Jimmy Carter, Ronald Reagan (też martwy) oraz Donald Trump. Aktorzy: Tom Cruise, Tom Hanks, Nicole Kidman. Co oczywiste reżyser „Gwiezdnych Wojen” George Lucas.
Wyobraźcie sobie zatem, że za sto lat, przed sądem gdziekolwiek bądź, staje potomek i zeznaje, że jego dziadek w najlepszej wierze kupił nieruchomość na Księżycu o takich a takich współrzędnych geodezyjnych, tu są na to dokumenty a podobne tranzakcie w tej samej firmie dokonało kilku prezydentów USA. Czy jakikolwiek sąd na Ziemi mógłby zawahać się przed przyznaniem w takich okolicznościach prawa własności? Jakie znaczenie będą miały za 100 lat obecne umowy międzynarodowe? Ano takie same, jak wszystkie te ważne traktaty i porozumienia asygnowane na wsze czasy, dajmy na to w 1918 roku (bo to był rok obfitujący w podobne umowy). Obecnie nawet nie mają wartości papieru, bo ów papier nie istnieje.
Spekulacje wydają się nie mieć praktycznego sensu, w obecnych czasach, ani przewidywalnej przyszłości. Ale, gdy powiedzmy nagle się okaże, że przebywanie w słabym polu grawitacyjnym Księżyca leczy zaawansowanego raka albo, że koniecznym jest tam wybudowanie hubu kosmicznego, w którym odbywać się będzie przesiadka w drodze na Marsa. Albo, że znajduje się tam minerał, po zażyciu którego rosną trzecie zęby. Lub coś takiego podobnego. Wówczas wszystko zacznie się opłacać. Statki kosmiczne kursować będą, jak tramwaje.
Twierdziłbym, że warto zaryzykować i zainwestować te kilkadziesiąt zielonych w przedsięwzięcie nie bardziej niedorzeczne niż dajmy na to, nie będę się już czepiał Janusza Palikota, powiedzmy Amber Gold, aby zapracować na ewentualną wdzięczność progenitury.
Jest jeden problem. Pan Hope nie sprzedaje działek na Księżycu obywatelom polskim oraz większości pozostałej Europy. Ciekawe dlaczego?
Natomiast mamy asa w rękawie. Hope zaczął rozkradać Księżyc w 1980 roku. Najwyraźniej nie wiedział, że nasz wielki przywódca, dalekowzroczny Jarosław K. (były premier) wraz z bratem Lechem (były prezydent) ukradli Księżyc 18 lat wcześniej. To jest udokumentowane na autentycznej taśmie filmowej zatytułowanej: „O dwóch takich, co ukradli Księżyc”.
Skoro Amerykanie znowu chcą wszystkich wydymać, muszą się liczyć z zasadniczym i druzgocącym kontrargumentem. Księżyc należy do Polaków, ponieważ przywódcy partii i narodu ukradli go po prostu wcześniej.
Robert Jaruga
Oznaczono jako :
Działki na księżycu
O Autorze : call_made
O AUTORZE : Jest sukcesem reprodukcyjnym ojca Józefa i matki Marii. Jasno z tego wynika, że urodził się w świętej rodzinie. Skończył dziennikarstwo w Warszawie i nauki polityczne w Hamburgu. Wolno mu więc o sobie mówić, że jest prawdziwym hamburgerem. Pociesza go, że składa się z inteligentnej materii o masie 1300 gramów (waga mózgu). Martwi, że zliczając masę 7,3 miliarda mózgów zamieszkujących Ziemię wychodzi, że inteligentna materia stanowi pomijalny procent materii nieinteligentnej, z której składa się makrokosmos. (Perfekcyjny w pielęgnacji swej intelektualnej niezależności – przyp. red).
Wesprzyj niezależne dziennikarstwo.
Bo inaczej prawda zdechnie.
Jak mucha w smole.
A kłamstwo będzie się miało dobrze.
Jak pluskwa w materacu.
Za cenę połowy – ba, jednej dziesiątej – paczki fajek możesz wesprzeć tworzenie treści, które nie robią z czytelnika idioty. Bo przecież wszyscy wiemy, że Internet sam z siebie nie przestanie być wysypiskiem informacyjnego chłamu. Prawda?
Dorzuć się i dołącz do elitarnego grona ludzi, którzy jeszcze rozumieją, że wolne słowo nie żywi się lajkami.
Twoje wsparcie to nie tylko gest – to szansa, by autor nie musiał dorabiać w call center albo pisać clickbaity o "szokujących sekretach celebrytów".
Nie bądź dusigroszem.
Skąpstwo to grzech, a hojność daje karmę. Albo chociaż dobry content.
Czasem nawet jedno kliknięcie może zdziałać więcej niż cały wykład o empatii.
4,44 zł
Prawda tańsza niż piwo.
6,66 zł
Grosz do grosza i diabeł zadowolony.
19,89 zł
Twoja transformacja w dobrodzieja.
Wpłaty na Fundację Czwarta Władza (F4W) realizuje Tpay – Krajowy Integrator Płatności S.A. (KRS: 0000412357, NIP: 7773061579, REGON: 300878437, Rejestr Usług Płatniczych: IP27/2014).
Objaw ją dzięki dziennikarskiemu śledztwu na zamówienie.
Anonimowość i ochrona źródeł gwarantowane.
Kliknij po więcej
Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.
Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.
Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.
Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.
Pracuj z nami© hecho.pl — fotografie z Adobe Stock i innych licencjonowanych źródeł, użyte zgodnie z obowiązującymi licencjami. Zobacz więcej.
Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.
HECHO.pl – Twoje nowe lustro Polski.
Ostrze analizy. Impuls zmiany.
Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)
Siedziba: Warszawa
KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862
Nr konta:
18 1090 1056 0000 0001 6270 8297
„Hecho” – zarejestrowany tytuł prasowy (PR 21681).
Pełniącymi obowiązki redaktorów naczelnych są Przemysław Ćwikliński (redaktor starszy) oraz Łukasz Piotrowicz – każdy w zakresie swoich najwyższych kompetencji i udokumentowanych osiągnięć.
Tygodnik internetowy spełniający wymogi ustawy Prawo prasowe.
Please login or subscribe to continue.
No account? Register | Lost password
✖✖
Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.
✖
Bądź pierwszym, który skomentuje!