Ruscy, po prostu Ruscy, 12 kwietnia 1961 roku wysłali w kosmos człowieka znanego jako Jurij Gagarin. Jego głównym zadaniem było przeżyć. Miało być łatwo.
Zasadniczo zaśrubowany w kulistej kapsułce (o średnicy 230 cm) statku kosmicznego “Wostok” (dostojna nazwa!), miał tam siedzieć dwie godziny. Mógł dłubać w nosie, rozmyślać o życiu jako przejściowym stanie, o niedźwiedzim żołądku. Musiał, bo na to, co się działo z kapsułą, nie miał wpływu. Rozkazano mu wrócić żywym. Formalność. I tak niewiele mógł zdziałać.
Start przebiegł pomyślnie – rakieta wyniosła Gagarina na granicę kosmosu oraz faktyczną granicę Ziemi, która, wbrew powszechnej opinii, nie znajduje się na jej stałej powierzchni, lecz sto kilometrów nad nami.
Mówiąc obrazowo, żyjemy sto kilometrów pod powierzchnią naszej planety, ponieważ atmosfera, choć często traktowana jako niematerialna, stanowi integralną część Ziemi. Gdyby było inaczej, musielibyśmy uznać, że większe od Ziemi planety, takie jak Jowisz, Saturn czy Uran, nie istnieją, ponieważ są gazowe i nie mają stałej powierzchni w ogóle.
W każdym razie Gagarin, przebywając wewnątrz statku, dotarł do umownej granicy kosmosu. Okrążył Ziemię z prędkością ośmiu kilometrów na sekundę, po czym kapsuła, siłą bezwładności, grawitacji i przy niewielkiej pomocy własnego napędu, ponownie weszła w atmosferę. Po jej przekroczeniu zaczęła opadać w kierunku powierzchni Ziemi.
Niestety, wówczas okazało się, że starszy lejtnant może nie wypełnić swojego rozkazu – istniało ryzyko, że dosłownie się ugotuje.
Aby temu zapobiec, na wysokości siedmiu kilometrów pirotechnicznie odstrzelono właz kapsuły, a Gagarin, wciąż przypięty do fotela, opuścił pojazd. Na ziemię dotarł na własnym spadochronie, podobnie jak jego kapsuła.
Fakt ten przez lata pozostawał skrzętnie ukrywany.
Rosjanie ogłosili sukces – pierwszy człowiek w kosmosie. Kopniak w krocze amerykańskiego imperializmu. Druzgocący.
Totalitarny, bolszewicki kraj, 25 milionów ofiar wojny, zwycięstwo bez atomu, zrujnowany przemysł, a jednak wygrali rundę w zimnej wojnie. Człowiek na orbicie.
Amerykańska, pragmatyczna, nienaruszona gospodarka, wolny rynek, myśl techniczna wsparta żydowskimi umysłami (ocaleni z Holokaustu) i nazistowskimi naukowcami (von Braun) – pokonana przez odlewnika, syna dojarki z kołchozu.
I jeszcze bolszewicy chcą narzucić światu 12 kwietnia jako Dzień Kosmonautyki!
Twierdzenia Rosjan były kwestionowane na różne sposoby.
Po pierwsze – czy lot w ogóle się odbył?
Po drugie – czy rzeczywiście był załogowy, skoro na pokładzie znajdował się tylko jeden człowiek? Trudno mówić o “załodze” w takiej sytuacji.
Po trzecie – amerykański wywiad ustalił, że statek i pilot wrócili na Ziemię oddzielnie, co według standardów Międzynarodowej Agencji Lotniczej nie powinno być uznawane za pełnoprawną misję zakończoną sukcesem.
Wojna propagandowa przybierała momentami wręcz zabawne formy. Rosjanie nakręcili film opowiadający historię lotu Gagarina, zatytułowany Pierwszy człowiek, który pokonał grawitację.
Gdy osiem lat później Amerykanie wylądowali na Księżycu, Rosjanie starali się zdyskredytować to wydarzenie, szerząc teorie o mistyfikacji stworzonej przez Hollywood.
Amerykanie odpowiedzieli filmem o lądowaniu Armstronga, nadając mu wymowny tytuł: Pierwszy człowiek.
“Pierwszy człowiek” kontra “pierwszy, który pokonał grawitację” – powalająca różnica, prawda? A niby co takiego wyjątkowego w pokonywaniu grawitacji? Robimy to wszyscy, dzień w dzień, wstając z łóżka. Ot, taki banał.
Podobnie jak pół miliona i 500 tysięcy – niby to samo, a jednak pachnie inaczej. Pół bańki brzmi po prostu lepiej.
Kulminacją rywalizacji i symbolicznym pokazaniem Rosjanom środkowego palca był lot wahadłowca Columbia – pierwszego w historii statku kosmicznego wielokrotnego użytku. Wystartował on akurat … ( co za przypadek) 12 kwietnia 1981 roku i pozostawał na orbicie przez dwie doby. Dzięki temu Amerykanie mogli ustanowić własne święto – Światowy Dzień Załogowych Lotów Kosmicznych – jako przeciwwagę dla radzieckiego Dnia Kosmonautyki.
Świat czekał na kompromis kolejne 25 lat. Został on w końcu ustanowiony przez ONZ, jak wspomniano na wstępie.
Święto przestało być „światowe” i stało się „międzynarodowe”. Organizacja Narodów Zjednoczonych wyraziła jednocześnie głębokie przekonanie o wspólnym interesie ludzkości w promowaniu i rozszerzaniu eksploracji oraz wykorzystania przestrzeni kosmicznej jako domeny całej ludzkości – dla celów pokojowych oraz w nieustających wysiłkach na rzecz dzielenia się płynącymi z niej korzyściami ze wszystkimi państwami.
Po tej deklaracji… zainteresowanie kosmosem spadło. Oba mocarstwa (wówczas już Rosja) ograniczyły wydatki na „krążenie w kółko” Ziemi, na wysokości porównywalnej z dystansem między Białymstokiem a Krakowem.
W międzyczasie pojawił się trzeci gracz – Europejska Agencja Kosmiczna, która może pochwalić się znacznymi osiągnięciami.
Dziś zainteresowanie podbojem kosmosu prawdopodobnie znów wzrośnie – przede wszystkim dlatego, że daje on przewagę w… skuteczniejszym uśmiercaniu siebie nawzajem na Ziemi.
Zresztą, większość programów kosmicznych nie powstała po to, by zwiększyć oglądalność telewizji i sprzedawać więcej reklam pizzy czy pieczonego indyka. Ich prawdziwym celem była i jest przewaga polityczna oraz militarna. Europejska Agencja Kosmiczna pozostaje organizacją cywilną, ale jej amerykański i rosyjski odpowiednik – już nie.
Z pewnością nieraz zastanawiało was, jak to możliwe, że gdy w odległości zaledwie siedmiu kilometrów nad ziemią pojawi się trochę pary wodnej – substancji przecież dość przezroczystej – Słońce, oddalone od nas o 148 milionów kilometrów, staje się zupełnie niewidoczne. Czasami możemy się jedynie domyślać jego obecności na dziennym niebie.
Jak to się dzieje, że promienie świetlne, które bez przeszkód pokonują ogromną kosmiczną przestrzeń w osiem minut, nagle napotykają trudności na tak pomijalnie krótkim dystansie? Odpowiedź tkwi w liczbach.
W jednym centymetrze sześciennym ziemskiej atmosfery znajduje się 41 978 749 999 999 918 016 atomów różnych gazów.
Tymczasem w przestrzeni między Słońcem a Ziemią, poza atmosferą, w kubicznym centymetrze jest zaledwie pięć atomów.
Oznacza to, że na dystansie 148 milionów kilometrów promień słoneczny napotyka mniej cząstek materialnych niż na jednym centymetrze ziemskiej atmosfery. Mówiąc inaczej – w przestrzeni międzyplanetarnej panuje niemal absolutna pustka.
Nasz Układ Słoneczny składa się ze Słońca oraz ośmiu (lub dziewięciu) planet – kwestia Plutona wciąż pozostaje dyskusyjna.
Gdybyśmy zsumowali masę wszystkich tych ciał, okazałoby się, że 99,87% całej masy układu stanowi Słońce. To, o co teoretycznie zabiegamy – czyli wszystkie planety – stanowi zaledwie 0,13%.
Jeśli chodzi o eksplorację kosmosu, najbliższym celem jest Księżyc, oddalony o trzy dni lotu statkiem kosmicznym poruszającym się z prędkością 7 700 km/h. Jednak warunki tam panujące są ekstremalne: w dzień temperatura sięga +130°C, w nocy spada do -160°C, a atmosfery po prostu nie ma. W praktyce – większe szanse na przeżycie dawała komora gazowa w obozie koncentracyjnym niż powierzchnia Srebrnego Globu.
Jedyną planetą, która wartościowo może nas interesować, jest Mars – ważący zaledwie 0,024% masy Układu Słonecznego. W jedną stronę leci się tam 9 miesięcy, a powrót wraz z obowiązkowym postojem oznacza niemal dwuletnią podróż. Nawet przy założeniu dynamicznego postępu technologicznego, stworzenie warunków do życia zajmie nam jeszcze co najmniej 300 lat.
A co dalej? Najbliższa planeta przypominająca Marsa, w jakimś sensie do niego podobna i potencjalnie użyteczna, znajduje się 40 bilionów kilometrów od Ziemi. Zakładając, że udałoby nam się lecieć z prędkością 500 000 km/h (co już jest technicznie osiągalne), podróż zajęłaby 7 817 lat.
A teraz o kłamstwach, jakie serwowano wam w atlasach…
Załóżmy, że Słońce na ilustracji ma rozmiar piłki pingpongowej. Merkury, czyli pierwsza planeta, miałby wówczas wielkość główki od szpilki i znajdowałby się 1,7 metra dalej.
A ostatnia planeta układu, Neptun, zamiast wygodnie mieścić się na kartce, musiałaby znajdować się w odległości 129 metrów.
Kosmos, wbrew temu, jak go przedstawiano, to nie gęsto upakowany układ planet zawieszonych wokół Słońca. To w przeważającej większości pustka – niemal nic.
Gdy mówimy o Układzie Słonecznym, oprócz planet, które go okrążają, mamy na myśli również przestrzeń ograniczoną sferą, do której dociera światło naszego Słońca. Ale ile właściwie materii znajduje się w tej gigantycznej kuli?
Odpowiedź, choć zaskakująca, jest prosta. Zgodnie z naszymi standardami matematycznymi, wynik wynosi zero procent. Dokładniej – po dziesięciu miejscach po przecinku wciąż mamy same zera, a na dwunastym miejscu… również zero. W praktyce oznacza to, że Układ Słoneczny jest niemal całkowicie pusty.
A ponieważ nie różni się on znacząco od innych układów we Wszechświecie, logiczny wniosek jest jeden: Wszechświat to pustka. Materia stanowi jedynie ułamkową część procenta, wartość tak niewyobrażalnie małą, że da się ją opisać jedynie w kategoriach liczbowych absurdalnie bliskich zeru.
Zapewne Leszek Miller, nazywając ongiś Zbigniewa Ziobrę „zerem”, nie zdawał sobie sprawy z tego, jak potężnym konceptem jest wszechpanowanie pustki.
Jeśli eksploracja kosmosu ma jakikolwiek sens, to przede wszystkim w nadziei na przełom w świadomości ludzkości – w etyce, filozofii, sposobie postrzegania siebie i rzeczywistości. Gdy nasza cywilizacja na masową skalę uświadomi sobie, że wszystko wokół to niemal wyłącznie pustka, że istnienie jest wyjątkiem, a nie regułą, być może staniemy się lepszymi ludźmi.
Pozorna marność doczesnej egzystencji nabierze wtedy – paradoksalnie – kosmicznie wielkiego znaczenia. Bo jeśli niemal wszystko jest niczym, to to, co istnieje, staje się bezcenne.
Nie zapominajmy również o naszej gigantycznej przewadze nad rozciągającym się na 100 miliardów lat świetlnych Wszechświatem. On jest zupełnie martwy, a my – jako jedyne znane istoty – doświadczamy życia.
Wszechświat niczego nam nie oferuje i niczego od nas nie chce. Bo jest niczym. A jednak warto tam polecieć – po to, by w pełni zrozumieć, że nasze miejsce jest tutaj, na Ziemi.
Pewnie czytaliście tę bajkę Paula Coelho, Alchemik, o chłopcu, który wyruszył w świat na poszukiwanie skarbu. Po latach wrócił tam, skąd wyruszył, by odkopać bogactwo, które czekało na niego od samego początku.
I jeszcze jedno – nie zapominajmy, że pierwszym językiem użytym w kosmosie był rosyjski. To właśnie w tym języku Gagarin rozmawiał przez krótkofalówkę z władzami Kremla, przemierzając pustkę, w której my, ludzie, odnajdujemy sens.
Oznaczono jako :
Jurij Gagarin
O Autorze : call_made
O AUTORZE : Jest sukcesem reprodukcyjnym ojca Józefa i matki Marii. Jasno z tego wynika, że urodził się w świętej rodzinie. Skończył dziennikarstwo w Warszawie i nauki polityczne w Hamburgu. Wolno mu więc o sobie mówić, że jest prawdziwym hamburgerem. Pociesza go, że składa się z inteligentnej materii o masie 1300 gramów (waga mózgu). Martwi, że zliczając masę 7,3 miliarda mózgów zamieszkujących Ziemię wychodzi, że inteligentna materia stanowi pomijalny procent materii nieinteligentnej, z której składa się makrokosmos. (Perfekcyjny w pielęgnacji swej intelektualnej niezależności – przyp. red).
Wesprzyj niezależne dziennikarstwo.
Bo inaczej prawda zdechnie.
Jak mucha w smole.
A kłamstwo będzie się miało dobrze.
Jak pluskwa w materacu.
Za cenę połowy – ba, jednej dziesiątej – paczki fajek możesz wesprzeć tworzenie treści, które nie robią z czytelnika idioty. Bo przecież wszyscy wiemy, że Internet sam z siebie nie przestanie być wysypiskiem informacyjnego chłamu. Prawda?
Dorzuć się i dołącz do elitarnego grona ludzi, którzy jeszcze rozumieją, że wolne słowo nie żywi się lajkami.
Twoje wsparcie to nie tylko gest – to szansa, by autor nie musiał dorabiać w call center albo pisać clickbaity o "szokujących sekretach celebrytów".
Nie bądź dusigroszem.
Skąpstwo to grzech, a hojność daje karmę. Albo chociaż dobry content.
Czasem nawet jedno kliknięcie może zdziałać więcej niż cały wykład o empatii.
4,44 zł
Prawda tańsza niż piwo.
6,66 zł
Grosz do grosza i diabeł zadowolony.
19,89 zł
Twoja transformacja w dobrodzieja.
Wpłaty na Fundację Czwarta Władza (F4W) realizuje Tpay – Krajowy Integrator Płatności S.A. (KRS: 0000412357, NIP: 7773061579, REGON: 300878437, Rejestr Usług Płatniczych: IP27/2014).
Objaw ją dzięki dziennikarskiemu śledztwu na zamówienie.
Anonimowość i ochrona źródeł gwarantowane.
Kliknij po więcej
Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.
Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.
Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.
Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.
Pracuj z nami© hecho.pl — fotografie z Adobe Stock i innych licencjonowanych źródeł, użyte zgodnie z obowiązującymi licencjami. Zobacz więcej.
Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.
HECHO.pl – Twoje nowe lustro Polski.
Ostrze analizy. Impuls zmiany.
Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)
Siedziba: Warszawa
KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862
Nr konta:
18 1090 1056 0000 0001 6270 8297
„Hecho” – zarejestrowany tytuł prasowy (PR 21681).
Pełniącymi obowiązki redaktorów naczelnych są Przemysław Ćwikliński (redaktor starszy) oraz Łukasz Piotrowicz – każdy w zakresie swoich najwyższych kompetencji i udokumentowanych osiągnięć.
Tygodnik internetowy spełniający wymogi ustawy Prawo prasowe.
Please login or subscribe to continue.
No account? Register | Lost password
✖✖
Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.
✖
Bądź pierwszym, który skomentuje!