Glob w pigułce Robert Jaruga 2025-03-11
Antydarwiniści, te mózgowe skamieliny, trąbią, że ewolucja to bujda. Bo niby gdzie ten postęp? Palców nam nie przybywa, trzeci ząb się nie wyrzyna (a przydałby się, biorąc pod uwagę, ile teraz zębów trzeba leczyć). Tymczasem świat, pomimo ich jęków, idzie do przodu, i to szybciej, niż Darwinowi się śniło.
Nasi prapradziadowie, cztery pokolenia wstecz, to byli, mówiąc delikatnie, niezbyt rozgarnięci. Ich IQ ledwo dobijało do 80. Dzisiaj, nawet pisowski elektorat, osiąga średnio 130. Jasne, że testy na inteligencję faworyzują piśmiennych, a w II RP analfabetyzm sięgał 30 procent.
Wyidealizowany obraz przodków to efekt kinowych romansów i literackich bajek Sienkiewicza. Oraz wynik naszej własnej głupoty i skłonności do nostalgii. Tęsknimy za światem, którego nie było, za czasem, kiedy rzekomo żyło się lepiej, choć w rzeczywistości była to era brudu, chorób i wszechobecnej nędzy.
Wyobraźcie sobie spotkanie z Jagiełłą, tym z sienkiewiczowsko-fordowskich „Krzyżaków”. Rozczarowanie murowane. Śmierdzący, bełkoczący w jakiejś pogańsko-łacińsko-niemiecko-polskiej mieszance, niepiśmienny, ograniczony umysłowo, wierzący w gusła i czary. Do tego pedofil – żenił się z trzynastolatkami. Dziś rodzice trzymaliby od niego dzieci z daleka, a prokurator generalny wsadziłby go za kratki.
Gdybyśmy Jagielle pokazali kuchenkę indukcyjną, telefon i noktowizor, pewnie by tylko wybełkotał: „Taaaak?! Naprawdę?!”. Po czym posłałby nas na egzorcyzmy. W jego czasach choroby psychiczne diagnozowano jako opętanie. A po seansach z zgniataniem moszny w kowalskim imadle, sami przyznalibyśmy się do konszachtów z diabłem. Dla niego bylibyśmy wariatami.
Świat się zmienia. Co kiedyś było cnotą, dziś jest grzechem. Weźmy na przykład palenie tytoniu – kiedyś lekarstwo, dziś zabójcza trucizna.
Czytam sobie „Do Rzeczy” (9,90 zł, całkiem sporo, jak za taką gazetkę). Leitmotivem numeru jest pytanie: „Czy Polska może być potęgą?”. To jak pytać, czy krowa może być fioletowa. A propos koloru – red. Ziemkiewicz napisał książkę „Wielka Polska”, o Polsce od morza do morza. Kolejny sen o potędze.
To książka dla tych, którym wystarczają powierzchowne wyjaśnienia w stylu: Niemcy tracą swoją hegemonię przez sojusz z Rosją, która stoi u progu wielkiego kryzysu. Polska staje się strategicznym partnerem Stanów Zjednoczonych, choć te koncentrują swoje najważniejsze interesy geopolityczne w Azji, rywalizując z Chinami. Wow!
Gwoli sprawiedliwości. Ziemkiewicz to zasadniczo dobry pisarz. Ba! Jego powieść Ognie na skałach, wydana przez „Fabrykę Snów”, wciągnęła mojego 12-letniego syna niczym rasowy kryminał. I trudno się dziwić!
Wielka Polska: Od morza do morza… i jeszcze trochę dalej, jeśli starczy sił przy dzwonie!
W końcu kto nie byłby zachwycony historią, w której „… książę Zamborg uwolnił swą ukochaną z rąk złego czarnoksiężnika z dalekiej północy, pokonawszy go w bohaterskiej walce, skruszywszy lodową wieżę, w której zamknięta była ta księżniczka.” Tak, moi drodzy, TO JEST LITERATURA! Tu Ziemkiewicz czuje się jak ryba w wodzie. I po co było zmieniać dyscyplinę?
Wielkopolskość według Ziemkiewicza to powrót do międzywojnia, gdzie potęgę mierzyło się hektarami, czołgami i liczbą potencjalnych rekrutów. Życie było krótkie, brutalne i pełne lewatyw na raka. Wszystko skręcano gwoździami, a ludzkie bydło karmiono bajkami o wyższości rasy germańskiej albo klasy robotniczej, które miały zbawić świat i zapewnić wieczne szczęście. Poglądy godne Kissingera, ale obrażające inteligencję człowieka XXI wieku.
Bo przecież trudno kojarzyć z mocarstwem na przykład kraj, w którym 15 milionów ludzi nie ma dostępu do bieżącej wody, 7 milionów nadal mieszka w jaskiniach, a 300 milionów nigdy nie widziało dentysty. Ale spokojnie, to przecież drobnostki!
W końcu w tym samym kraju zgodnie z kodeksem pracy robotnik może zostać zagazowany w mobilnej komorze gazowej za kradzież indyka z przemysłowego kurnika. No cóż, drobne niedogodności systemowe.
Ale… mocarstwo to mocarstwo! Bo przecież Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza ma aż dwa lotniskowce! Dokładnie dwa. Dwa wielkie, pływające dowody potęgi, które najwyraźniej w pełni rekompensują całą resztę.
Urąga wrażliwości współczesnego ziemianina, że mocarstwem jest państwo, w stolicy którego 30 tysięcy nędzarzy mieszka w kontenerach na śmiecie. Dzieci strzelają do siebie w szkołach podstawowych. 32 miliony ludzi uzyskuje harmonię z rzeczywistością poprzez utratę z nią kontaktu, wskutek codziennego zażywania opiatów. Ale jest to supersiła ponieważ Donald Trump marnotrawi na zbrojenia 800 miliardów dolarów rocznie. To jest 57 razy więcej niż wynosi budżet państwa Bułgarii.
Nie sposób uznać za mocarstwo kraju, w którym łapówka to po prostu standardowy dodatek do pensji każdego policjanta, sędziego, prokuratora i burmistrza. Gdzie pół miliona ludzi rocznie umiera z powodu nadużycia alkoholu, a jednocześnie publiczne stwierdzenie, że istnieje coś takiego jak homoseksualizm, grozi grzywną lub więzieniem.
A jednak wszyscy biją temu państwu pokłony, bo przecież rosyjskie Rakietowe Wojska Strategicznego Przeznaczenia dysponują 6 tysiącami głowic jądrowych. No cóż, najwyraźniej nuklearne arsenały wystarczają, by świat przymknął oko na całą resztę. Czymże są prawa człowieka, gdy w zanadrzu masz guzik, który może zmieść pół planety?
To jakaś groteskowa parodia cywilizacji! Społeczeństwa dzikusów w garniturach i trampkach, rządzone przez fanatyków, którzy z uporem godnym lepszej sprawy implementują tępotę, ślepe posłuszeństwo i nienawiść do samego życia. Każde okrucieństwo usprawiedliwiają jakby zbrodnia była po prostu formą rozrywki.
Czas na zmianę paradygmatów mocarstwowości. Nie można dłużej hołubić i stawiać na piedestale zinstytucjonalizowanych morderców – i to żadną formą paraliteratury, ani żadnym innym kulturalnym usprawiedliwieniem. Bo jeśli siła ma być jedynym wyznacznikiem wielkości, to może już dawno pomyliliśmy cywilizację z barbarzyństwem.
Dlatego, patrząc w przyszłość i planując kolejne 70 lat XXI wieku, warto byłoby zmienić sposób myślenia o mocarstwach.
W publicystyce sugerowałbym stosowanie tego pojęcia tylko wobec państw i społeczeństw, które spełniają następujące (jakże logiczne!) kryteria:
A jeśli jakieś państwo nie spełnia tych fundamentalnych wytycznych? No cóż, mocarstwem nazwać się nie może!
Nie jest więc tak źle – na świecie mamy już trzy, może cztery prawdziwe mocarstwa: Danię, Finlandię, Szwajcarię, a może i Holandię lub Austrię. Zapomniałem o Nowej Zelandii. Wszystkie te kraje są małe, nie mają wielkich złóż surowców (no, chyba że wliczymy szwajcarskie kopalnie czekolady), nie machają nikomu przed nosem atomowym straszakiem i – o zgrozo – nie roszczą sobie boskiego prawa do rządzenia światem.
Co więcej, nie biorą siebie aż tak śmiertelnie poważnie. Ot, choćby w Danii: bez problemu można bezcześcić flagę państwową, ale już niszczenie flag obcych państw, ONZ czy Rady Europy jest karalne, bo – uwaga, to może zszokować – Duńczycy uważają, że dla obcokrajowców to może być równie obraźliwe jak atak na ich kraj.
A mimo tej zatrważającej „słabości” te kraje zapewniają swoim obywatelom długie, dostatnie, bezpieczne i pełne spełnienia życie, zajmując od dekad pierwsze miejsca w rankingach szczęśliwości ONZ. Można by rzec paradoksalnie: w słabości siła albo że moc jest słaba.
Tymczasem my, w ramach bardziej epickich wizji przyszłości, moglibyśmy wykalkulować Wielką Polskę od Wolina po Kaukaz, z granicą chińską na Uralu, złączoną unijnym węzłem z Ukrainą, oczywiście przez małżeństwo Zełenskiego z Kaczyńskim (Kaczyński, rzecz jasna, byłby żoną). A wszystko to dzięki pożyczonym od Amerykanów bombom atomowym, bo przecież nic tak nie buduje stabilności jak cudzy arsenał jądrowy i gigantyczne imperialne ambicje.
Brzmi jak świetny scenariusz… na nekrologi tych wszystkich, którzy za tę niegrzeczną utopię zostaną zabici.
A może jednak zamiast tego…? Duńska droga do mocarstwowości – zniewolenie dziecięcych umysłów całego świata klockami Lego. Brzmi jak całkiem sensowny kierunek, w którym życzyłbym Ziemkiewiczowi i sobie, aby nasza umiarkowanie niewielka Rzeczpospolita podążała.
Oznaczono jako :
#polityka #Ziemkiewicz
O Autorze : call_made
O AUTORZE : Jest sukcesem reprodukcyjnym ojca Józefa i matki Marii. Jasno z tego wynika, że urodził się w świętej rodzinie. Skończył dziennikarstwo w Warszawie i nauki polityczne w Hamburgu. Wolno mu więc o sobie mówić, że jest prawdziwym hamburgerem. Pociesza go, że składa się z inteligentnej materii o masie 1300 gramów (waga mózgu). Martwi, że zliczając masę 7,3 miliarda mózgów zamieszkujących Ziemię wychodzi, że inteligentna materia stanowi pomijalny procent materii nieinteligentnej, z której składa się makrokosmos. (Perfekcyjny w pielęgnacji swej intelektualnej niezależności – przyp. red).
Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.
Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.
Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.
Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.
Pracuj z nami© hecho.pl — fotografie z Adobe Stock i innych licencjonowanych źródeł, użyte zgodnie z obowiązującymi licencjami. Zobacz więcej.
Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.
HECHO.pl – Twoje nowe lustro Polski.
Ostrze analizy. Impuls zmiany.
Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)
Siedziba: Warszawa
KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862
Nr konta:
18 1090 1056 0000 0001 6270 8297
„Hecho” – zarejestrowany tytuł prasowy (PR 21681).
Pełniącymi obowiązki redaktorów naczelnych są Przemysław Ćwikliński (redaktor starszy) oraz Łukasz Piotrowicz – każdy w zakresie swoich najwyższych kompetencji i udokumentowanych osiągnięć.
Tygodnik internetowy spełniający wymogi ustawy Prawo prasowe.
Please login or subscribe to continue.
No account? Register | Lost password
✖✖
Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.
✖
Bądź pierwszym, który skomentuje!