Background

Danke schön, sponsorze z Berlina

Ostatnio Niemcy nie mają w Polsce dobrej prasy. „Herr Tusk” – choć poprawnie gramatycznie – wpadł w obieg jako epitet, jakby sama niemieckość była już zniewagą. A przecież, może czas spojrzeć na nasze relacje z Niemcami z nieco innej perspektywy. Nie przez lunetę z Westerplatte, ale przez różowe okulary. Tak, drodzy rodacy. Niemcy nas kochają.

  • Miłość na zabój i aż po grób

I to nie tak zwyczajnie. To miłość głęboka, trudna, zaborcza. Miłość historyczna. Taka, co chwyta za gardło i za granicę. Przypomnijcie sobie tych nielegalnych emigrantów, co to w roku pamiętnym przebierali się w harcerskie mundury, śpiewali marsze i – chwycili za broń, żeby tu zamieszkać. Nie w Szwajcarii. Nie na Majorce ale właśnie w Polsce. Chcieli nas uszczęśliwić swoją kulturą, techniką, zamiłowaniem do porządku, przepisów i golonki. To miłość – intensywna, brutalna, ale miłość. Jak z „50 twarzy Grety”.

Może w ogóle powinniśmy przedefiniować ten cały „Drang nach Osten” – nie jako akt pogardy wobec Wschodu, ale jako wyraz niemieckiego uczucia. Może ich pociąga nasz chaos, nasza spontaniczność, nasze rondo w każdym miasteczku?

Z naszej strony to wygląda dziwnie – trudno sobie wyobrazić, że z miłości do Albanii chwycilibyśmy za KBKS-y. Że rozkochani w Tiranie, ruszylibyśmy pieszo przez Karpaty z naręczem ulotek i moździerzem. Ale Niemcy myślą po niemiecku. „Ich liebe dich” – iś libe diś – w naszych uszach brzmi to jak syczenie grzechotnika w kaloryferze. Ale po niemiecku oznacza coś wzniosłego: „Ja kocham ciebie”.

  • Polska w ramionach Niemiec

Jasno widać, że na przestrzeni ostatnich 80 lat forma niemieckiej miłości do nas, Słowian, uległa radykalnej przemianie. Ekspresja tego uczucia kiedyś miała charakter dość bezpośredni: kolumna pancerna, pieśń na ustach, rozkaz w ręku. Dziś – znacznie subtelniejszy. Logika być może pozostała ta sama: wejść, ułożyć, zorganizować, scalić. Ale środki – kompletnie inne.

Nie ma już stukotu butów na bruku, jest kliknięcie „zatwierdź wniosek” w generatorze wniosków funduszy strukturalnych. Nie ma już zasiedlania przez deportację – jest „mobilność zawodowa w ramach rynku wewnętrznego”. Nie ma już „Ostfront” – jest „Ostförderung”, czyli polityka spójności dla wschodnich rubieży wspólnoty.

Nasze przystąpienie do Unii Europejskiej w 2004 roku  było wydarzeniem egzystencjalnym. Quasi-małżeństwo. Polska niezbyt posażna panna znad Wisły – o wątpliwym bilansie, skromnym majątku i niepewnej historii kredytowej – została przyjęta z otwartymi ramionami przez eleganckiego pana z Hamburga, właściciela kilku zakładów, płynności finansowej i Volkswagena w leasingu. Nie była to relacja romantyczna. Raczej pragmatyczna. Ale jednak to on płacił za wesele. Panna młoda nie wniosła posagu, ale za to ogromną determinację, zapał i trudną do sklasyfikowania strukturę administracyjną. A pan młody wiadomo pieniądze, know-how, dostęp do katalogu IKEA.

  • Ile kosztuje unijna miłość? 

Zajrzyjmy na chwilę do portfela tego małżeństwa. Otóż przez ostatnie 20 lat wspólnego pożycia, panna znad Wisły wyjmowała z niego średnio około 212 euro rocznie na głowę obywatela, a pan z Hamburga regularnie dokładał po 241 euro od głowy statystycznego Niemca.

Używam tu oczywiście pewnego uproszczenia, bo wiemy dobrze, że  – te pieniądze przechodziły przez magiczne ręce Brukseli, gdzie Komisja Europejska wciela się w rolę rodzinnego bankiera.

Łączne dotacje, które Polska otrzymała od 2004 roku, wynoszą ok. 161 miliardów euro (czyli blisko 750 miliardów złotych). Tymczasem sama niemiecka składka netto do budżetu Unii w ciągu dwóch dekad to grubo ponad 300 miliardów. Ujmując brutalnie: to Niemcy sfinansowali w całości nie tylko polską transformację, ale też połowę Rumunii i ze dwa województwa w Hiszpanii. Polska wpłacała mniej więcej tyle, ile wynosi roczna suma mandatów z fotoradarów. To jak wspólne konto, na które jedna strona przelewa pensję, a druga robi zakupy na raty.

  • Dotacyjny kran wysycha?

O Allach powiedz kiedy skończy się nam historyczny kredyt, choć wolelibyśmy nie wiedzieć, bo traktujemy niemiecką forsę jak pogodę: po prostu jest. Mechanizm tej miłości pieniężnej jest dość prosty. Nazywa się go oficjalnie: „Polityka spójności i wyrównywania szans”. Ci, którzy mają wyższe PKB per capita niż średnia UE (Niemcy – 115 proc.), dopłacają tym, którzy mają niższe (Polska – około 85 proc.)

Ale – jak w każdej baśni o magicznym źródle – i tu istnieje ryzyko, że strumień pieniędzy wyschnie. Powody :

  1. Horyzont polityczny – czyli „macie reformować, a nie tylko fakturować”

Komisja Europejska coraz częściej mówi wprost: Nie wystarczy być biednym. Trzeba jeszcze być przewidywalnym. Dotacje są coraz mocniej wiązane z: praworządnością, reformą sądów, zieloną transformacją, cyfryzacją, bezpieczną granicą, ale nie za bardzo drutowaną. Czyli: jeśli ktoś w Unii zaczyna grać solo, bez partytury z Brukseli – to Bruksela wyłącza wzmacniacz i zwija kabel od dotacji. Tak było z Węgrami. Tak prawie było z Polską. Kto wie – może kolejny rząd zapowie wyjście ze wspólnej polityki klimatycznej, a wtedy kurek z Funduszu Spójności lekko skręci się „z powodów proceduralnych”.

  1. Horyzont ekonomiczny – czyli „kończą się Niemcy”. Bogaci sponsorzy też mają swoje granice cierpliwości i bilansu budżetowego. Niemcy już teraz mają deficyt. W 2024 roku w Brukseli pierwszy raz oficjalnie padło pytanie: Czy fundusze spójności w tej formie mają jeszcze sens? Jeśli niemiecki podatnik uzna, że nie chce już sponsorować murala z bocianem i cytatem z Norwida na elewacji szkoły w gminie Szczekociny, to politycy pójdą za nim i zmniejszą składki, zmienią zasady, albo ograniczą beneficjentów do „państw, które się zachowują”.
  2. Horyzont strukturalny – czyli „już nie jesteście tacy biedni”. To najciekawsze – bo niekontrowersyjne. Po prostu Polska rośnie. I jeśli nasz PKB per capita przekroczy 90 proc., potem 95 proc., a wreszcie 100 proc. średniej UE (a idziemy w tym kierunku), to w świetle traktatów przestaniemy być kwalifikowani do dużej części dotacji. Nie dlatego, że ktoś nas nie lubi. Dlatego, że staliśmy się zbyt bogaci jak na biedaka. To jakby dziecko wciąż chciało zasiłek, choć już zarabia więcej niż rodzice.
  • Czy Polska udźwignie ciężar bogactwa?

Ale to nie jest jeszcze to najgorsze jakie chciałem wam powiedzieć. Może przyjść dzień, w którym Polska stanie się pełnoprawnym Europejczykiem. Takim naprawdę. Nie tylko w teorii, nie tylko w przemówieniu premiera, ale w sensie brutalnym, podatkowym. Równy wśród równych. Nie peryferie. Nie beneficjent. Sponsor. Bo na tym najszczęśliwszym kontynencie na ziemi – jak się już dorobisz, siadasz po drugiej stronie stołu. I zaczynasz dopłacać. Wyobrażam to sobie tak:

Inspektor Krajowej Administracji Skarbowej, w pełnym galowym mundurze, z miną ponurego faryzeusza, właśnie wysłał komornika, by odzyskać 100 zł zaległego PIT-u od rencistki, która pomyliła się w formularzu. I teraz, z wypiekami na twarzy, przelewa te ciężko wyszarpane złotówki do Brukseli. Nie na most w Radomiu. Nie na szkolenie z bioróżnorodności dla sołtysów. To będzie moment, w którym mit „Unia nam daje” zamieni się w brutalną rzeczywistość. Z punktu widzenia naszej narodowej mentalności – szok egzystencjalny.

  • Remiza za euro, wdzięczność za darmo

Dlatego z pewną zazdrością – taką cichą, nieśmiałą, narodowo skrzywioną – powinniśmy spojrzeć na tych wszystkich niemieckich podatników, którzy szok samopoświęcenia mają już dawno za sobą. Proszę spojrzeć na tych protestantów, genetycznie umiarkowanych, księgowo ukształtowanych, emocjonalnie przezroczystych. Dają tak aby lewa ręka nie wiedziała, co robi prawa. Bez narzekania. Bez biadolenia. Bez żądania wdzięczności, pomników czy medali.

Patrzą na nasze sukcesy z unijnych funduszy. Na te zielone dachy na remizie w gminie Lipniak. Na ścieżki sensoryczne dla jeży, bo jeż też ma prawo do doznań. Na mural 3D z husarią na stacji transformatorowej, bo przecież niepodległość energetyczna zaczyna się od tożsamości. Wszystko to pokryte w 80 procentach z ich podatków. Nie dzwonią do europosłów. Nie organizują marszów pod hasłem „Kein Cent mehr für Polen!”
To jest prawdziwy humanizm. Nie ten deklaratywny, z akademickich esejów i debat filozoficznych. Tylko codzienny, pokorny, fiskalny. To jest człowieczeństwo rozliczalne, z PIT-em i przelewem. To jest, proszę Państwa, miłość. Może nie romantyczna, może nie poetycka – ale stała, zrównoważona, zgodna z dyrektywami i zatwierdzona przez Komisję.

Dlatego przestańmy pluć szkopom pod drzwi. Pójdę nawet dalej – pozwolę sobie zredagować tekst, który mógłby być wygłoszony na uroczystej sesji Sejmu, odczytany przez Prezydenta RP lub wydrukowany jako pełnostronicowy list w Frankfurter Allgemeine Zeitung.

Dociekamy. Słuchamy. Podglądamy.

Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.

Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.

Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.

Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.

Pracuj z nami

Rozbijamy barykady zamkniętych umysłów.

Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.

HECHO.pl – Twoje nowe lustro Polski.
Ostrze analizy. Impuls zmiany.

Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)
Siedziba: Warszawa

KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862

Nr konta:
18 1090 1056 0000 0001 6270 8297

O wydawcy portalu HECHO.pl
Projekt: DOBOROWA.com.pl · NARRATOR Jaruga & Kędzierski · Strony internetowe, treści, AI. | Odwiedź nas

Login to enjoy full advantages

Please login or subscribe to continue.

Go Premium!

Enjoy the full advantage of the premium access.

Stop following

Przestań obserwować Cancel

Cancel subscription

Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.

Go back Confirm cancellation