Andrzej Duda przez 10 lat pełnienia funkcji prezydenta RP wykazał się głębokim deficytem intelektualnym i refleksyjnym, szczególnie widocznym w momentach, gdy mówił własnym głosem, bez wsparcia partyjnych scenariuszy czy konsultacji z doradcami. Nie jest to atak personalny, lecz próba skwitowania stanu faktycznego – stylu sprawowania urzędu, wypowiedzi, działań i zaniechań – które razem tworzą portret głowy państwa niezdolnej do samodzielnego myślenia w ramach powierzonych jej konstytucyjnych obowiązków. Rzec można głowy bez głowy.
Andrzej Duda nigdy nie był lwem politycznych salonów. Ani nawet kotem. Raczej papugą – dobrze wychowaną, grzecznie powtarzającą frazy, które ktoś wcześniej ułożył. Z zaplecza Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego wyniósł głównie umiejętność stania w cieniu i lojalnego kiwania głową. Ale jak każdy mierny, lecz ambitny człowiek, miał marzenia. I miał plan. A przynajmniej miał kogoś, komu mógł się przypodobać.
Nie był tajemnicą jego nadgorliwy zachwyt wobec prezydentówny Marty Kaczyńskiej, którą otaczał troską, uśmiechem i atencją nieco zbyt gorliwą, jak na „koleżeńską pamięć o ojcu”. W kręgach prawicowych mówiło się, że Duda krążył wokół niej jak satelita wokół jedynego dostępnego źródła grawitacji. Ciepłe gesty, uważne spojrzenia, nieustanna gotowość do pomocy – wszystko to sprawiało, że wyróżniał się na tle innych niecharyzmatycznych pracowników kancelarii. Ale nie mądrością, nie erudycją, nie siłą charakteru. Wyróżniał się po prostu tym, że bardzo, bardzo chciał się podobać.
I chyba się spodobał – przynajmniej na tyle, by Marta Kaczyńska wspomniała o nim wujowi Jarosławowi. A Prezes lubi lojalnych, bezbarwnych i łatwo sterowalnych, że pozwolę sobie przypomnieć trzy inne błędy personalne Jarosława Kaczyńskiego na długiej liście dudopodobnych:
Duda był właśnie takim kolejnym kandydatem na liście Kaczyńskiego osób godowych do użycia.
W 2015 roku Andrzej Duda chciał zostać prezydentem z mniej więcej takim zapałem, z jakim statysta chce nagle zagrać główną rolę w dramacie szekspirowskim. Kandydowanie było mu zaproponowane, żeby nie powiedzieć: polecone. Na początku wyglądało to jak polityczna formalność. Wystawić grzecznego człowieka, który przegra z honorem z urzędującym Komorowskim. Dopóki nagle nie okazało się, że… może wygrać. I wtedy Duda się przestraszył. Zaczął świecić oczami, mylić zdania, mówić jak w konkursie krasomówczym na Uniwersytecie Trzeciego Wieku.
A czemu mógł wygrać? Komorowski uwierzył w sondaże. A te były tak fałszywie nadmuchane przez jego własny sztab, że śmiało można je było drukować w Biuletynie Samozadowolenia Władzy. Miało być 70 do 30. Miała być „druga kadencja bez kampanii”. Komorowski odpisał sobie zwycięstwo na zapas, a PiS – w tym czasie – harował jak mrówka po energetyku. Zorganizowali Dudzie tournée, ustawili przekaz, nagrali pianinko, zrobili ładne ujęcia i wycięli wszystko, co mówił samodzielnie. Wyszło: prezydent dla ludzi. Komorowski za to nie robił nic, co strategią było błędną.
Pierwsza kadencja Andrzeja Dudy to czas, który trudno nazwać inaczej niż okresem politycznego dryfu. Z Pałacu Prezydenckiego nie wyszła żadna znacząca inicjatywa ustawodawcza – chyba że za taką uznamy regularne produkowanie okolicznościowych orędzi, pełnych frazesów o narodzie, historii i godności. Wizji państwa nie było, bo i nie było potrzeby jej mieć. Rolą Dudy, od początku i do końca, było bezrefleksyjne parafowanie decyzji partii rządzącej. I w tej funkcji sprawdził się znakomicie: był notariuszem Nowogrodzkiej, wiernym narzędziem w rękach tych, którzy naprawdę rządzili.
Podpisał wszystko, co trzeba było podpisać – zwłaszcza w ramach tzw. reformy sądownictwa, która miała tyle wspólnego z praworządnością, co „dobra zmiana” z dobrym gustem. Gdy w 2017 roku raz się wyłamał i zawetował dwie ustawy – opozycja ogłosiła narodziny niezależności. Jak się okazało, przedwczesne. Prezydent wrócił na tory lojalności szybciej, niż zdążył wytłumaczyć, co właściwie go skłoniło do tamtego gestu.
W momentach kryzysowych – czy to pandemia COVID-19, czy kryzys uchodźczy – Duda znikał. Albo pojawiał się, ale w wersji symbolicznej: jako figurant przy stole, nie decydent. W jego działaniach brakowało reakcji, planu, jakiejkolwiek inicjatywy wykraczającej poza gest. Jedynym obszarem, w którym próbował budować własną narrację, była tzw. prezydentura historyczna: dużo mówienia o bohaterstwie, cierpieniu i wyklętych, zero konkretów. Dużo „pamiętania”, żadnego „planowania”. Retoryka godnościowa, która z założenia miała dodawać powagi, w praktyce maskowała pustkę.
Tak minęła pierwsza kadencja – w lojalności, w bierności, w ceremonialnym odczytywaniu przygotowanych tekstów. Pięć lat, które nie zostawiły po sobie żadnej idei, ale sporo podpisanych ustaw i jeszcze więcej okazji do zadania pytania: po co nam taki prezydent?
Zwycięstwo Andrzeja Dudy nad Rafałem Trzaskowskim w wyborach prezydenckich 2020 roku nie było dowodem na siłę jego kandydatury, tylko na słabość społeczeństwa obywatelskiego, bezwład opozycji i potęgę politycznego marketingu opartego na strachu i inercji. Duda wygrał, choć był nijaki – a może właśnie dlatego. W czasach niepokoju ( COVID) ludzie często nie wybierają kogoś, kto obiecuje zmianę. Wybierają kogoś, kto nie budzi lęku. Nawet jeśli jego jedynym programem jest trwanie.
Duda był bezpieczny jak zapisana kartka. Nie powie nic nowego, nie zaskoczy, nie pomyśli. Za to wiadomo, że podpisze. I to wystarczyło. Trzaskowski, choć dynamiczny, inteligentny i zdolny, stał się celem skutecznie nakręconej kampanii lęku – o dzieci, o Kościół, o Polskę „jaką znamy”. TVP nie prowadziła debaty – prowadziła operację. Przekształcono Trzaskowskiego w symbol „obcego” i „groźnego”, mimo że był bardziej przewidywalny niż niejedna osoba z PiS.
Do tego doszedł kluczowy błąd: spóźniony start. Trzaskowski był kandydatem z łapanki po tym, jak Kidawa-Błońska poległa z kretesem. Czasu na kampanię było za mało, struktury – nieprzygotowane, przekaz – nieoszlifowany. Duda miał cały aparat państwa, miał ambonę TVP, miał propagandę, miał Kościół. I miał jeszcze coś: wiedzę, że jego wyborca nie oczekuje od niego niczego poza tym, by nie dopuścił tamtych do władzy.
Duda nie wygrał, bo był silny. Wygrał, bo nie był groźny dla żadnego układu. Był znakiem stabilizacji – w kraju, który boi się ruchu. Był przedłużeniem ręki Prezesa, który nie chciał prezydenta – chciał operatora długopisu. I dostał go po raz drugi. Z pełną zgodą połowy Polski, która uznała, że lepiej mieć nikogo, niż kogoś, kto myśli samodzielnie.
Druga kadencja to nie tyle prezydentura, co pasmo upokorzeń transmitowane na żywo – festiwal przejęzyczeń, pokracznych gestów i zadziwiającej odporności na rzeczywistość.
Gdy wybuchła wojna w Ukrainie, prezydent zareagował klasycznie: patrzył, jak inni działają, a potem dołączał do peletonu z hasłem „Polska wspiera!”, jakby był ambasadorem kibiców, nie głową państwa. Mówił o potrzebie mediacji ze strony Chin, jakby zapomniał, po której stronie stoi NATO, którego zresztą też nie był pewien. Raz obecny, raz nie, raz zainteresowany, raz zajęty czymś innym (może ortografią).
Na arenie międzynarodowej bywał jak zapomniany gość weselny, który zgubił zaproszenie – niby jest, ale nikt nie wie, po co. W kraju? Ani jednej poważnej ustawy, ani jednej wizji, ale za to mnóstwo powagi w sprawach godności, historii i przypinania orderów. Wypowiedzi? Słowne kartofle, jak choćby perła z Siedlec: „Lech Kaczyński był moim prezydentem, Bronisław Komorowski był bezobjawowy”. Zapomniał dodać, że sam jest parodią. Gdyby jego kadencję ubrać w symbol, byłby to stół konferencyjny – płaski, bierny, gotowy podpisać, co mu podsuną. I nie przeszkadzać.
Dowody na to, że Andrzej Duda nie grzeszył bystrością, były tak liczne i tak spektakularne, że można by z nich zbudować drugi Pałac Prezydencki – z materiałów równie trwałych, co jego poglądy: kartonu, styropianu i pustych sloganów. Jego aktorstwo przypominało występy dzieci z przedszkola, którym kazano zagrać dąb: patrzył w kamerę, napinał twarz, mówił tonem „tu będzie wzruszenie” – i wyglądał, jakby sam się dziwił, że przeczytał do końca bez przerwy na chrząknięcie. Publiczność jednak nie płakała ze wzruszenia.
Poczucie humoru prezentował na poziomie wuefisty z PRL-u. „Zakaz pedałowania” – żart, który raz na zawsze udowodnił, że nie odróżniał orientacji seksualnej od ścieżki rowerowej. Do tego niezapomniane przejęzyczenia, przekręcone cytaty i zdania, które urywały się w połowie, jakby zapomniał, co miał powiedzieć. Bo zwykle zapominał:
„Cieszę się, że to właśnie w Polsce będzie miał miejsce szczyt państw Trójkąta… Trójkąta… tego… Trójkąta.” – po czym zawisł w ciszy jak Windows 95 po podpięciu drukarki. Chodziło, oczywiście, o Trójkąt Weimarski – ale prezydent zgubił nazwę w locie. Tak wyglądało jego myślenie w czasie rzeczywistym: krótki lot, awaria i nieplanowane lądowanie awaryjne w pustce.
Riposty? Brak. Gdy ktoś go krytykował, odpowiadał ciszą, westchnieniem albo miną zbitego jamnika. W miejsce błyskotliwości – niekończące się refreny o rodzinie, Bogu i biało-czerwonej. Jego światopogląd był tak płaski, że można było go zwinąć w rulon i używać jako maty pod buty. Mówił jak ulotka wyborcza z 2015 roku, tylko bardziej wyblakła. Nuda była jego żywiołem – tak gęsta, że można ją było kroić nożem.
Nie była to głupota tragiczna – była to głupota codzienna. Ciepła, pozbawiona refleksji, odporna na sens i logikę. I co najgorsze: on jej nigdy nie próbował ukrywać. Wręcz przeciwnie – nosił ją z dumą, jakby była orderem.
Przez 10 lat prezydentury Andrzeja Dudy polscy podatnicy wydali około 2,5 miliarda złotych na utrzymanie urzędu, który funkcjonował głównie jako teatr symboli, z aktorem w roli głównej, ale bez scenariusza i bez treści. Duda zarobił w tym czasie ok. 2,4 miliona netto, których właściwie nie miał na co wydawać. Mieszkał, jadł, podróżował i funkcjonował na koszt państwa. Jego żona, choć bez pensji, miała opłacane składki emerytalne – 130 tysięcy złotych za uśmiechy, obecność i brak opinii. Państwo Duda niczego nie stworzyli, niczego nie zaproponowali, nie zostawili po sobie ani jednej idei – za to kosztowali więcej niż średniej wielkości miasto.
Za 2,5 miliarda złotych można było zbudować setki szkół, tysiące mieszkań komunalnych, dofinansować psychiatrię dziecięcą, ochronę zdrowia, infrastrukturę, transport, energię odnawialną – ale zamiast tego karmiliśmy luksusową stagnację i ochranialiśmy prezydenta, który nic nie potrafił, nic nie rozumiał i niczego nie zmieniał. Bo realna prezydentura i tak działała z pokoiku przy Nowogrodzkiej, a Duda był tylko długopisem z funkcją odczytu. Tylko bardzo, bardzo drogim.
Parodia się skończyła. Kurtyna opadła. Czas opuścić scenę. Nie w glorii i chwale, lecz w ciszy, która najlepiej pasuje do tej dekady politycznej niemocy. Odszedłeś – choć nigdy tak naprawdę nie przyszedłeś. Byłeś prezydentem z przypadku, z partyjnej łaski, z potrzeby obsadzenia stanowiska kimś, kto nie przeszkadza. I nie przeszkadzałeś. Nie robiłeś nic – i to właśnie było największym problemem.
Nie zostawiłeś po sobie ani myśli, ani języka, ani jednego gestu, który warto byłoby powtarzać. Wygłosiłeś setki przemówień, z których nie zapamiętano ani jednego. Byłeś głową państwa, ale nikt nie miał wątpliwości, że decyzje zapadają gdzie indziej – w ciasnym pokoju przy Nowogrodzkiej, gdzie realna władza nawet nie udawała, że się z Tobą liczy. Politycznie – popełniłeś samobójstwo. Społecznie – zniknąłeś, zanim ktokolwiek zdążył zauważyć, że byłeś.
Teraz zostaje Ci emerytura – suta, jak na urzędnika z podpisem automatycznym. Społeczeństwo, które płaciło za Twój wysoki standard życia i milczenie, będzie teraz finansować Twoją bezczynność w nowym wydaniu – jako „byłego prezydenta”. Tytuł na wyrost, jak wiele rzeczy w Twoim życiu publicznym.
I może właśnie to jest Twoja kara: dożyć swoich dni w cieniu świadomości, że nie byłeś potrzebny. Że Twoje nazwisko nie oznacza ani idei, ani odwagi, ani choćby sprzeciwu. Że zostajesz zapamiętany nie jako mąż stanu, ale jako ktoś, kto przez dziesięć lat trzymał długopis i bał się mówić własnym głosem.
Więc spal się, Andrzeju. Spal się ze wstydu za to, jak bardzo zmarnowałeś ten urząd. I nie wracaj. Nawet jako komentator. Bo nawet na to trzeba mieć coś do powiedzenia.
Miliony lat ewolucji, niekończący się łańcuch przypadków, katastrof i cudów – wszystko to, by w 1972 roku w Krakowie pojawił się organizm nazwiskiem Andrzej Duda. Miliardy komórek ułożyły się w coś, co miało mówić, myśleć, działać. Iskra życia – ta niepojęta anomalia w pustce wszechświata – tliła się w nim przez dekady, jakby natura naprawdę miała jakiś plan.
A potem wszystko to zostało przeznaczone na uśmiech do kamery, podpis pod ustawą i wygłoszenie tekstu, który ktoś wcześniej napisał grubym drukiem.
Życie, które pojawia się raz pośród nigdy, zostało zużyte na udawanie roli, której się nie rozumiało. Duda nie popełnił błędu. Duda był błędem. Nieświadomym, miękkim zapisem zmarnowanego potencjału biologicznego. I to jest może najbardziej dojmujące – że nawet wszechświat, w swoim obojętnym majestacie, potrafi stworzyć coś równie pustego. Adieu, prezydenckie dziadostwo.
Robert Jaruga
Oznaczono jako :
Andrzej Duda
O Autorze : call_made
O AUTORZE : Jest sukcesem reprodukcyjnym ojca Józefa i matki Marii. Jasno z tego wynika, że urodził się w świętej rodzinie. Skończył dziennikarstwo w Warszawie i nauki polityczne w Hamburgu. Wolno mu więc o sobie mówić, że jest prawdziwym hamburgerem. Pociesza go, że składa się z inteligentnej materii o masie 1300 gramów (waga mózgu). Martwi, że zliczając masę 7,3 miliarda mózgów zamieszkujących Ziemię wychodzi, że inteligentna materia stanowi pomijalny procent materii nieinteligentnej, z której składa się makrokosmos. (Perfekcyjny w pielęgnacji swej intelektualnej niezależności – przyp. red).
Wesprzyj niezależne dziennikarstwo.
Bo inaczej prawda zdechnie.
Jak mucha w smole.
A kłamstwo będzie się miało dobrze.
Jak pluskwa w materacu.
Za cenę połowy – ba, jednej dziesiątej – paczki fajek możesz wesprzeć tworzenie treści, które nie robią z czytelnika idioty. Bo przecież wszyscy wiemy, że Internet sam z siebie nie przestanie być wysypiskiem informacyjnego chłamu. Prawda?
Dorzuć się i dołącz do elitarnego grona ludzi, którzy jeszcze rozumieją, że wolne słowo nie żywi się lajkami.
Twoje wsparcie to nie tylko gest – to szansa, by autor nie musiał dorabiać w call center albo pisać clickbaity o "szokujących sekretach celebrytów".
Nie bądź dusigroszem.
Skąpstwo to grzech, a hojność daje karmę. Albo chociaż dobry content.
Czasem nawet jedno kliknięcie może zdziałać więcej niż cały wykład o empatii.
4,44 zł
Prawda tańsza niż piwo.
6,66 zł
Grosz do grosza i diabeł zadowolony.
19,89 zł
Twoja transformacja w dobrodzieja.
Wpłaty na Fundację Czwarta Władza (F4W) realizuje Tpay – Krajowy Integrator Płatności S.A. (KRS: 0000412357, NIP: 7773061579, REGON: 300878437, Rejestr Usług Płatniczych: IP27/2014).
Objaw ją dzięki dziennikarskiemu śledztwu na zamówienie.
Anonimowość i ochrona źródeł gwarantowane.
Kliknij po więcej
Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.
Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.
Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.
Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.
Pracuj z nami© hecho.pl — fotografie z Adobe Stock i innych licencjonowanych źródeł, użyte zgodnie z obowiązującymi licencjami. Zobacz więcej.
Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.
HECHO.pl – Twoje nowe lustro Polski.
Ostrze analizy. Impuls zmiany.
Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)
Siedziba: Warszawa
KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862
Nr konta:
18 1090 1056 0000 0001 6270 8297
„Hecho” – zarejestrowany tytuł prasowy (PR 21681).
Pełniącymi obowiązki redaktorów naczelnych są Przemysław Ćwikliński (redaktor starszy) oraz Łukasz Piotrowicz – każdy w zakresie swoich najwyższych kompetencji i udokumentowanych osiągnięć.
Tygodnik internetowy spełniający wymogi ustawy Prawo prasowe.
Please login or subscribe to continue.
No account? Register | Lost password
✖✖
Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.
✖
Bądź pierwszym, który skomentuje!