W minionym tygodniu, idąc Ujazdowskimi, zauważyłem grupę ludzi z biało-czerwonymi transparentami, którzy „domagali się sprawiedliwości” i „przebudzenia prokuratora”. Początkowo pomyślałem, że to klasa robotnicza z falstartem zaczęła pochód pierwszomajowy. Ale żaden z uczestników, najwyraźniej dotknięty jakąś wersją niesprawiedliwości, na robola nie wyglądał. Wręcz przeciwnie. No i stali akurat vis-à-vis Ministerstwa Sprawiedliwości – czyli jakby zapotrzebowanie spotkało się z ofertą.
Później z mediów dowiedziałem się, że ci spragnieni sprawiedliwości spotkali się z samym szefem polskiej Temidy, Bodnarem. A ten – zamiast, jak nakazywałaby szczerość, powiedzieć im „spadajcie, idioci, na drzewo” – oznajmił z całą dyplomacją i powagą, że państwo jest gotowe do współpracy.
Chodzi o to, że 9 tysięcy ludzi miało zarobić, a nie zarobiło. Czują się więc oszukani. Cóż za wiarołomstwo! Gdzie były państwowe służby i prokuratura, kiedy inwestowali swoje pieniądze z nadzieją na łatwy zysk? Takie słowa zapewne na spotkaniu z ministrem nie padły – a może wreszcie powinny. Bo jeśli raz na dwa lata jakaś grupa, i to wcale niegłupich Polaków, czuje się wydymana przez innego rodaka, a straty liczone są w milionach, to może najwyższy czas, żeby coś z tym zrobić.
I tym razem było jak zwykle. Przebojowy biznesmen Marek Pióro założył firmę o nazwie „Cinkciarz.pl” (choć uczciwiej byłoby nazwać ją po prostu „Złodziej.eu” – bo to i tak nie zniechęciłoby tych, którzy marzą o łatwej kasie, do powierzenia pieniędzy). Firma zajmowała się wymianą walut, ale w rzeczywistości oferowała również krótkoterminowe kontrakty spekulacyjne na różnicach kursowych. Początkowo wyglądało to na świetny interes – dla niektórych nawet był. Ale wszystko skończyło się znajomo: chciwcy nie dostali tego, czego oczekiwali. Teraz mamy płacz oraz zgrzytanie zębów. A pan Pióro!? No cóż. Nadal nieobecny.
W historii nowoczesnej Polski takie rzeczy dzieją się na bieżąco – i będą dziać się nadal. Po raz pierwszy od dekad, pojawiła się bowiem grupa ludzi, którzy mają nadmiar forsy. Dorobili się w różny sposób – uczciwy lub nie – ale teraz nie bardzo wiedzą, co z tymi pieniędzmi zrobić w sensie konkretnym. Ogólnie zaś chcieliby mieć ich jeszcze więcej.
A ponieważ kapitalizm nieustannie przekonuje ich, że to możliwe – w każdym telewizorze, na każdym portalu – nie śmią w to wątpić. Wierzą, że się da. Chciwcy – z niezłomnym uporem robią naprawdę wiele, by w pocie czoła i nerwach pozbyć się tego do czego doszli często drogą nie małych wyrzeczeń. Dzieje się to niejako na pięciu poziomach.
Najmądrzejsi z nich inwestują na GPW, bo według ich wiedzy, wszystko tam jest pod kontrolą, nadzorem i zgodne z zasadami. Dziś się akcje kupi, jutro się sprzeda – i jest zysk, opodatkowany przez Belkę. A jeśli stracą? Spokojnie – ich makler zawsze ma gotową formułkę: byli źle zdywersyfikowani, niewyedukowani albo działali pod wpływem emocji.
To brzmi jak wstęp do książki o finansach dla „bystrzaków z metropolii”, napisanej przez kogoś, kto sam nigdy nie zainwestował ani grosza na giełdzie, ale zajebiście dobrze zarabia na jej opisywaniu. Przykład? Choćby Wydawnictwo „Milion Kroków”, które serwuje czytelnikom całą wannę frazesów i napuszonego bełkotu w stylu: „Inteligentny inwestor”, „Początkujący inwestor”, „Inwestor fundamentalny”.
Prawda jest jednak inna: gdyby wszyscy indywidualni inwestorzy byli idealnie wyedukowani, mieli portfele jak BlackRock (największa na świecie firma zarządzająca aktywami, ponad 10 bilionów dolarów) i emocje jak algorytm, to nikt na giełdzie by nie zarabiał. Zapewne niektórzy to rozumieją. Większość – nie.
A ta ich „mądrość” inwestorska okazuje się też balastem. Przykład? WIG spadł o 17 proc. (tak, procent, nie punktów) w ciągu miesiąca – fakt, to był rok 2020. Inwestor wyszedł z tego z gołą dupą, ale przecież nie pójdzie na skargę do ministra sprawiedliwości czy finansów, że go oszukali. To byłoby po prostu śmieszne.
A jednak – wbrew tej uciążliwości – to właśnie owi giełdowi poszkodowani, są jeszcze tymi najszczęśliwszymi. Ich gehenna kończy się w momencie, gdy rachunek inwestycyjny pokazuje zero. No chyba że zdążyli się wcześniej zapożyczyć – na przykład w PKO, jednym lub drugim. Wtedy rzeczywiście mają przejebane.
Drugą grupę chciwców stanowią ci nieco mniej bystrzy niż inwestorzy giełdowi, ale nadal uważający się za całkiem mądrych. Dla nich giełda to zbyt skomplikowany mechanizm ponoszenia strat, wolą więc „quasi-inwestycje” – przedsięwzięcia podbudowane jakimś autorytetem. Przypomnę choćby Grobelnego, który przed kamerami rozkładał na łopatki samego ministra Balcerowicza. Był też Palikot – niegdyś kandydat na prezydenta. A dziś pan Pióro, lansowany niedawno przez prasę łososiową i tę z członem „business” jako mistrz świata w wieloboju finansowych złudzeń.
Tu chciwcy nie inwestują – oni przelewają pieniądze. Kupują „coś”, a w rzeczywistości oddają kasę na konta, nad którymi nie mają żadnej kontroli. Potem płaczą.
Ich sytuacja jest najgorsza – bo nie tylko nie odzyskają pieniędzy, ale latami żyją w złudzeniu, że to jednak możliwe. Dlaczego? Bo prokuratura im to złudzenie podtrzymuje. Śledztwo w sprawie Afery GetBack (10 tysięcy oszukanych z wynikiem minus 2,5 miliarda ) toczy się już 7 lat – i nic.
Problem z takimi Palikotami czy Piórami polega na tym, że to, co robili, było legalne. A przynajmniej – nie nielegalne. I tak naprawdę prokuratorzy próbują dopasować fakty do kodeksu karnego, choć te fakty do niczego nie pasują. To jak dopasowywanie głowy do kapelusza – metodą łomu.
Poszkodowani przez takie ładnie wyglądające manufaktury cierpią najbardziej. Są na tyle ogarnięci, by chodzić do urzędów, ministerstw, komisji. Z racji zapachu perfum i metek na koszulkach są nawet wysłuchiwani. Ale krzywdę – rzekomą, bo nie widzą w niej swojej winy – noszą czasem do końca życia.
Trzeci garnitur chciwców – to zwyczajni głupcy, którzy wierzą, że da się zarobić więcej, szybciej i łatwiej, ale już niekoniecznie przejrzyście. Wchodzą więc w różnego rodzaju „inwestycje alternatywne”: kryptowaluty, fundusze obiecujące 15 proc. miesięcznie, obligacje egzotycznych spółek bez kapitału albo piramidy finansowe z eleganckim logo i sloganem o „wolności finansowej”. Nie czytają raportów, nie śledzą wskaźników. Oni klikają w reklamy na Facebooku i ufają, że skoro strona jest ładna, to firma też musi być uczciwa i nie myślą w niej o niczym innym jak o tym aby pomnażać cudzą gotówkę.
Ci żenujący idioci mają pełne zaufanie do nowoczesnych technologii, do YouTube’owych „ekspertów od dochodu pasywnego”, do webinarów i do chłopaków w garniakach z TikToka, którzy pokazują screeny z kont. Po stracie pieniędzy najczęściej krzyczą o „oszustwie”, „aferze” i „braku reakcji państwa” – choć sami nie byli w stanie przeczytać choćby jednego warunku umowy.
Czwarta drużyna chciwców to już nie inwestorzy ani „alternatywni gracze”. To zwykli ludzie, którzy nie wiedzą, że są chciwcami – dopóki ktoś nie pokaże im, że „wszyscy tak robią” i „to przecież pewne jak w banku”. Naturalnie zrodzeni ignoranci, którzy nawet nie wiedzą, czego nie wiedzą. Oni nie śledzą giełdy, nie chodzą na prezentacje, nie czytają umów. Ich kontakt z finansami kończy się na koncie osobistym i nadziei, że „może w końcu się coś uda”.
To właśnie im przedstawia się inwestycję w złoto bez złota, mieszkanie bez mieszkania albo obligacje spółki, która mieści się w garażu pod Krakowem. To oni wchodzą w systemy, w których „nie trzeba nic robić, tylko polecać” – i nie wiedzą, że to po prostu inna nazwa dla klasycznej piramidy.
Na spotkaniach motywacyjnych biją brawo, kiedy prowadzący mówi, że „Polacy są za mało odważni”. Z entuzjazmem wrzucają swoje oszczędności życia w obietnicę 10 proc. miesięcznie. Potem – jak przychodzi krach – nie mają już ani pieniędzy, ani nawet złudzeń. Ale na szczęście nie idą do mediów ani do sądu. Oni się po prostu wstydzą. Dali się zrobić jak dzieci (bo tak naprawdę byli przedszkolem) – i woleliby o tym nigdy nie mówić. Ich cierpienie jest ciche, niemal intymne. Żadnych pism do ministra, żadnych skarg. Tylko milczenie – i może czasem wódka na działce z sąsiadem, który „też się dał nabrać”.
No i w końcu mamy najsympatyczniejszą grupę: inwestorów, którzy słusznie uważają, że całe to inwestowanie to zwyczajnie zawoalowany hazard. Więc – skoro tak – po co udawać? Pozbywają się hipokryzji. Chodzą do kasyn, grają na pokerowych portalach, kupują losy na loterię. Wiedzą, że tu wszystko jest jasne: albo wóz, albo przewóz.
Choć ta forma „inwestowania” ma najmniejsze społeczne przyzwolenie, wydaje się jednak najbardziej uczciwa. Przynajmniej nikt nie ściemnia, że „zdywersyfikowany portfel” coś tu gwarantuje.
I wbrew pozorom, to wcale nie margines społeczny – sądząc po kapitale, jakim obracają firmy hazardowe. Największe instytucje finansowe (zaraz po bankach i superubezpieczycielach) w Europie to właśnie te, które zbudowano na przegranych drobnych graczy. Że wspomnę Flutter Entertainment (Irlandia) kapitalizacja 43,9 miliarda USD (maj 2025 – trochę więcej niż budżet Boliwi i dwa razy więcej niż Łotwy). Entain plc (Wielka Brytania) kapitalizacja 5,71 miliarda USD. Albo Kindred Group (Szwecja) 2,48 miliarda również dolarów, bo w tych pożałowania godnych koronach szwedzkich byłaby to naprawdę moc.
To niestety dowodzi, że żyjemy w błędzie co do prawdziwej natury pieniądza. Nasz stosunek do niego można podzielić na trzy zasadnicze typy.
Ci, którzy pieniędzy nie mają, myślą o przetrwaniu. Brak gotówki kojarzą z realnym zagrożeniem dla egzystencji. To mylne, choć zrozumiałe spostrzeżenie. Ale brak pieniędzy to nie rak ani wylew, choć często traktujemy go równie dramatycznie.
Ci, którzy mają pieniędzy trochę i koncentrują się na bezpieczeństwie. Czują się zagrożeni, więc pieniądz traktują jak tarczę. To również złudzenie. Pieniądze nie gwarantują bezpieczeństwa, są jedynie efektem stabilnej sytuacji, na przykład zawodowej, a nie jej przyczyną.
I wreszcie są ci, którzy pieniędzy mają w nadmiarze, zatem zaczynają myśleć o nieśmiertelności. Inwestowanie, pomnażanie, perpetuum mobile kapitału – najlepiej aż po kres życia i jeszcze dalej. Tu zaczynają się prawdziwe problemy.
Ludzie z nadpłynnością gotówki – na szczęście nieliczni – często nie wiedzą, czego naprawdę chcą. Pieniądz, zamiast być narzędziem, staje się ciężarem. Rodzi lęk: „Czy wykorzystuję go właściwie?”, „Czy ktoś mnie nie oszuka?”, „Czy nie mógłbym zrobić z nim czegoś lepszego?” W nadmiarze pieniądz przestaje być wartością – staje się strachem przed jej utratą. Paradoksalnie: im więcej masz pieniędzy, tym większy masz z nimi problem. Bo nie wiesz już, czy to, co robisz, ma sens – czy tylko wygląda na sensowne. Co gorsze pieniądz zmusza do działania – i nagradza za ruch, nie za refleksję. I to właśnie jest pułapka chciwców.
Prawdziwa siła pieniędzy nie polega bowiem na tym, by grać coraz ostrzej. Polega na możliwości odmowy udziału w grze. Pieniądze powinny dawać spokój – a nie generować nowy zestaw lęków.
Zatem jeśli macie więcej pieniędzy, niż potrzebujecie, to naturalnie pojawia się pytanie: W co inwestować? Tylko że to pytanie jest błędne. Nie inwestować – tylko alokować a najważniejsze brzmi: Gdzie moje pieniądze mogą zrobić najwięcej dobra – dla mnie, dla innych, dla świata?
Jak wesprzeć to, co uważasz za słuszne? Jak zamienić pieniądze w sens, a nie w tylko więcej pieniędzy? Nie mnóż kapitału! Przekształcaj go w znaczenie!
W tym momencie pewnie usłyszę, że jestem naiwnym pięknoduchem, oderwanym idealistą. Że „w praktyce nikt tak nie robi”. Hymn, rzeczywiście!? Spójrzmy zatem na tych, co robili „praktycznie”: pragmatycy od Cinkciarza, Palikota, Amber Gold – dziś płaczliwi klienci prokuratury i ministra sprawiedliwości, którzy uzyskali stopę zwrotu minus bardzo wieeele procent.
Czym się kierowali, jeśli nie właśnie odwrotnością tego, co proponuję? Ich myślenie było proste: wymienić funty na dolary, dolary na rupie, potem to wrzucić w obligacje jakiegoś postkolonialnego raju – i zarobić, nie robiąc nic. Pogoń za zyskiem nieuzasadnionym, bezsensownym, a w gruncie rzeczy – nieuczciwym. I to się zawsze kończy tak samo.
Lista ofiar tej logiki jest dłuższa niż książka telefoniczna i pełna całkiem zacnych nazwisk.
Chcecie przetrwać w świecie finansów? Nie szukajcie zysku. Szukajcie sensu.
Oznaczono jako :
Piramida finansowa
O Autorze : call_made
O AUTORZE : Jest sukcesem reprodukcyjnym ojca Józefa i matki Marii. Jasno z tego wynika, że urodził się w świętej rodzinie. Skończył dziennikarstwo w Warszawie i nauki polityczne w Hamburgu. Wolno mu więc o sobie mówić, że jest prawdziwym hamburgerem. Pociesza go, że składa się z inteligentnej materii o masie 1300 gramów (waga mózgu). Martwi, że zliczając masę 7,3 miliarda mózgów zamieszkujących Ziemię wychodzi, że inteligentna materia stanowi pomijalny procent materii nieinteligentnej, z której składa się makrokosmos. (Perfekcyjny w pielęgnacji swej intelektualnej niezależności – przyp. red).
Wesprzyj niezależne dziennikarstwo.
Bo inaczej prawda zdechnie.
Jak mucha w smole.
A kłamstwo będzie się miało dobrze.
Jak pluskwa w materacu.
Za cenę połowy – ba, jednej dziesiątej – paczki fajek możesz wesprzeć tworzenie treści, które nie robią z czytelnika idioty. Bo przecież wszyscy wiemy, że Internet sam z siebie nie przestanie być wysypiskiem informacyjnego chłamu. Prawda?
Dorzuć się i dołącz do elitarnego grona ludzi, którzy jeszcze rozumieją, że wolne słowo nie żywi się lajkami.
Twoje wsparcie to nie tylko gest – to szansa, by autor nie musiał dorabiać w call center albo pisać clickbaity o "szokujących sekretach celebrytów".
Nie bądź dusigroszem.
Skąpstwo to grzech, a hojność daje karmę. Albo chociaż dobry content.
Czasem nawet jedno kliknięcie może zdziałać więcej niż cały wykład o empatii.
4,44 zł
Prawda tańsza niż piwo.
6,66 zł
Grosz do grosza i diabeł zadowolony.
19,89 zł
Twoja transformacja w dobrodzieja.
Wpłaty na Fundację Czwarta Władza (F4W) realizuje Tpay – Krajowy Integrator Płatności S.A. (KRS: 0000412357, NIP: 7773061579, REGON: 300878437, Rejestr Usług Płatniczych: IP27/2014).
Objaw ją dzięki dziennikarskiemu śledztwu na zamówienie.
Anonimowość i ochrona źródeł gwarantowane.
Kliknij po więcej
Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.
Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.
Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.
Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.
Pracuj z nami© hecho.pl — fotografie z Adobe Stock i innych licencjonowanych źródeł, użyte zgodnie z obowiązującymi licencjami. Zobacz więcej.
Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.
HECHO.pl – Twoje nowe lustro Polski.
Ostrze analizy. Impuls zmiany.
Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)
Siedziba: Warszawa
KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862
Nr konta:
18 1090 1056 0000 0001 6270 8297
„Hecho” – zarejestrowany tytuł prasowy (PR 21681).
Pełniącymi obowiązki redaktorów naczelnych są Przemysław Ćwikliński (redaktor starszy) oraz Łukasz Piotrowicz – każdy w zakresie swoich najwyższych kompetencji i udokumentowanych osiągnięć.
Tygodnik internetowy spełniający wymogi ustawy Prawo prasowe.
Please login or subscribe to continue.
No account? Register | Lost password
✖✖
Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.
✖
Bądź pierwszym, który skomentuje!