Historia drwarlecki 2024-11-26
Jeżeli chodzi o symbole Ameryki to mamy flagę w gwiazdki i paski. Wygląda, jak bielizna po praniu z kolorowymi skarpetkami albo jakby ją szyła pijana krawcowa. Jest wszędzie. Na domach, samochodach i majtkach. Kolejnym charakterystycznym elementem krajobrazu jest Statua Wolności – zielona od starości, z pochodnią w ręku. Wygląda jak emerytowana nauczycielka, która zgubiła okulary i próbuje znaleźć drogę do domu. No i oczywiście jest też demokracja, w której dwóch kandydatów przekonuje, że są idealni, a potem okazuje się, że obaj kłamią.
Jest jeszcze jeden, zbyt rzadko uwypuklany element tego systemu. Zamachy na prezydentów USA – skuteczne lub nie skuteczne. Było ich razem, udokumentowanych, 60. Samych zamiarów prezydentobójstwa było zapewne więcej. Spójrzmy prawdzie w oczy. Ile razy fantazjowaliśmy o unicestwieniu teściowej, szefa, sąsiada z kosiarką? Hamuje nas jedynie cienka warstwa kulturowego lakieru, pod którym bulgocze pierwotna zupa instynktów. Zabijanie jest w nas. Tylko udajemy cywilizowanych. Amerykanie nie są inni.
Zamach na prezydenta – to element amerykańskiego folkloru niczym kowboj z marlboro. Motyw ten, wielokrotnie eksploatowany przez popkulturę, zaowocował zalewem filmów, komiksów i innych fantazji o prezydenckich zamachach. Był nawet musical. Samo Google, po wpisaniu frazy „zamach na prezydenta Stanów Zjednoczonych” (po angielsku), wypluwa ponad 10 milionów wyników – od brukowców po naukowe analizy. Ameryka żyje mitem zabijanych prezydentów własnego kraju.
Statystycznie rzecz biorąc, na każdą z 45 osób sprawujących urząd prezydenta USA1, przypada więcej niż jeden zamach udany lub nieudany. W ostatnich dziesięcioleciach liczba tych incydentów wzrosła. Abraham Lincoln był celem 5 zamachów, z czego jeden okazał się skuteczny. Donalda Trumpa próbowano uśmiercić 8 razy a Barack Obama przetrwał 11 ataków.
Niewiele z tych incydentów miało znaczenie historyczne. Większość zamachowców spotkała surowa kara lub śmierć. Choć nie można też zapomnieć, że wielu zamachowców, sprawców nieudanych zamachów, żyje i to już na wolności. Ostatnio uwolniono Johna Hinckley, który strzelał do Ronalda Reagana.
Skutecznie uśmiercono zaledwie 4 prezydentów, zatem stosunkowo niewielki ich odsetek. Przymierzając tę czwórkę do wszystkich prób zabójczych i nieprawdopodobnych perypetii towarzyszących niektórym zamachom (np. do prezydenta Andrew Jacksona strzelano z dwóch pistoletów na raz. Żaden nie wypalił. Potem się okazało, że oba były sprawne) wychodzi mi, że większość prezydentów ma szczęście większe niż wygrana w totolotka. Albo dobrych ochroniarzy.
Jednak najważniejsze, co już można powiedzieć, były zamachy dwa. Ten pierwszy na Kennedy’ego, o którym z powodu kolejnej rocznicy (22 listopada) za chwilę będzie głośno i nie przypadkiem czytacie ten tekst właśnie dzisiaj – udany. I ten drugi całkiem świeży, na już nieprezydenta a jeszcze nie prezydenta, zatem w momencie zamachu nie wiadomo, czy prezydenta, który był nieudany, z punktu widzenia zamachowca, ale udany z punktu widzenia niedoszłej ofiary Donalda Trumpa (rzec można uśmiech losu).
Zamachy te zburzyły logikę demokracji i podsyconego nią rozumowania, wymuszając ponowną ocenę dotychczasowych wyobrażeń o życiu i świecie, zmuszając do poszukiwania prawdziwego mechanizmu nie tylko wielkiej historii. Zatem szukajmy.
Uderzające są podobieństwa osobowościowe między Kennedym a Trumpem, że wymienię:
Obaj używali lakieru do włosów a ich charakterystyczne fryzury stały się znakiem rozpoznawczym. Kennedy miał elegancką, starannie ułożoną, Trump – powiedzmy tak, niepowtarzalną. Obaj mieli piękne i stylowe żony. Jackie Kennedy była ikoną mody, Melania Trump – byłą modelką. Plotki niosą, że żadna z nich nie gotowała obiadów. Obaj mieli potężnych wrogów. Kennedy – mafię i komunistów. Trump – demokratów i prawdę. Obaj prezydenci byli uwikłani w liczne skandale. Kennedy – seksualne i polityczne. W przypadku Trumpa skandal to chleb powszedni. Obaj mieli ogromne ambicje. Kennedy chciał wysłać człowieka na Księżyc (co się udało dopiero potem), Trump – zbudować mur na granicy z Meksykiem (co jeszcze do końca się nie udało).
Ale nie można też pominąć drastycznych różnic między obu panami: Kennedy był intelektualistą, Trump – cóż, powiedzmy, że nie. Kennedy cytował poetów, Trump – samego siebie. Kennedy posługiwał się wytwornym językiem, Trump – językiem ulicznych gangów. Kennedy przemawiał, Trump – tweetyzował. Kennedy był uosobieniem elegancji, Trump kiczu. Kennedy nosił skrojone na miarę garnitury, Trump – cokolwiek, byleby było drogie i złote. Kennedy uwodził kobiety swoim wdziękiem, Trump – swoim portfelem. Kennedy miał romanse, Trump – żony na zmianę. Skoro o tym, to też nie pozbawione jest sensu stwierdzenie, iż Kennedy miał kochanki natomiast Trump ma żonę, która wygląda jak jego kochanka.
Nigdy nie dowiedziano się, jakie były prawdziwe motywy prezydenckich zamachowców, żyli oni zbyt krótko po zamachach, aby udzielić wyczerpujących wyjaśnień. Lee Harveya Oswalda zabito po 2 dniach. Thomasa Crooksa, co celował do Trumpa po 3 sekundach. Zatem wyobrażenie motywów każdego z nich wymaga podniesienia się ( lub opuszczenia) do poziomu absurdu.
Harvey Oswald, strzelając do prezydenta musiał wiedzieć, że zabójstwo nie zmieni linii politycznej Ameryki, ponieważ po śmierci Kennedy’ego urząd musiał objąć wiceprezydent, również demokrata, którym był Lyndon Johnson. Co więcej Johnson wygrał kolejne wybory, zatem utrzymał się na stanowisku przez 6 lat. Logicznie rzecz biorąc zamysł Harveya Oswalda, nie mógł się powieść z mocy prawa.
Crooks strzelając do Trumpa zapewne nie chciał aby ten został prezydentem po raz wtóry, jednakowoż, jak teraz się uważa, to właśnie ten zamach zapewnił Trumpowi kolejne zwycięstwo. Trump udowodnił, że bóg go chroni i prowadzi, gdyż życie od śmierci miało tu wymiar jakichś trzech centymetrów.
Gdyby Kennedy przeżył zamach w Dallas, świat wyglądałby zupełnie inaczej. Wojna w Wietnamie mogłaby potoczyć się innym torem. Zapewne uniknięto by eskalacji i tysięcy ofiar. Zimna wojna z ZSRR pewnie trwałaby nadal, chociaż kto wie, może Kennedy, znany ze swojej charyzmy i otwartości na dialog, znalazłby sposób na jej deeskalację? Wewnętrznie, Ameryka kontynuowałaby liberalne reformy zapoczątkowane przez prezydenta, co mogłoby wpłynąć na kwestie rasowe, ubóstwa i edukacji.
Gdyby Kennedy przeżył Jackie Kennedy nigdy nie wyszłaby za mąż za Aristotelisa Onasisa. Za to Onasis ożeniłby się z Marilyn Monroe. A potem z Liz Taylor. Na Księżycu stanęłaby nie tylko amerykańska flaga, ale i radziecka. A może nawet chińska!? Mur berliński runąłby 10 lat wcześniej. Nixon nigdy nie zostałby prezydentem. A Watergate byłoby tylko nazwą hotelu. Sam Kennedy dożyłby sędziwego wieku i napisał pamiętniki. Pełne plotek, skandali i rewelacji, które przeczytałby cały świat z zapartym tchem. I z przymkniętym okiem na fakty. Tak się jednak nie stało.
Sukcesor Kennedy’ego Lyndon Johnson był, w stosunku do poprzednika, jak stary pickup przy błyszczącym cadillacu. Johnson wbrew filozofii własnej partii utknął w wietnamskim błocie. Flirtował z bombą atomową. Wojna w Wietnamie pochłonęła gigantyczne środki, które nie mogły być przeznaczone na likwidację ubóstwa i doniosłe cele socjalne, których wizję miał Kennedy. Wprawdzie Ameryka zawdzięcza Johnsonowi przełomowe ustawy o prawach obywatelskich, zakazujące dyskryminacji rasowej w głosowaniu, zatrudnieniu i miejscach publicznych. Tyle, że były to tylko papiery w warunkach, kiedy sytuacja ekonomiczna kolorowej biedoty nie mogła się poprawić. Trafnym jest spostrzeżenie, że Lyndon Johnson demokrata, był bardziej republikański niż nie jeden republikanin.
Z punktu widzenia zatem Harveya Oswalda, wbrew logice, jednak jego zamierzenia raczej się powiodły.
Spójrzmy teraz na intencję Crooksa mierzącego do Trumpa. Gdyby w ogóle do niego nie strzelał, Trump nie zostałby ponownie prezydentem. To mogłoby oznaczać, że prezydentem zostałaby Kamala Harris. Ale …. gdyby Crooks zabił Trumpa to prezydentem zostałaby na pewno Kamala Harris. Zatem lepiej by było, żeby Crooks strzelił sobie w stopę, zamiast chcieć zostać światowym gierojem.
Gdyby prezydentem została Harris to zapewne okazałaby się mądrą i sprawiedliwą prezydentką, jednoczącą naród. Uzdrowicielką gospodarki, która przywróciłaby Ameryce dawny blask. Promowałaby feminizm, gender i inne fanaberie … choć też nie można wykluczyć, że rozdałaby wszystkie pieniądze biednym a bogatych oślepiła podatkami. Naturalnie, jako czarnoskóra kobieta istniało ryzyko, że będzie dyskryminować białych, wprowadzać parytety, kwoty i inne formy pozytywnej dyskryminacji. Mogłoby dojść nawet to tego, że amerykańscy mężczyźni musieliby siedzieć w domach, zajmować się dziećmi i gotować obiady. W każdym razie postęp lub pokojowy przewrót. Jak kto woli.
Niestety, Donek przetrwał i – wbrew nadziei na jego polityczny zgon – odrodzi się ze zdwojoną mocą.
Globalne ocieplenie przyspieszy, bo Trump stwierdzi, że to spisek chińskich producentów lodówek. Rozwiązaniem będzie wybudowanie gigantycznej klimatyzacji dla całej planety, zasilanej oczywiście węglem. Meksyk wybuduje mur, żeby uchronić się przed uciekającymi Amerykanami. Rosja zaanektuje Alaskę, a Trump sprzeda ją z powrotem za połowę ceny, chwaląc się, jaki to on jest świetny negocjator. Biały Dom zostanie przemianowany na Trump Tower White House Casino & Golf Resort. Gabinet owalny na pole do mini-golfa. USA wystąpią z NATO, bo Trump stwierdzi, że składka członkowska jest za wysoka. Na Księżycu powstanie kolejny Trump Tower, bo “kosmos to przyszłość, a przyszłość należy do mnie!”. Twitter (obecnie X) zostanie uznany za oficjalny kanał komunikacji rządu USA , a wszystkie decyzje prezydenta będą ogłaszane w 140 znakach (lub mniej, bo Trump lubi skróty myślowe).
Jakie praktyczne wnioski możemy sobie z tego wyciągnąć, co do zasad tego świata, gdzie tłuczemy się między chceniem a możliwościami, jak mucha w szklance gazowanej wody, lub jak człowiek z karabinem co by chciał, choć nie może? Nie napawają optymizmem. Życie jest jak zamówienie w restauracji homara, a dostanie zgniłej szprotki. Z sałatą z robakami. I kieliszkiem wody z kranu, za którą trzeba zapłacić, jak za szampana. A na deser – rachunek za cały lokal. I do tego jeszcze kelner pluje ci w twarz i mówi: Smacznego! I niestety w ten brutalny sposób traktowani są nie tylko amerykańscy prezydenci oraz ich zabójcy. Nieprawdaż?
warlecki
Oznaczono jako :
Stany Zjednoczone
O Autorze : call_made
drwarlecki – tajna broń portalu „HECHO.pl”. Człowiek o wielu twarzach i jeszcze większej liczbie umysłów. Widzi to, czego inni nie dostrzegają, pojmuje to, co zdaje się niepojęte. Jest jednocześnie tu i wszędzie – w przeszłości, przyszłości i w nieuchwytnym teraz. Jego teksty to więcej niż słowa – to podróże przez ukryte warstwy rzeczywistości. Jak łatwo się domyśleć jest to dopuszczalny prawem pseudonim artystyczny.
Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.
Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.
Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.
Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.
Pracuj z nami© hecho.pl — fotografie z Adobe Stock i innych licencjonowanych źródeł, użyte zgodnie z obowiązującymi licencjami. Zobacz więcej.
Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.
HECHO.pl – Twoje nowe lustro Polski.
Ostrze analizy. Impuls zmiany.
Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)
Siedziba: Warszawa
KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862
Nr konta:
18 1090 1056 0000 0001 6270 8297
„Hecho” – zarejestrowany tytuł prasowy (PR 21681).
Pełniącymi obowiązki redaktorów naczelnych są Przemysław Ćwikliński (redaktor starszy) oraz Łukasz Piotrowicz – każdy w zakresie swoich najwyższych kompetencji i udokumentowanych osiągnięć.
Tygodnik internetowy spełniający wymogi ustawy Prawo prasowe.
Please login or subscribe to continue.
No account? Register | Lost password
✖✖
Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.
✖
Bądź pierwszym, który skomentuje!