Background

Mięśnie zamiast mózgu

Jeżeli chodzi o mój zawód dziennikarza i publicysty – największym problemem jest autocenzura. Dziennikarz jest bowiem jak termometr wsadzony w tyłek niemowlęcia: jego zadaniem jest rzetelnie i obiektywnie wyjaśnić, jaka jest temperatura owego tyłka. Niestety nie wolno zapominać, że termometr ma też swoją własną temperaturę – zazwyczaj niższą niż ludzka – i ta jego chłodna natura nieuchronnie wpływa na wynik pomiaru. Innymi słowy, sam akt mierzenia zmienia mierzony obiekt.

Zatem mam dylemat zawodowy: wiem, że każde słowo, każda obserwacja, każdy opis – choćby obiektywny – wpływa na rzeczywistość, którą próbuję przedstawić. Moja obecność w temacie jest jak wejście z termometrem do tyłka: zafałszowuje to, co chciałem uchwycić. Dlatego często mówię: może lepiej przemilczeć, lepiej nie mierzyć, lepiej nie wyjaśniać. Słowa mają moc. Mogą zmienić temperaturę całego układu, zanim ktokolwiek zdąży zauważyć, jaka ona była naprawdę.

Dzisiaj więc zaryzykuję i zrobię to, czego robić nie powinienem. Świadomy, że naruszam własny kodeks bezpieczeństwa, tę cienką granicę między koniecznością mówienia a roztropnością milczenia. Zakładam jednak, że mój tekst wyląduje gdzieś pomiędzy „Wieściami Gminnymi” a dokonaniami Idalii Dubickiej, więc jego obecność nie będzie przesadnie zauważalna.

Kult siły i ignorancji

Spróbuję przepowiedzieć przyszłość prezydentury Nowego Pana Prezydenta, rozpisując ją na etapy. Tym bardziej, że jest on przedstawicielem gatunku, przed którym przestrzegali mnie rodzice.

Ryczące tłumy kibiców, panienki o moralności lekkiej, rwanie sztangi w rytm disco polo i mordobicia w imię samego mordobicia – to nie jest mój naturalny ekosystem. Pochodzę z innego klimatu: tam króluje wszechstronny konkurs konia wierzchowego, partie szachów, żagle stawiane przy lekkim wietrze i książki, które zastępują ściany.

Konflikty rozstrzyga się na piśmie, zaczynając od obowiązkowego „Szanowny Panie”, a kończąc na przypisie z literatury klasycznej. Nie twierdzę jednak, że jestem mięczakiem -każdemu zdarzy się przecież rzucić „kurwą”. Różnica polega na tym, że w moim świecie po takim okrzyku zwykle pada jeszcze zdanie: „Ale pozwoli Pan, że wyjaśnię, dlaczego tak uważam…”.

Karol Nawrocki, jak większość polityków, nie grzeszy intelektem. Ba oni nawet nie próbują zrozumieć, jak funkcjonuje świat. Po co? Przecież świat ma tańczyć, jak zagrają. A grają zazwyczaj marsza, bo są zwolennikami siły. Czasem tylko słownej, ale również i tej fizycznej. W końcu przemocą można wszystko zmienić: prawo, zasady, obyczaje, granice, religię. Historia władzy to przecież przede wszystkim historia przemocy. I nie ma co się łudzić, że w przypadku pana Nawrockiego będzie inaczej.

 Z wybrańca narodu w naczelnego wodza

Mija ledwie trzeci tydzień kadencji, a nowy prezydent – aby wszystkim pokazać, kto tu rządzi i z czego jest ulepiony – spóźnił się na rozmowę z premierem Tuskiem. No bo przecież jest wybrańcem narodu, a nie Sejmu, czyli ma legitymację mocniejszą niż prezes rady ministrów.

Ogłosił też, że polska armia będzie największa w europejskim NATO. Już go nie interesują psychiatrzy dziecięcy, o których tak troskliwie mówił w kampanii. Nie zajmuje podatek katastralny, przeciw któremu występował, ani powołanie Funduszu Technologii Przełomowych.

Prawdziwa miłość Karola Nawrockiego to czołgi i defilady. Mądrością jego jest kastet i karabin. Za pewne za rok Nawrocki w święto wojskowe, w kamizelce kuloodpornej, przemówi z wieżyczki Abramsa, podkreślając, że w Polsce „każdy obywatel jest żołnierzem, nawet jak o tym nie wie”.

Oprócz zamiłowania do przemocy – bo przypomnę, mówimy o byłym bokserze oraz literackiego flirtu z gangsterką, który bynajmniej nie wynikał z obrzydzenia do świata przestępczego, Karol Nawrocki od wielu lat funkcjonował w rzeczywistości narodowego cierpiętnictwa IPN.

Tam codzienność wygląda inaczej niż u zwykłych śmiertelników: zamiast porannej kawy – łapanki; na lunch – rozstrzeliwania; popołudniu – eksterminacja i pacyfikacje wsi; wieczorem – wojna domowa; a przed snem – tajemnice Katynia i Stutthofu, przeplatane stalinowskimi kazamatami. Jego głowa przez lata była wypełniana historią w wersji „nie zapomnimy i nie wybaczymy” z nieustannym marszem żałobnym w tle.

Ale nie chodziło tu wcale o pamięć. Chodzi o coś znacznie bardziej użytecznego w polityce – o wywoływanie nienawiści. „Będziesz miłował nieprzyjaciół swoich” to nie jest fragment z narracji Nawrockiego. On raczej stawia na wersję z kodeksu Hammurabiego: „Oko za oko ząb za ząb”.

W ten sposób wychował w sobie uzasadnioną – a przynajmniej tak mu się wydaje – chęć odwetu na potomkach dawnych wrogów, którzy z definicji są także dzisiejszymi wrogami.

Do tego dochodzi jeszcze ambicja. Wybujała, przesadna i w dodatku podlana świeżym sosem wyborczego triumfu. Mieszanka, która działa jak szampan na pusty żołądek: szybko uderza do głowy.

Przemówienie inauguracyjne – jak zauważyli bardziej spostrzegawczy – pasowałoby raczej do premiera, który realnie kieruje państwem, niż do prezydenta w polskim wydaniu, ograniczonego do kilku konstytucyjnych przycisków i ceremonialnego cięcia wstęg. Ale nie, to nie było wystąpienie prezydenta – to było przemówienie wodza.

Może jeszcze nie Führer, ale Nawrocki – w tej białej koszuli i  pewnemu fizycznemu podobieństwu – przypominał mi raczej Duce. Tamten nosił czarną, ten wybrał białą, niby na znak czystości. I kiedy z powagą oświadczał, że „wybacza pogardę”, wyglądał jak aktor, który sam uwierzył w swoją rolę. Udawał, że wybacza, a brzmiało to tak, jakby raczej zapisywał nazwiska do pamiętnika.

Potencjalny zatem przebieg kadencji według mnie będzie następujący:

Rok 1

Festiwal gestów siłowych. Nowy prezydent traktuje Pałac Namiestnikowski jak własną siłownię. Każde wyjście do ludzi to pokaz bicepsów (widzieliśmy to już na stadionie Lechii).

Pierwszymi beneficjentami nowego układu stają się środowiska stadionowe, bojówki Młodzieży Wszechpolskiej i „obrońcy granic” spod znaku Bonkiewicza. To oni jako pierwsi odczują, że prezydentura może być opłacalna. Na trybunach pojawiają się specjalne loże VIP – nie z szampanem, ale z izotonikiem, którym gospodarz wznosić będzie toasty i pozdrowienia dla „braci po szalu”.

Budżet Kancelarii Prezydenta szybko znajduje środki na nowy flagowy projekt: „Program Integracji Patriotyczno-Sportowej”. Idea jest prosta – skoro naród dzieli się na kibiców i resztę, to lepiej dofinansować tych pierwszych, bo oni mają większe gardła. W każdym większym mieście powstaje nowa trybuna dla ultrasów oraz obowiązkowy mural z orłem w bojowej pozie, najlepiej z karabinem w szponach i szalikiem klubowym na szyi.

Rok 2

W relacjach międzynarodowych szybko okazuje się, że prezydent preferuje negocjacje w stylu: „nie ustąpimy ani na krok, bo kroki robią mięczaki”. Efekt? Pierwsze kryzysy dyplomatyczne. Ministrowie spraw zagranicznych państw sojuszniczych łapią się za głowę, ambasadorowie wracają do stolic z pamiątkowym bólem dłoni po prezydenckim uścisku.

W końcu Polska zostaje w Europie niemal całkiem sama, a jedynym wiernym sojusznikiem okazuje się… ukochany klub kibiców Ferencvárosi TC (stołeczny klub piłkarski z Budapesztu) Viktora Orbána. Na wspólnych spotkaniach nie powiewają już flagi narodowe – są tylko zielono-białe szaliki, a zamiast „Ody do radości” Beethovena rozlega się ordynarne chóralne „Hajrá Fradi!” (dla niewtajemniczonych: coś jak nasze „Naprzód, Kolejorz!”).

Rok 3

2027 będzie przełomowy. Październik wybory parlamentarne. Znikną wreszcie ograniczenia w postaci „krępującego” rządu Donalda Tuska. Po wyborach rząd powołuje, radykalna frakcja PiS, z misją oczyszczenia Polski z całego brudu.

Na czele Mariusz Błaszczak – specjalista od militaryzacji i zaostrzania prawa, który uzna, że Polska potrzebuje tyle karabinów, ile ma mieszkańców plus zapas na wypadek niespodziewanych narodzin. W szeregu ministrów – Jacek Ozdoba, cham1 , zawsze gotów do ataku. Oraz Janusz Kowalski, który potrafi znaleźć zdradę narodową w każdym rachunku za prąd.  Również Joachim Brudziński – fachowiec od integracji narodowej na stadionach i poza nimi. We wszechogarniającym majestacie wszechmocy!

Tym razem na powściągliwość nie mogą liczyć ani „złodzieje z PO”, ani jakiekolwiek inne elementy uznane za wrogie. Koniec z mazgajstwem, koniec z „rozmową ponad podziałami”. Nadchodzi epoka twardej ręki: stop dywersji! Kto zatrzymał CPK? Kto blokował atom? Kto kradł z KPO? Pod ścianę! Ukarać srodze! Nie tylko winnych, ale i tych, którzy mieli nieszczęście stać obok.

Wzrośnie uzależnienie obywateli od państwa. Programy socjalne będą rozbudowywane jak imperium galaktyczne. Nie po to, by pomóc, ale by każdy wiedział, że od prezesa do kurczaka na obiad droga prowadzi przez Kancelarię Premiera i Pałac Namiestnika. Przedsiębiorczość? Najlepiej z legitymacją PiS i tylko ta, która potrafi żyć na rządowych dotacjach i złożyć co najmniej trzy czołobitne wnioski o subwencję rocznie.

Samorządność lokalna zostanie przycięta. Gmina może samodzielnie decydować o kolorze donic na rynku, i to po konsultacjach z wojewodą. Fiskalizm i rygoryzm aparatu skarbowego rozwiną się w kwitnącą gałąź gospodarki – niszcząc przy okazji wszelką inicjatywę, ale za to spełniając rojenia o doniosłej roli państwa i biurokracji w „pomnażaniu majątku narodowego”.

Opozycji zostanie już tylko pyskowanie na Facebooku i dogorywającym portalu „Gazety Wyborczej”. Ale i tu znajdzie się rozwiązanie: pozwy. Nie dlatego, że te komentarze stanowią realne zagrożenie dla władzy – ale dlatego, że władza z dużym ego i krótkim lontem, nie lubi być obrażana. A jak mówi stare przysłowie partyjne: „Jak nie możesz uciszyć sumienia, ucisz krytyka”.

Panowie odkrywają historyczną prawdę objawioną: wielcy przywódcy, którzy przeszli do annałów, to ci, którzy stali na czele państw w czasach wojny. Churchill, de Gaulle, Piłsudski. No bo kto pamięta prezydentów czasów pokoju? Nikt. A więc trzeba wojny.

Rok 4

Zaczyna się gorączkowe poszukiwanie casus belli. Ukraina jest wciąż w stanie wojny z Rosją, ale tam nie mamy formalnego wstępu. Izrael? Za daleko i w dodatku tam już trwa własny dramat. Francja i Niemcy? Tu napięcia imigracyjne rosną, ale nie można jeszcze oficjalnie „bronić Europy przed Paryżem i Berlinem”.

I wtedy na stole pojawia się Białoruś. Niby niewielka, niby drugorzędna, ale idealna do roli „historycznego punktu zapalnego”. Wystarczy otworzyć katalog pretensji: powstania styczniowe, deportacje, Kuropaty, Katyń – materiałów starczy na trzy kampanie wojenne.

Tu można przetestować cierpliwość Putina. Pytanie brzmi: czy jeśli wkroczymy „w imieniu NATO” na Białoruś, to Moskwa ruszy? Granica białoruska już teraz jest areną codziennych „prowokacji”, skrzętnie rejestrowanych przez trzysta kamer noktowizyjnych. Każde drgnięcie krzaka, cień w lesie pokazuje TVP jako „cios wymierzony w polską suwerenność”.

Być może wtedy nawet Jarosław Kaczyński dojdzie do przekonania, że jego pomazańcy kompletnie zwariowali. Ale na naciśnięcie przycisku „STOP” będzie już stanowczo za późno.

Rok 4,5

Nowa ekipa jest już pewna: konflikt zbrojny jest nie tylko możliwy, ale wręcz konieczny. Trzeba tylko opakować go w język moralnego obowiązku. Oficjalnie mówi się o „ochronie wschodniej flanki NATO i przedmurzu chrześcijaństwa”, nieoficjalnie – o „wielkiej chwale” i „momencie, który zapisze nas w historii”.

Wzmożona produkcja wojennej propagandy. W szkołach pojawiają się nowe podręczniki taktyki piechoty lekkiej. W kinach obowiązkowo puszcza się filmy o bohaterskich polskich żołnierzach, a w przerwach reklamowych w TV emitowane są spoty z hasłem: „Dołącz do historii – zostań bohaterem!”.

Dyplomacja zostaje sprowadzona do minimum: minister spraw zagranicznych odwołuje wszystkich ambasadorów w krajach „nielojalnych wobec polskich wartości”, czyli praktycznie w całej Unii. W zamian powstają „misje honorowe i wojskowe” w zaprzyjaźnionych stolicach – Budapeszcie, Belgradzie i, ku zdumieniu wielu, w Ułan Bator.

Teraz napięcie na granicy z Białorusią sięga zenitu. Wystarczy zbłąkany dron albo balon meteorologiczny, żeby władza wprowadziła w życie swój scenariusz mobilizacji. A w telewizji pojawia się prezydent Nawrocki, w mundurze, z miną pomiędzy Duce a wujkiem z wesela, i grzmi: „Drodzy rodacy, historia wzywa! Nie możemy być bierni!”. I co robi naród? Zamiast zapytać: „Po co nam to?”, pyta: „Kiedy zaczynamy?”. Oj, niedobrze.

Robert Jaruga

  1. „Ja ją pchnę, niech spierdala” – w dialogu z Suskim o prokurator Ewie Wrzosek

Dociekamy. Słuchamy. Podglądamy.

Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.

Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.

Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.

Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.

Pracuj z nami

Rozbijamy barykady zamkniętych umysłów.

Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.

HECHO.pl – Twoje nowe lustro Polski.
Ostrze analizy. Impuls zmiany.

Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)
Siedziba: Warszawa

KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862

Nr konta:
18 1090 1056 0000 0001 6270 8297

O wydawcy portalu HECHO.pl
Projekt: DOBOROWA.com.pl · NARRATOR Jaruga & Kędzierski · Strony internetowe, treści, AI. | Odwiedź nas

Login to enjoy full advantages

Please login or subscribe to continue.

Go Premium!

Enjoy the full advantage of the premium access.

Stop following

Przestań obserwować Cancel

Cancel subscription

Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.

Go back Confirm cancellation