CIA już trzeci rok z rzędu twierdzi, że największym państwem są Indie. Liczy się liczba ludzi, nie PKB czy hektary. W Indiach mieszka 1,42 miliarda osób, mówiących mniej więcej tym samym językiem, a angielskim posługuje się tam więcej ludzi niż w USA i Wielkiej Brytanii razem wziętych. To dwa razy więcej niż w Europie, więcej niż w Afryce, 2,3 razy więcej niż w Ameryce Północnej i trzy razy więcej niż w Ameryce Południowej. Indie to atomowe supermocarstwo, a każdy Hindus budzi się z dumą, że należy do największej wspólnoty na świecie. Perły w koronie Imperium Brytyjskiego. A kto z was zna nazwisko indyjskiego premiera? No właśnie.
Choć Indie chlubią się imponującym przyrostem naturalnym, sukces ten okupiony jest wysoką ceną, a raczej genetycznym bałaganem. Okazuje się, że co trzeci Hindus przed czterdziestką cierpi na impotencję – wynik godny medalu, tyle że na igrzyskach absurdu. Do tego dochodzi powszechne pokrewieństwo małżeńskie, niczym w rodzinie królewskiej, tyle że bez koron i tytułów. Efekt? Prawie 9 procent noworodków przychodzi na świat z genetycznym bagażem, który w Europie uznalibyśmy za materiał na film grozy. Spacer po Delhi to jak wizyta w gabinecie osobliwości: brakujące kończyny, nadprogramowe palce, uzębienie jak po wybuchu granatu. Krótko mówiąc, demograficzny sukces Indii ma swoją ciemną, genetyczną stronę.
Demograficzna eksplozja w Indiach zdaje się przeczyć elementarnym prawom natury. Okazuje się bowiem, że imponująca liczba ludności idzie w parze z nieco mniej imponującymi rozmiarami męskich atrybutów. Średnia długość penisa u Hindusa to zaledwie 3,9 cala, co daje im zaszczytne miejsce tuż za Koreańczykami w globalnym rankingu mikrofalii. Wygląda na to, że natura ma swoje sposoby na regulację populacji, choć w tym przypadku efekt jest wręcz przeciwny.
Podczas gdy reszta świata uparcie pnie się w górę, dosłownie i w przenośni, Hindusi zdają się tkwić w miejscu. Wbrew globalnemu trendowi wzrostu, średni Hindus od dwóch dekad uparcie mierzy 170 cm. Tymczasem Niemcy, niczym rosnące bambusy, wyciągnęli się w tym czasie o 8 cm, osiągając imponujące 181 cm. Wygląda na to, że w przypadku Indii ilość nie przechodzi w jakość, a przynajmniej nie w wzrost.
W Indiach problem otyłości występuje rzadko. Natomiast osoby o atletycznej budowie ciała również nie należą do powszechnych. Przeciętny Hindus waży około 70 kg i ma raczej wątłą sylwetkę.
Warto przyjrzeć się osiągnięciom sportowym tego ogromnego narodu. Na igrzyskach olimpijskich reprezentanci Indii zdobywają średnio 35 medali co cztery lata, w tym około 10 złotych. Z kolei na paraolimpiadach, odbywających się równolegle i w podobnych dyscyplinach, hinduska kadra inwalidów osiąga imponujące wyniki, zdobywając średnio 200 medali, w tym aż 75 złotych.
Po wylądowaniu w Delhi, już na lotnisku, uderza cię piekielna mieszanka: hałas, smród, wilgotność i 40-stopniowy upał. Koniec marca to nie pora na zwiedzanie Indii. Mądrzy niemieccy emeryci wiedzą, co robią, przyjeżdżając tu w lutym.
Smród, choć wszechobecny, nie wywołuje torsji. Mózg po 40 minutach się przyzwyczaja. Delhi jednak śmierdzi. W hotelu pozornie normalnie, ale na ulicy atakują cię zapachy kuchenne, zgnilizna, odpady, ekskrementy. A wieczorem, w pokoju, duszą opary detergentów. Piekło na ziemi.
Delhi to miasto jazgotu. Budowy i rozbiórki, nieodróżnialne od siebie, trwają 24 godziny na dobę. Młoty pneumatyczne, szlifierki, wiertarki dają koncert bez przerwy. Do tego riksze i taksówki, które pozornie bez powodu używają klaksonów. Mój Uber, jadąc 7 km z lotniska, zatrąbił 16 razy. Po trzech dniach mózg się adaptuje i przestajesz słyszeć ten hałas.
Do temperatury się nie przyzwyczajasz. Spocony i zakurzony jesteś zawsze. Woda bywa, ale każdy prysznic wyposażony jest w bojler z trzema minutami ciepłej wody. Czyściec.
Odpadki zalegają wszędzie: na ulicach, podwórkach, w parkach, na hałdach większych niż ta w Bełchatowie. Przed lotniskiem w Delhi, na szczytach gór śmieti, stoją radiolatarnie, żeby samoloty nie wylądowały w morzu butelek po pepsi. Mocarstwo atomowe, a nie potrafi uporać się ze śmieciami. 84 proc. Hindusów zarabia 6,95 dolara dziennie. Skąd przy takich dochodach tyle odpadów? Wygląda to tak, jakby każdy mieszkaniec produkował nie 30 kg, ale 30 ton śmieci rocznie.
Płonące wysypiska wokół miast to codzienność. Dwieście siedemdziesiąt milionów pojazdów spalinowych i niezrozumiały zwyczaj palenia traw skutecznie zasłaniają słońce smogiem. Nic dziwnego, że 39 z 50 najbardziej zanieczyszczonych miast świata leży właśnie w Indiach. A skoro brakuje czystego powietrza, to – niczym grzyby po deszczu, a raczej kebaby w Polsce – wyrastają bary tlenowe. Za dwa euro, w hermetycznym pomieszczeniu, można przez godzinę pooddychać czystym powietrzem. W tych lepszych – prosto z butli wysokociśnieniowej. W tych gorszych – filtrowanym przez pompy napędzane cuchnącymi dieslami. Ironia losu, czy po prostu kolejny dowód na to, że nawet powietrzem da się handlować?
Gastronomiczna samobójcza misja? Wystarczy wstąpić do dowolnej ulicznej jadłodajni. Potrawy, przyrządzane gołymi rękami przez kogoś, kto z mydłem jest na bakier, a prysznic bierze raz do roku, to prawdziwa rosyjska ruletka dla przewodu pokarmowego. O środkach do mycia naczyń tutaj nie słyszano. Dopełnieniem “higienicznego” obrazu jest brak papieru toaletowego. “Z przyczyn kulturowych” – jak mawiają – po defekacji Hindusi myją “części kaudalne” wodą z noszonej przy sobie butelki. Smacznego! A raczej… niech moc będzie z wami.
Ten wszechobecny zapach kloaki nie pochodzi – wbrew pozorom – z publicznych toalet. Tych po prostu w stolicy mocarstwa nie ma. Człowiek załatwiający potrzeby do rynsztoka lub w krzakach to normalny widok, na który tubylcy nawet nie zwracają uwagi. Podczas godzinnego spaceru spotkasz co najmniej jednego takiego delikwenta. Okazuje się, że choć większość domów ma bieżącą wodę, to z kanalizacją jest krucho. Nieczystości trafiają prosto do rzek. Badania Światowej Organizacji Zdrowia wykazują, że w Gangesie ilość bakterii kałowych dwunastokrotnie przekracza dopuszczalne normy. Ot, indyjska egzotyka.
Hinduski kucharz to prawdziwy alchemik. Potrafi wyczarować potrawę z czegokolwiek, co kiedyś żyło, a nawet z tego, co wymarło miliony lat temu. Pajęczaki, węże, kora drzew, mózg małpy, genitalia pandy, ogon szczura, oczy żaby – tu nie ma składników zakazanych. Podejrzewam, że i bawełniany złom czy skórzany pasek od spodni potrafiłby przekształcić w “wykwintne” danie. To nie kuchnia, to prawdziwy survival.
Indie, z populacją 67 milionów sztuk bydła, mogłyby być potentatem na rynku wołowiny. Ale gdzie tam! Krowa to świętość, rezerwuar żywności? Świętokradztwo! Toż to jak oplucie ołtarza w Polsce.
Święta krowa to kopalnia zysków, ale nie kulinarnych. Daje mleko, jej odchody służą jako budulec i opał. Z krowich bobków robi się nawet jedzenie i kosmetyki, bo – jak głosi tradycyjna medycyna ajurwedyjska – w ostatnim odcinku krowiego przewodu pokarmowego rezyduje Lakszmi, bogini szczęścia, bogactwa i piękna. 77 proc. Hindusów używa produktów ajurwedyjskich z krowim moczem. Nic więc dziwnego, że ostatnie doniesienia “Times of India” (nakład 2 miliony egzemplarzy) o szkodliwości picia krowiej uryny wywołały konsternację. “Naprawdę?!” – pytali niedowierzający czytelnicy, którzy od 10 tysięcy lat stosują krowi mocz jako lek. Ot, i cała prawda o świętej krowie.
W Indiach rachunek prawdopodobieństwa rządzi się własnymi prawami. Uruchomienie czegokolwiek – telefonu, lampy, radia czy telewizora – to prawdziwe wyzwanie. Szanse, że urządzenie nie zadziała, wynoszą 50 proc. Ale nic straconego. W tym kraju naprawia się wszystko, i to w warunkach urągających higienie. Akumulatory, rozruszniki, buty za 5 dolarów – wszystko dostaje drugie życie. Dziurawe miski są nitowane, rozbita ceramika klejona. Góry śmieci to nie problem, a źródło surowców do produkcji najdziwniejszych wyrobów. Wszystko dzięki mrówczej pracy ludzi, bo automatyzacja nadal jest zbyt drogim luksusem.
Jestem tutaj, bo świat, a zwłaszcza branża IT, nie zdaje sobie sprawy z pewnego faktu. Moja firma, skuszona “korzystną” ceną, zakupiła “padżetware” – pasztuńskie oprogramowanie. Zapomnieli jednak o starej prawdzie: co tanie, to drogie. I teraz to “coś” nie działa.
Moim przewodnikiem po tym cyfrowym labiryncie jest Ravik Manohar. Zawsze wita mnie złożonymi dłońmi i pochyloną głową – podobno to joga w pigółce. I nic, absolutnie nic, nie jest w stanie wytrącić go z równowagi. Człowiek-zagadka.
“Ravik, powiedz, dlaczego wy, Hindusi, z tak starożytną cywilizacją, macie najniższy średni iloraz inteligencji na planecie (76, w Polsce 96)?”
“A kto te testy układa? Wy, biali, z waszą odmienną logiką! Myślicie indukcyjnie, od przyczyny do skutku. My widzimy pozorne przyczyny i pośrednie skutki, prowadzące do kolejnych przyczyn, w ujęciu przestrzennym, a może nawet wielowymiarowym. Dla nas liczy się to, co obok, ponad i pod. Rozumiesz? Wszystko się wyklucza, ale i współistnieje. Jak w Dao. Gdybyśmy was zbadali naszymi testami, też byście wyszli na idiotów.”
“Wasza higiena jest wysoka, nasza niska. I do czego was to doprowadziło? Jesteście uzależnieni od prysznica i zmywarki. Osłabiliście swoje organizmy do tego stopnia, że w Indiach zatruwacie się naszym jedzeniem, które od stuleci przyrządzamy tak samo. Nasze szpitale pełne są europejskich turystów z problemami żołądkowymi, a nie ma w nich ani jednego Hindusa. Kto więc skorzystał na waszym postępie?”
“Defekacja na ulicach? Nieeleganckie, zgoda. Ale wy, Europejczycy, jeszcze 100 lat temu robiliście to samo. Ludzkość przez tysiąclecia załatwiała się w ten sposób. Sławojkę – o ile wiem – wymyślił wam jakiś generał, bo sami byście na to nie wpadli jeszcze 50 lat temu. Indie są mniej rozwinięte, zgoda, ale to różnica dziesięcioleci, nie wieków.”
Co tobie śmierdzi mnie pachnie. Indie mają swoje zapachy w przeciwieństwie do waszej bezwonnej Europy. Jesteście zapachowo nijacy. Powonienie u Hindusa jest zmysłem równie ważnym, co wzrok a wam nosy praktycznie są już zbędne.
A wiesz czym górujemy: dla nas śmierć jest wybawieniem a dla was tragiczną ostatecznością. My nie boimy się umierać a wy nie boicie się żyć. Dlatego dla was rzeczywistość jest największym skarbem a my traktujemy ją jak wysypisko śmieci. Myślimy o niej Maja (złudzenie).
Oznaczono jako :
Korespondencja z New Delhi
O Autorze : call_made
O AUTORZE : Jest sukcesem reprodukcyjnym ojca Józefa i matki Marii. Jasno z tego wynika, że urodził się w świętej rodzinie. Skończył dziennikarstwo w Warszawie i nauki polityczne w Hamburgu. Wolno mu więc o sobie mówić, że jest prawdziwym hamburgerem. Pociesza go, że składa się z inteligentnej materii o masie 1300 gramów (waga mózgu). Martwi, że zliczając masę 7,3 miliarda mózgów zamieszkujących Ziemię wychodzi, że inteligentna materia stanowi pomijalny procent materii nieinteligentnej, z której składa się makrokosmos. (Perfekcyjny w pielęgnacji swej intelektualnej niezależności – przyp. red).
Wesprzyj niezależne dziennikarstwo.
Bo inaczej prawda zdechnie.
Jak mucha w smole.
A kłamstwo będzie się miało dobrze.
Jak pluskwa w materacu.
Za cenę połowy – ba, jednej dziesiątej – paczki fajek możesz wesprzeć tworzenie treści, które nie robią z czytelnika idioty. Bo przecież wszyscy wiemy, że Internet sam z siebie nie przestanie być wysypiskiem informacyjnego chłamu. Prawda?
Dorzuć się i dołącz do elitarnego grona ludzi, którzy jeszcze rozumieją, że wolne słowo nie żywi się lajkami.
Twoje wsparcie to nie tylko gest – to szansa, by autor nie musiał dorabiać w call center albo pisać clickbaity o "szokujących sekretach celebrytów".
Nie bądź dusigroszem.
Skąpstwo to grzech, a hojność daje karmę. Albo chociaż dobry content.
Czasem nawet jedno kliknięcie może zdziałać więcej niż cały wykład o empatii.
4,44 zł
Prawda tańsza niż piwo.
6,66 zł
Grosz do grosza i diabeł zadowolony.
19,89 zł
Twoja transformacja w dobrodzieja.
Wpłaty na Fundację Czwarta Władza (F4W) realizuje Tpay – Krajowy Integrator Płatności S.A. (KRS: 0000412357, NIP: 7773061579, REGON: 300878437, Rejestr Usług Płatniczych: IP27/2014).
Objaw ją dzięki dziennikarskiemu śledztwu na zamówienie.
Anonimowość i ochrona źródeł gwarantowane.
Kliknij po więcej
Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.
Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.
Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.
Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.
Pracuj z nami© hecho.pl — fotografie z Adobe Stock i innych licencjonowanych źródeł, użyte zgodnie z obowiązującymi licencjami. Zobacz więcej.
Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.
HECHO.pl – Twoje nowe lustro Polski.
Ostrze analizy. Impuls zmiany.
Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)
Siedziba: Warszawa
KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862
Nr konta:
18 1090 1056 0000 0001 6270 8297
„Hecho” – zarejestrowany tytuł prasowy (PR 21681).
Pełniącymi obowiązki redaktorów naczelnych są Przemysław Ćwikliński (redaktor starszy) oraz Łukasz Piotrowicz – każdy w zakresie swoich najwyższych kompetencji i udokumentowanych osiągnięć.
Tygodnik internetowy spełniający wymogi ustawy Prawo prasowe.
Please login or subscribe to continue.
No account? Register | Lost password
✖✖
Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.
✖
Bądź pierwszym, który skomentuje!