Wałęsa nie czytał, Lenin pisał tomy
W dobrym tonie każdego polityka jest wydać choć jedną książkę pod własnym nazwiskiem – z obowiązkowym tytułem w stylu Słowo, honor i cośtam. Nawet Lech Wałęsa jedną wydał, choć, jak sam zeznał, żadnej nie przeczytał.
Niewielu polityków wniosło jednak tak potężny wkład w kulturę jak Włodzimierz Lenin, którego Wielka edycja jubileuszowa Dzieł wszystkich liczyła 60 tomów. To absolutny rekord wszech czasów. Nikt wcześniej ani później nie napisał tyle o sobie i o własnej nieomylności w tak krótkim czasie.
Wódz rewolucji zmarł mając zaledwie 53 lata, a zdążył już nie tylko obalić carat, ale też zostawić po sobie biblioteczny odpowiednik mauzoleum – z liter zamiast marmuru. Przyznam, że próbowałem to czytać. Próbowałem. Do dziś czuję w oczach ukłucia cyrylicy i zapach szczerej ideologii.
Drugim literackim herosem polityki był Winston Churchill. Jego Pamiętniki o drugiej wojnie światowej to 12 woluminów w polskim wydaniu. Dzieło monumentalne, heroiczne i zupełnie nie do czytania, ale każdy inteligent trzyma to na półce, żeby wyglądało, że wie, kto wygrał.
Czasy jednak się zmieniły. Ludzie nie czytają już książek, tylko memy, paragony z Biedronki i gazetki Lidla. Pisanie z sensem nie ma sensu. Nową formą pamiętnika politycznego oraz predykcji stał się YouTube, a jego najgorliwszym obecnie politycznym eksploatatorem -Mateusz Morawiecki.
Od września 2024 roku opublikował ponad 1100 filmów, czyli średnio dwa dziennie. Tyle co Lenin przez całe życie.
Imperia piórem budowane
Oczywiście, ani Lenin, ani Churchill nie pisali po to, żeby ich czytać. Pisali, żeby ich czcić. Bo przeczytanie ich dzieł wymagałoby nie tyle cierpliwości, co urlopu zdrowotnego. Szacunkowo – przy ośmiu godzinach lektury dziennie – zajęłoby to od trzech miesięcy w Londynie do dziewięciu w Smoleńsku. Ale nie o to chodziło. Dzieła wszystkie Lenina miały podtrzymać jego boskość w granicach ZSRR, a Pamiętniki Churchilla – jego pomnik w granicach zdrowego rozsądku. Jeden zbudował imperium, które się rozpadło, drugi opisał imperium, które już się rozpadało. Obaj jednak zrobili to z klasą: piórem, papierem, przypisami i redaktorami, którzy jeszcze coś rozumieli z interpunkcji.
Morawiecki w natarciu
Dziś mamy nowy wymiar wielkości: MorawieckiTV. Nikt przy zdrowych zmysłach nie przejrzy 1100 odcinków z tą samą gadającą głową w okularach – stale napiętą, rozgrzaną retorycznie, ideowo niezmienną. 1100 filmów z jednym aktorem? Hollywood się kłania i wraca do szkoły. Powstała epopeja serialowa bez precedensu: każdy odcinek wygląda jak poprzedni, a jednak, jak u Lenina, każde słowo udaje, że właśnie odmienia bieg historii. Wszystkiego nie zniosłem, ale poglądowo opiszę, jak to wygląda.
Kubek, laptop i dwie flagi
Pierwszy plan: kubek lub szklanka – w zależności od nastroju – oraz laptop typu Yoga, co to po odłączeniu klawiatury można złożyć w tablet albo w origami.
Następnie blat biurka: sosna bejcowana na mahoń w półpołysku – klasyka polskiego patriotyzmu wizualnego. Drewniany prestiż, ale bez przepychu, taki „luksus z Castoramy”.
Drugi plan: ON – we własnej osobie. Zazwyczaj w białej koszuli, czasem niebieskiej (żeby pokazać, że jest też człowiekiem z ludu). Przypięty mikrofonik, co wygląda, jakby zaraz miał prowadzić wiadomości w Telewizji Republika albo zapowiadać promocję w Biedronce.
Trzeci plan: dwie polskie flagi – w razie gdyby ktoś wątpił, że to Polska. Zasłonka w kolorze kawa z mlekiem (czyli neutralna politycznie) i doniczka z domowym zielskiem.
Pod ostrzałem
I teraz zaczyna się kanonada. Napierdalanie z armaty retoryki, festiwal przeinaczeń i popis demagogii artystycznej. Każdy odcinek to kopniak w krocze rzeczywistości, a każdy tytuł brzmi jak rozdział z Biblii Straszenia Narodu Polskiego. Morawiecki nie robi filmów. On wydaje codzienny biuletyn zagłady. Wystarczy spojrzeć na same tytuły tej sagi nienawiści:
– Dlaczego obniżenie ratingu przez Moody’s to ZŁY SYGNAŁ dla Polski! – czyli wstęp do kursu „Jak przestraszyć obywatela bez użycia broni”.
– Ukryty kryzys: rekordowe zwolnienia w Polsce! – odcinek, w którym Polska tradycyjnie stoi nad przepaścią, ale Mateusz zapewnia, że już wie, kto ją tam zaprowadził.
– Tonący statek polskich finansów. Dokąd zmierza Polska? – Titanic, kapitan Tusk przy sterze, orkiestra gra hymn.
– Rekordowy DEFICYT Tuska. 156,7 miliarda długu! – liczby jak z horoskopu, tylko bardziej katastroficzne.
– Tusk robi SHOW zamiast reform? „Piramida PR-u” zamiast deregulacji! – archeologia oburzenia w praktyce.
Potem już tylko powtórki z rozrywki: Gospodarczy chaos, Państwo z tektury, Rząd nie ma planu, Zielony Ład, ale brudna prawda, Europa na rozdrożu… Słowem – ten człowiek ma jedną melodię, ale gra ją na wszystkich instrumentach nieszczęścia.
Mydło, wałki i makaron
Każdy tytuł wygląda jak komunikat alarmowy w TVP Info z 2020 roku, tylko bez podpisu „na żywo”. Morawiecki w roli głównej, Morawiecki w roli komentatora, Morawiecki w roli ofiary. Autotematyzm godny Felliniego – albo ministra, który pomylił kamerę z lustrem.
To nie kanał informacyjny. To telewizja terapeutyczna dla człowieka, który nie pogodził się z utratą stołka. Każdy odcinek kończy się tym samym wnioskiem: Tusk winny, Unia podejrzana, Polska w ruinie, a Mateusz – na posterunku. To już nie publicystyka, to liturgia apokalipsy.
Projekcje przerywane są reklamami mydła, wałków do malowania i makaronu. Nie twierdzę, że Morawiecki sam wybiera te reklamy – choć po jego minie czasem można odnieść wrażenie, że właśnie negocjuje kontrakt z Lidlem. To algorytm YouTube’a dobiera przekaz do widza, a ten algorytm, proszę Państwa, nie ma złudzeń co do publiczności. Wie, że kto ogląda Morawieckiego, ten potrzebuje czystości (po wiadomościach), remontu (po rządach) i węglowodanów (żeby to wszystko przetrwać). To nie przypadek – to nowy rodzaj targetowania: polityczno-egzystencjalny.
Od ruiny do rutyny
Oczywiście Morawiecki na wszystkie katastrofy, które – jak twierdzi – przyszły wraz z Tuskiem, ma gotowe antidotum. I to w stylu klasycznego dowcipu o cyrku, w którym publiczność została opryskana kroplami gówna. Gdy kurz, smród i panika sięgają sufitu, z ciemności wychodzi konferansjer, cały w bieli, uśmiechnięty od ucha do ucha i mówi z dumą:
„A teraz, proszę państwa, wystąpię ja!”
Otóż dokładnie tak działa Morawiecki. Po każdej katastrofie, którą sam przez osiem lat współtworzył, pojawia się z filmikiem, żeby ogłosić, że to on był zawsze po stronie czystości, rozsądku i odkupienia. W jego narracji wszystko, co robiły rządy PiS po 2014 roku – kiedy, jak pamiętamy, zastały Polskę w ruinie – było sensowne, godne i sprawiedliwe, a przy okazji jeszcze nowatorskie, prorocze i na wieki wieków mądre. PiS nie tylko ocalił kraj, ale jeszcze wynalazł elektryczność, węgiel bez dymu i polski dobrobyt w proszku instant. A obecne rządy? Oni, proszę państwa, nie mają żadnych własnych pomysłów – jedynie kontynuują linię PiS-u, którą będąc w opozycji krytykowali. Czyli klasyka: zabrali nam władzę, ale niech przynajmniej przyznają, że mieliśmy rację.
Prawda na urlopie
Obiektywnie rzecz biorąc – jakie wrażenie robi to wszystko na przeciętnie krytycznym widzu? Widzi przed sobą 57-letniego faceta o umyśle księgowego, który z nabożną powagą opowiada o miliardach w deficycie, wskaźnikach inflacji i „koniecznościach dziejowych”, jakby świat kończył się na tabelce w Excelu. Człowieka, który życie utożsamia z arkuszem kalkulacyjnym, a moralność z rubryką „wydatki bieżące”.
Nie ma w nim ani odrobiny autoironii, za to pełno autopromocji i samozachwytu. To typ, który potrafi patrzeć prosto w kamerę i kłamać z przekonaniem profesora etyki stosowanej.
Jego światopogląd jest prosty jak linia trendu: wszystko, co dobre, to PiS; wszystko, co złe, to Tusk. Momentami wygląda, jakby czytał z promptera ustawionego przez Ducha Balcerowicza, albo – co bardziej prawdopodobne – jakby był własnym awatarem. I szczerze mówiąc, nie można tego wykluczyć. Niektóre filmiki Morawieckiego mają tak nienaturalną mimikę i tak gładkie kadry, że wygląda, jakby sam siebie wygenerował w AI – wersja Mateusz 2.0, Premier w Chmurze.
Budżet ego na minusie
Morawiecki jest zarośnięty wiarą w siebie i własną misję. Wyraźnie cierpi na deficyt władzy – największy, jakiego nie da się załatać w żadnym budżecie. Bo prawda jest taka, że nie naród go odsunął, lecz arytmetyka sejmowa – chwiejna, dramatyczna, na granicy kilku głosów. Niewiele brakowało, a dalej siedziałby w KPRM, przekonany, że historia ma w rubryce „premier” tylko jedno nazwisko. W rezultacie oglądamy kogoś, kto nadal przemawia, słowotokiem jak staccato kałasznikowa, z rytmiczną pewnością, że jeśli wystrzeli wystarczająco dużo słów, to któreś z nich trafi w przyszłość.
Zamiast jachtu - kanał. Jutubowy
Oczywiście powstaje pytanie: kim on właściwie dziś jest? Vlogerem? Prorokiem? Czy może nieudanym spin-doktorem własnego mitu? Czy on w to wszystko naprawdę wierzy? Bo jak mawiają finansiści – prawdziwy test wiary polega na tym, czy postawiłbyś na to własne pieniądze.
No więc postawił.
I to niemało.
Nagranie 1100 filmów po rynkowych stawkach to koszt około miliona złotych, do tego 70 odcinków sponsorowanych, czyli kolejne 140 tysięcy. Oficjalnie właścicielem kanału jest Biuro Poselskie Mateusza Morawieckiego, ale tu zaczyna się ciekawiej. W sprawozdaniach finansowych biura, składanych w Sejmie, nie ma żadnych wydatków na reklamę, sponsoring czy kampanię wizerunkową. Nie wykluczone więc, że rachunki opłaca któraś z fundacji, które Morawiecki hojnie wspierał jeszcze jako premier – lub że sam finansuje tę produkcję ze swojej kieszeni. Jeśli tak, to trzeba przyznać: inwestycja godna wizjonera. Zamiast kupić sobie jacht, wczasy na Seszelach albo kolejny złoty zegarek, zainwestował w samego siebie – bez gwarancji zwrotu. Mateusz Morawiecki najwyraźniej naprawdę wierzy w siebie.
I to, proszę Państwa, jest dla Polski zła wiadomość.
Bo o ile w Harvardzkiej księgowości „wiara” nie figuruje w kolumnie „aktywa”, to jednak – jak uczy historia – wiara potrafi przenosić góry, zawracać rzeki i od czasu do czasu przywracać stołki.
Recepcja filmografii Morawieckiego jest, delikatnie mówiąc, mizerna. Najpopularniejszy film osiągnął około 200 tysięcy wyświetleń. Reszta kręci się poniżej 40 tysięcy. Ale, jak mawiał pewien znany minister propagandy: „Ludzie uwierzą w każdą bzdurę, byleby powtarzać ją wystarczająco często.” A Morawiecki powtarza. Z zapałem, dyscypliną i statywem.
Robert Jaruga
Oznaczono jako :
Mateusz Morawiecki
Poprzedni artykuł
Następny
O Autorze :
O Autorze : call_made
Robert Jaruga
O AUTORZE : Jest sukcesem reprodukcyjnym ojca Józefa i matki Marii. Jasno z tego wynika, że urodził się w świętej rodzinie. Skończył dziennikarstwo w Warszawie i nauki polityczne w Hamburgu. Wolno mu więc o sobie mówić, że jest prawdziwym hamburgerem. Pociesza go, że składa się z inteligentnej materii o masie 1300 gramów (waga mózgu). Martwi, że zliczając masę 7,3 miliarda mózgów zamieszkujących Ziemię wychodzi, że inteligentna materia stanowi pomijalny procent materii nieinteligentnej, z której składa się makrokosmos. (Perfekcyjny w pielęgnacji swej intelektualnej niezależności – przyp. red).
Od Sheratonu do OIOM-u
Jak umrzeć legalnie i zgodnie z procedurą Dalsza historia łzy wyciska. Zapewniam, że jest całkiem prawdziwa, choć personalia zmienione. Niektóre didaskalia pozostawiłem bez retuszu, żeby nikt mi potem nie zarzucił, że to bajka. Inne muszę przemilczeć, bo dotyczą osób mniej lub bardziej powszechnie znanych. Od "Prawa i Pięści" do wieżowców w Alei Otóż pan Kornel, tak go nazwijmy, to człowiek, który nigdy uczciwie nie pracował. Owszem, coś tam zawsze robił, tyle że nigdy nie było wiadomo co dokładnie, dla kogo i za ile. Miał pieniądze, ale nie z pracy. Raczej z urodzenia, z koneksji, z czasów, gdy dolary otwierały każde drzwi.Dla przykładu: jego ciotka - może ją widzieliście w pierwszej scenie „Prawa i Pięści”, tej z Gustawem Holoubkiem, gdzie stoi bosa w wagonie z „osadnikami”, z warkoczem grubym jak lina okrętowa - to właśnie ona. Jej kariera filmowa się skończyła, […]
Robert Jaruga 2026-01-28
1000 filmów o Mateuszu
Wałęsa nie czytał, Lenin pisał tomy W dobrym tonie każdego polityka jest wydać choć jedną książkę pod własnym nazwiskiem - z obowiązkowym tytułem w stylu Słowo, honor i cośtam. Nawet Lech Wałęsa jedną wydał, choć, jak sam zeznał, żadnej nie przeczytał.Niewielu polityków wniosło jednak tak potężny wkład w kulturę jak Włodzimierz Lenin, którego Wielka edycja jubileuszowa Dzieł wszystkich liczyła 60 tomów. To absolutny rekord wszech czasów. Nikt wcześniej ani później nie napisał tyle o sobie i o własnej nieomylności w tak krótkim czasie.Wódz rewolucji zmarł mając zaledwie 53 lata, a zdążył już nie tylko obalić carat, ale też zostawić po sobie biblioteczny odpowiednik mauzoleum – z liter zamiast marmuru. Przyznam, że próbowałem to czytać. Próbowałem. Do dziś czuję w oczach ukłucia cyrylicy i zapach szczerej ideologii.Drugim literackim herosem polityki był Winston Churchill. Jego Pamiętniki o drugiej wojnie światowej to 12 […]
Robert Jaruga 2026-01-28
ZUS: dramat matek bez środków do życia
Matka Polka w potrzasku Jak doniosły media, odbyło się spotkanie. Gdzie? Nie wiadomo. Kiedy dokładnie? Również nie. Wiadomo jedynie, że spotkały się dwie postacie. Jedna z imieniem i nazwiskiem: zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich, Stanisław Trociuk. Druga – bezimienna, określona lakonicznie jako „wysoki urzędnik ZUS”.Dla porządku narracyjnego – i żeby nie mnożyć bytów – nazwijmy go po prostu Przydupasem. Nie personalnie. Funkcyjnie. Przydupasem prezesa ZUS Zbigniewa Derdziuka. Spotkanie w cieniu tajemnicy Miejsce spotkania owiane jest tajemnicą, a szkoda, bo to zdradziłoby, kto kogo wzywał na dywanik. Tak czy inaczej, Stanisław Trociuk i ów Przydupas – urzędnik ZUS-u – zasiedli naprzeciwko siebie, by omówić problem znany obu stronom, choć widziany z różnych perspektyw.Rozmowa dotyczyła matek Polek, które – zdaniem Rzecznika Praw Obywatelskich – są systemowo gnębione przez ZUS. A mówiąc językiem urzędników: 'obejmowane czynnościami sprawdzającymi', 'dręczone kontrolami' i 'pozbawiane środków do życia' […]
Robert Jaruga 2026-01-22
Język jako źródło cierpień
Freud wciąż boli Pomazaniec narodu Karol Nawrocki - z legitymacji ponad dziesięciu milionów obywateli i może dwóch wątpiących - zadał cios w kroczę zwyrodnialstwu językowemu, wetując ustawę o uznaniu języka wilamowskiego za język regionalny. Nie wiecie, co to jest ten język wilamowski? I bardzo dobrze, dlatego nigdy nie zostaniecie prezydentami. Prezydent wiedział. Wiedział i rozumiał, jakie zagrożenie dla zdrowego kręgosłupa narodowej polszczyzny niesie grupa staruszków z Wilamowic, którzy mamroczą słowa niezrozumiałe nawet dla Google Translate. Językiem wilamowskim posługuje się w Polsce aż trzydzieści osób w miasteczku Wilamowice, liczącym 3165 mieszkańców, koło Bielska-Białej. Gdyby zatem uznać wilamowski za język regionalny, to za chwilę cała Polska zaczęłaby mówić po wilamowsku. Katowice by poszły, Warszawa by padła, a telewizja publiczna musiałaby zatrudnić tłumacza z wilamowskiego na polski i odwrotnie. Zapanowałby chaos semantyczny, rozpad znaczeń i niebezpieczeństwo, że ktoś pomyli „ojczyznę” z „ojcizną”. Dlatego […]
Robert Jaruga 2025-11-20
WIELKI HETMAN MORAWIECKI
Mateusz Morawiecki najwyraźniej nie ma co robić. Majątek przepisał na żonę - i dzięki temu nikt nie wie, jakie akcje spółek skarbu państwa posiada, a jakie lepiej omijać szerokim łukiem. Wszystkie niecności okresu premierowania - w tym zaprzepaszczenie 700 miliardów złotych z KPO, które rzekomo „załatwił” Polsce i do których szczerzył się na plakatach - uszły mu płazem. Podobnie jak koszmary legislacyjne w rodzaju ustawy podatkowej zwanej Polskim Ładem czy budowanie na spółę z Glapińskim równoległych budżetów państwa poza kontrolą Sejmu. Dzięki pobłażliwości Tuska i własnej aktywności w mediach, zapewne wspieranej przez Kaczyńskiego, Morawiecki nie tylko wrócił do gry, ale wręcz jest rychtowany na premiera 2027 roku. Krąg wzajemnego zaufania i przelewów Tutaj wypada przypomnieć, że 6,54 mln zł (ze środków Skarbu Państwa) plus 3 529 945 zł – ta druga suma już bezpośrednio z Kancelarii Premiera - trafiły do […]
Robert Jaruga 2025-11-13
Pół tysiąclecia kopernikanizmu
O obrotach sfer (i mitów) wokół Kopernika Ponieważ celebrujemy rok 551 narodzin, zwanego tak przez nas Mikołaja Kopernika, zarazem 481 rocznicę jego śmierci, przyjrzyjmy się nie tyle samemu Kopernikowi, ile tak zwanej „Rewolucji Kopernikańskiej” – która, jak chciała poseł Kidawa Błońska rozpoczęła się napisanym przez Kopernika traktatem „O obrotach sfer nieMieckich”. Gdyby Kopernik zmartwychwstał, zdziwiłby się sławą. Za co go wynoszą na piedestał? Za odkrycie, które – jak twierdzi prof. Centkowski – „stanowi podstawę całej współczesnej wiedzy o wszechświecie”. Banknoty, monety, znaczki pocztowe z jego podobizną. Cukierki "Kopernik", lotnisko, loża masońska, centrum handlowe, osiem statków, trzydzieści hoteli, kratery na Marsie i Księżycu, planetoida, gwiazda. A mój sąsiad ma psa Kopernika. Nie było rewolucji Mit rewolucji kopernikańskiej. Samo słowo "rewolucja" jest tu mylące. Geocentryzm nie zniknął nagle, a heliocentryzm rodził się powoli. Oba procesy trwają, można rzec, do dziś – ponad […]
Robert Jaruga 2025-11-04
Powiązane
Język jako źródło cierpień
Freud wciąż boli Pomazaniec narodu Karol Nawrocki - z legitymacji ponad dziesięciu milionów obywateli i może dwóch wątpiących - zadał cios w kroczę zwyrodnialstwu językowemu, wetując ustawę o uznaniu języka wilamowskiego za język regionalny. Nie wiecie, co to jest ten język wilamowski? I bardzo dobrze, dlatego nigdy nie zostaniecie prezydentami. Prezydent wiedział. Wiedział i rozumiał, jakie zagrożenie dla zdrowego kręgosłupa narodowej polszczyzny niesie grupa staruszków z Wilamowic, którzy mamroczą słowa niezrozumiałe nawet dla Google Translate. Językiem wilamowskim posługuje się w Polsce aż trzydzieści osób w miasteczku Wilamowice, liczącym 3165 mieszkańców, koło Bielska-Białej. Gdyby zatem uznać wilamowski za język regionalny, to za chwilę cała Polska zaczęłaby mówić po wilamowsku. Katowice by poszły, Warszawa by padła, a telewizja publiczna musiałaby zatrudnić tłumacza z wilamowskiego na polski i odwrotnie. Zapanowałby chaos semantyczny, rozpad znaczeń i niebezpieczeństwo, że ktoś pomyli „ojczyznę” z „ojcizną”. Dlatego […]
Robert Jaruga 2025-11-20
WIELKI HETMAN MORAWIECKI
Mateusz Morawiecki najwyraźniej nie ma co robić. Majątek przepisał na żonę - i dzięki temu nikt nie wie, jakie akcje spółek skarbu państwa posiada, a jakie lepiej omijać szerokim łukiem. Wszystkie niecności okresu premierowania - w tym zaprzepaszczenie 700 miliardów złotych z KPO, które rzekomo „załatwił” Polsce i do których szczerzył się na plakatach - uszły mu płazem. Podobnie jak koszmary legislacyjne w rodzaju ustawy podatkowej zwanej Polskim Ładem czy budowanie na spółę z Glapińskim równoległych budżetów państwa poza kontrolą Sejmu. Dzięki pobłażliwości Tuska i własnej aktywności w mediach, zapewne wspieranej przez Kaczyńskiego, Morawiecki nie tylko wrócił do gry, ale wręcz jest rychtowany na premiera 2027 roku. Krąg wzajemnego zaufania i przelewów Tutaj wypada przypomnieć, że 6,54 mln zł (ze środków Skarbu Państwa) plus 3 529 945 zł – ta druga suma już bezpośrednio z Kancelarii Premiera - trafiły do […]
Robert Jaruga 2025-11-13
Jak student historii został prezydentem lub alfonsem
Otóż ostatni tydzień przyniósł wieść, która zaparła dech w piersiach i spowodowała zamęt w głowach. Karol Nawrocki, obecny prezydent, będzie walczył z Axel Springerem – a konkretniej z jego polskimi podkomendnymi z Onetu.pl – o to, czy w czasach młodości zajmował się stręczycielstwem, czy też jednak nie zajmował. Istota sporu tkwi w pytaniu: czy Karol Nawrocki oprócz tytułu prezydenta nosi w życiorysie także epizod alfonsa z sopockiego Grand Hotelu. Sugestie o alfonsowaniu znalazły się w publikacji Onetu, która - przypadkowo wyszła akurat w kampanii wyborczej. Skutek? Dla Karola poniżający, bo w opinii dużej mniejszości został alfonsem z Grandu.No i teraz mam dylemat natury egzystencjalno-obywatelskiej. Jako niechętny Nawrockiemu -przyznaję bez bicia - wolałbym, żeby był alfonsem. To by wiele tłumaczyło i ubarwiło nasze życie polityczne. Ale jako obywatel, który jeszcze płaci podatki, muszę jednak woleć, aby prezydent alfonsem nie był.No i […]
Robert Jaruga 2025-10-01
Mięśnie zamiast mózgu
Jeżeli chodzi o mój zawód dziennikarza i publicysty - największym problemem jest autocenzura. Dziennikarz jest bowiem jak termometr wsadzony w tyłek niemowlęcia: jego zadaniem jest rzetelnie i obiektywnie wyjaśnić, jaka jest temperatura owego tyłka. Niestety nie wolno zapominać, że termometr ma też swoją własną temperaturę - zazwyczaj niższą niż ludzka - i ta jego chłodna natura nieuchronnie wpływa na wynik pomiaru. Innymi słowy, sam akt mierzenia zmienia mierzony obiekt. Zatem mam dylemat zawodowy: wiem, że każde słowo, każda obserwacja, każdy opis - choćby obiektywny - wpływa na rzeczywistość, którą próbuję przedstawić. Moja obecność w temacie jest jak wejście z termometrem do tyłka: zafałszowuje to, co chciałem uchwycić. Dlatego często mówię: może lepiej przemilczeć, lepiej nie mierzyć, lepiej nie wyjaśniać. Słowa mają moc. Mogą zmienić temperaturę całego układu, zanim ktokolwiek zdąży zauważyć, jaka ona była naprawdę. Dzisiaj więc zaryzykuję i zrobię […]
Robert Jaruga 2025-09-13
Przegrana od nominacji
Zawsze z lekkim, niezdrowym napięciem obserwuję powoływanie nowego rządu – albo choćby jego drobne roszady. Wśród uśmiechów, gratulacji i błysków fleszy istnieje moment zupełnie tragiczny. To ta chwila, gdy prezydent wręcza nominację ministrowi zdrowia. Uprzejmy gest, teczka z orłem, uścisk dłoni. A w istocie – egzekucja. Dlatego nie potrafię się nie wzruszyć, patrząc na Jolantę Sobierańską-Grendę - świeżo upieczoną panią minister - która w garsonce w kolorze viagry (niebieski jak nadzieja, że jeszcze coś stanie) stanęła przed prezydentem i odebrała swój los zapieczętowany obwolutą. Trzymała się nieźle, jak na swój wiek - choć wyglądała, jakby miała zaledwie trzydzieści parę i jeszcze mogłaby pożyć. A jednak - od tej chwili zaczyna się agonia. Zdrowie publiczne – misja samobójcza Minister Zdrowia to człowiek, który ma po prostu przejebane. To najbardziej niewdzięczny resort w całym katalogu państwowych stanowisk. Dostać zdrowie w spadku to […]
Ruben Jary 2025-08-27
Architekt cieni. Rządzić, nie będąc u władzy
Nie będę o tym, bo już inni byli to zrobili, dlaczego Trzaskowski przegrał. W większości byli słuszni, choć zasadniczo mylni. Bo owszem, przegrał. Ale zdobył 10 milionów, a to wynik więcej niż przyzwoity. Różnica jednego procenta to nie nokaut, tylko rysa na wyniku. Nie jest wcale oczywiste, że gdyby wypadł lepiej na debacie albo gdyby jego kampanią nie zarządzała osoba o kwalifikacjach z „Dzień Dobry TVN”, to rezultat byłby inny. To zbyt prosta interpretacja. Świat i polityka – tak nie działają.Przyjrzyjmy się fenomenowi rzeczywistego przeciwnika Trzaskowskiego. Pochylmy się nad tym unikatem na skalę światową – człowiekiem, który nie startuje, nie kandyduje, nie zabiega... a i tak rządzi wszystkim i wygrywa. Tym który rozegrał Trzaskowskiego.Fenomen trwaniaÓw nie goni za pieniędzmi, nie celebruje luksusu, nie potrzebuje aprobaty mediów. Nie ma dzieci. Nie ma żony. Nie jeździ do Toskanii. Nie biega, nie pływa, […]
Ruben Jary 2025-06-30
Bądź pierwszym, który skomentuje!