Background

Od Sheratonu do OIOM-u

Artykuły arrow_drop_down

Jak umrzeć legalnie i zgodnie z procedurą

Dalsza historia łzy wyciska. Zapewniam, że jest całkiem prawdziwa, choć personalia zmienione. Niektóre didaskalia pozostawiłem bez retuszu, żeby nikt mi potem nie zarzucił, że to bajka. Inne muszę przemilczeć, bo dotyczą osób mniej lub bardziej powszechnie znanych.

Od "Prawa i Pięści" do wieżowców w Alei

Otóż pan Kornel, tak go nazwijmy, to człowiek, który nigdy uczciwie nie pracował. Owszem, coś tam zawsze robił, tyle że nigdy nie było wiadomo co dokładnie, dla kogo i za ile. Miał pieniądze, ale nie z pracy. Raczej z urodzenia, z koneksji, z czasów, gdy  dolary otwierały każde drzwi.

Dla przykładu: jego ciotka – może ją widzieliście w pierwszej scenie „Prawa i Pięści”, tej z Gustawem Holoubkiem, gdzie stoi bosa w wagonie z „osadnikami”, z warkoczem grubym jak lina okrętowa – to właśnie ona. Jej kariera filmowa się skończyła, zanim się zaczęła, ale życie napisało jej sequel. Związała się z pewnym panem z Hameryki, i odtąd los Kornela nabrał przyspieszenia.

Pan z Hameryki, nie był byle kim. Gdy wyjdziecie z Dworca Centralnego w Warszawie i spojrzycie na te dwie wieże, które sterczą nad Alejami, to wiedzcie, że jedna należy do spółki, której współudziałowcem był właśnie ów amerykański przyjaciel cioci z warkoczem. Tak, ten sam, który w latach 90. twierdził, że w Polsce można dorobić się na wszystkim – nawet na uczciwości, byle tylko nie próbować jej praktykować.

Między Hiltonem a Białym Domem

Kornel, przez większość życia zajmował się „obsługą interesów” tego pana z Ameryki, który, co można zobaczyć na YouTube, w Białym Domu ściskał rękę prezydentowi Komorowskiemu i temu drugiemu, który tam mieszka na stałe. Praca u Amerykanina była, jak mawiał Kornel, „mordercza”. Bez przerwy w gotowości, jak agent CIA. Trzeba było limuzynę podprowadzić, garnitur na bankiet odświeżyć, ciocię z warkoczem dowieźć, a w razie czego – samemu zrobić z siebie beczkę śmiechu, żeby rozluźnić atmosferę przy stole, przy którym i tak nikt nie wiedział, z czego się śmieje. Życie Kornela toczyło się między Sheratonem a Hiltonem – geografia ludzi, którzy mają pieniądze, a nie mają domu. Na śniadanie szwedzki stół, na obiad catering z Francji, a na kolację… kryzys egzystencjalny w pięciogwiazdkowym wydaniu. Cysterny szkodliwego alkoholu płynęły szerokim strumieniem: whisky z wysp, wódka z Mazowsza, koniaki z czasów, gdy jeszcze ktoś miał sumienie. Kornel jadł, pił i śmiał się w rytmie cudzych toastów,  przekonany, że jest kimś ważnym, bo przecież znał kogoś, kto znał kogoś, kto widział Komorowskiego w Białym Domu. Często powtarzał, że ciężko pracuje „na wizerunek Polski za granicą”. Faktycznie, robił co mógł – zwłaszcza za granicą baru. Tak mijały lata a Pan Kornel egzystował w apartamencie na strzeżonym osiedlu, w świecie, w którym jedynym obowiązkiem obywatelskim było uzupełnianie lodówki.

Miłość po ukraińsku

Ale nastąpiło nieszczęście. Mianowicie Kornel się zakochał. W Ukraince – zanim to jeszcze było modne. Nie byle jaka to była kobieta. Profesorówna, córka inteligenta o spojrzeniu jak z podręcznika do filozofii. Cztery języki, w zasadzie pięć, bo dwa w cyrylicy. Umiała powiedzieć „kocham cię” w trzech alfabetach i „potrzebuję nowego samochodu” w każdym z nich. Kornel był zachwycony. On, człowiek z hotelowych bankietów, wreszcie trafił na damę, która nie tylko znała różnicę między Chardonnay a Savignon Blanc, ale potrafiła ją wymówić z akcentem kijowskim. Na świat przyszła trójka dzieci, zdrowych, głośnych i wielojęzycznych oraz spadek kursu życiowego Kornela.

Z początku trzymał fason: garnitur, karta kredytowa, sobotni brunch w hotelu, gdzie niegdyś bywał z panem z Ameryki. Świat miał jednak wobec Kornela plan, o którym go nie poinformowano.

Pan Amerykanin przyjeżdżał coraz rzadziej, ciocia coraz mniej udzielała się towarzysko. Na szczęście karta płatnicza wciąż działała. Zawsze można było wyjąć z bankomatu na czynsz, sushi i pampersy.

Transakcja odrzucona

No i teraz nastąpił ten kłopot, który w życiu mężczyzny przychodzi zawsze znienacka – jak kontrola z urzędu skarbowego. Jego o dwadzieścia lat młodsza żona, po latach intensywnego macierzyństwa i łagodnego znudzenia, wreszcie znalazła sobie robotę. Korporacja, open space, kawa z ekspresu i angielskie słowa w mailach – plus pakiet emancypacji.

Tam, znalazł ją ktoś bardziej atrakcyjny od Kornela. Nie musiał się nawet starać. Wystarczyło, że miał wszystkie zęby, konto z wpływami i nie mylił Teamsa z TikTokiem. Kornel, jak to mężczyzna z epoki przed-Excelowej, nie mógł tego znieść. Najpierw przyszła zazdrość, potem archetypiczny dramat współczesnych małżeństw: zagrożenie smartfonem. On sprawdzał, czy ona pisze z kimś o imieniu Igor; ona, czy on w ogóle jeszcze potrafi pisać.

I tak pewnego dnia, z wielkim rozmachem Ukrainka wniosła pozew. Z winy – rzecz jasna – Kornela. Bo przecież to on był winien: że się starzeje, że nie rozumie, że oddycha nie tym rytmem, co reszta nowoczesnego świata. A już najbardziej winien był temu, że jej nie wystarczał.

Zanim Kornel zdążył się połapać, że to nie kłótnia, tylko procedura, w skrzynce miał już pismo z sądu. I wtedy, nastąpiło prawdziwe tąpnięcie. Kornel stanął przy bankomacie, włożył kartę, wklepał PIN i zobaczył na ekranie napis „Transakcja odrzucona.” Maszyna nie wypluła ani pieniędzy, ani nadziei. Po raz pierwszy od wielu lat, Kornel poczuł coś głęboko ludzkiego. Nie był to głód, ani wstyd. To była panika.

Kiedy skończyły się pieniądze, a żona się wyprowadziła Kornel został z tym, co najtrudniejsze do utrzymania – z samym sobą. Próbował się ratować. Robił to i owo, sprzedał, kupił, zamienił, stracił, zarobił, a potem znów stracił, żeby nie wyjść z wprawy. Zmieniał telefony, znajomych i branże. Od doradztwa po handel detaliczny. Ale jedyną rzeczą, która mu się naprawdę udała, była zmiana mieszkania na tańsze, czyli z widokiem na śmietnik po drugiej stronie ulicy. Z początku nawet się cieszył – bliżej do kontenera, dalej do ludzi.

 

Alzheimer ciotki, zgon sponsora i rak Kornela

Z czasem czuł się słabiej. Spał gorzej, humor mu opadł, apetyt też. W końcu zrobił to, czego żaden rozsądny mężczyzna po pięćdziesiątce  robić nie powinien – poszedł do lekarza. Ten obejrzał, osłuchał, pokiwał głową i wydał wyrok. To było to paskudztwo, co chodzi do tyłu.
Nagle Kornel przypomniał sobie wszystkie dawne toasty z bankietów, gdy wznoszono kieliszki „za zdrowie”. Teraz wiedział, że to był żart o wyjątkowo ponurym podtekście.

Został sam – bez żony, bez pieniędzy, bez ZUS-u. Ba, nawet ciocia o nim zapomniała. Ale nie z wady charakteru – po prostu z Alzheimerem trudno pamiętać o wszystkim, zwłaszcza o rodzinie z dawnych czasów. Na domiar złego amerykański sponsor, po prostu bezczelnie umarł. Bez konsultacji, bez uprzedzenia, bez podpisania pełnomocnictwa do dalszego finansowania. Jakby specjalnie czekał, aż Kornel zostanie sam, żeby odejść w najgorszym możliwym momencie. Klasyczne działanie wolnego rynku.

Kornel zatem zarejestrował się jako bezrobotny, bez prawa do zasiłku, ale z prawem do bezpłatnej opieki zdrowotnej. To, jak się okazało, było strzałem w dziesiątkę. Nie dość, że państwo wzięło się za jego raka, to mógł zrezygnować z czynszu za mieszkanie, którego i tak nie był w stanie płacić, i zamieszkać oraz stołować się w szpitalach.

 

Dłużnik bez wyroku

Sprawa rozwodowa szła źle. To znaczy normalnie. Żona, kobieta przebiegła jak prawniczka w promocji, zrobiła Kornela w konia z wdziękiem i znajomością procedur. Namówiła go, żeby zgodził się, by dzieci mieszkały „przy niej”.
– Przecież to tylko formalność – mówiła słodko. – Dla dobra dzieci.
A Kornel, naiwny jak człowiek, który jeszcze wierzy w „dobro”, podpisał.

Nie wiedział, że w polskim prawie to „dobro dzieci” jest najkrótszą drogą do alimentów.
Bo jak dzieci mieszkają „przy niej”, to on mieszka „przy kosztach”. Potem żona, nie czekając na wyrok, złożyła wniosek o zabezpieczenie powództwa – czyli o alimenty z góry, zanim jeszcze sąd zdążył rozważyć, czy Kornel w ogóle posiada jakiekolwiek dochody. Sąd, jak to sąd, nie mógł pozostać obojętny wobec cierpienia kobiety, która miała pełnomocnika.
Klepnięto więc. Zabezpieczono. Ustanowiono. Kornel miał byłby zabezpieczać przyszłość swoich dzieci, tracąc własną.

Że nie miał z czego płacić, trafił w końcu pod sąd karny – bo w tym kraju brak pieniędzy na alimenty to już nie problem społeczny, tylko przestępstwo.

Sąd wzywał go regularnie, a kiedy nie dochodził na rozprawy, dzwonił do niego w trakcie chemii.
– Panie Kornelu, czy pan wie, że pan nie płaci? – pytała urzędowa powaga.
– Wiem, ale w tej chwili próbuję przeżyć – odpowiadał Kornel.
– Niech pan nie ucieka w filozofię, tylko w przelew.

Jak Feniks z rosołu

Oczywiście nie jest tak, że wszystko idzie źle – byłoby to wbrew rachunkowi prawdopodobieństwa. Jakimś cudem przypomniała sobie o Kornelu przyjaciółka z dawnych, świetlistych czasów: córka znanego reżysera z Suwałk, który, zdaje się, nawet dostał Oscara. Z zaleczonym rakiem podjęła się misji ratunkowej: wzięła Kornela pod dach, dokarmiała, dogrzewała i doprawiała życiem.

Kornel, wzmocniony rosołem i poczuciem, że jednak komuś nie jest obojętny, zatrudnił się w jednej z tych ubertaxicompany. Jeździł jak oszalały: we dnie, w nocy, w szczycie, po szczycie, a czasem i pod prąd, byle zdążyć z kursu na kurs. Niestety nie przewidział, że tak jak on nie śpi, tak i komornicy od alimentów nie drzemią. Po dwóch miesiącach okazało się, że „należy mu się” dokładnie tyle, ile „mu się zostało” po potrąceniach  – czyli nic. I tyleż dostał.

Poszedł więc po rozum do głowy, a następnie do urzędu pracy, by odzyskać status bezrobotnego (który utracił, gdy podjął pracę, której efekt netto wyniósł zero). Tam dowiedział się jednak, że jego zatrudnienie trwało zbyt krótko, by mógł znów stać się bezrobotnym.  Co gorsza, kolejna wizyta kontrolna w szpitalu nie okazała się zwykłą formalnością. Badanie PET wykazało, że coś znowu jest nie tak – a właściwie tak bardzo nie tak, że trzeba wznowić terapię.

No jak wznowić, to wznowić. Kornel, człowiek z zasadami, pojawił się punktualnie w rejestracji, z kompletem dokumentów i nadzieją, że państwo – nie zostawi pacjenta w połowie drogi. Za ladą siedziała rejestratorka. Spojrzała na monitor, potem na niego, a potem z powrotem na monitor.
– Pan nie jest ubezpieczony – oznajmiła tonem grabarza czytającego horoskop.
– Ale ja choruję na raka – powiedział Kornel, z resztką godności, jaka zostaje po kilku chemiach i jednym rozwodzie.
– Tym bardziej nie jest pan ubezpieczony – odparła z urzędowym spokojem.
– Jak to tym bardziej?
– Bo jak ktoś chory, to już nie jest zdolny do pracy. A bez pracy nie ma składek. Proste.

– To co mam zrobić? – zapytał Kornel. – Chyba jest jakaś możliwość? Państwo wydało na moje leczenie ponad pół miliona złotych! (Kornel to policzył – z nudów i rozpaczy). Teraz mam zaprzepaścić całą terapię?

– No… może się pan leczyć komercyjnie.

– A ile to kosztuje? – spytał Kornel, z głosem człowieka, który już wie, że nie stać go na odpowiedź.
– Doba w naszym „pensjonacie” to dwa tysiące plus zabiegi – odparła pani uprzejmie. – Ale za to bez kolejek.

– Czyli szybciej umrę? – upewnił się Kornel.
– Zdecydowanie – odparła z uśmiechem. – U nas procedury są błyskawiczne.

Kornel na pogrzebie nadziei

Ten brak ubezpieczenia, jak się w końcu okazało, nie był dziełem przypadku, tylko owa ubertaxicompany, w której Kornel przez dwa miesiące woził bliźnich, nie zgłosiła go do ZUS-u, choć miała na to siedem dni. ZUS, po wysłuchaniu jego tragedii, zachował stoicki spokój:

– Niech pan poda pracodawcę do sądu.
– Ale ja nie mam na adwokata – westchnął Kornel.
– To niech pan pójdzie do bezpłatnego. W urzędzie miasta.

W urzędzie przyjęto go serdecznie. Adwokat z programu „Pomoc prawna dla pozbawionych złudzeń” lub jakoś tak, wysłuchał go z ojcowską troską, od czasu do czasu kiwając głową jak lekarz, który wie, że pacjent i tak nie przeżyje. Westchnął i rzekł:
– Wie pan… moja koleżanka, lat pięćdziesiąt pięć, jak się dowiedziała, że ma nowotwór, to powiedziała, że leczyć się nie będzie.
– I co? – zapytał Kornel.
– W zeszłym tygodniu byłem na jej pogrzebie.

Robert Jaruga

Ps.

Imię bohatera zostało zmienione. Resztę sobie wyguglujecie.

O Autorze :

O Autorze : call_made

Robert Jaruga

O AUTORZE : Jest sukcesem reprodukcyjnym ojca Józefa i matki Marii. Jasno z tego wynika, że urodził się w świętej rodzinie. Skończył dziennikarstwo w Warszawie i nauki polityczne w Hamburgu. Wolno mu więc o sobie mówić, że jest prawdziwym hamburgerem. Pociesza go, że składa się z inteligentnej materii o masie 1300 gramów (waga mózgu). Martwi, że zliczając masę 7,3 miliarda mózgów zamieszkujących Ziemię wychodzi, że inteligentna materia stanowi pomijalny procent materii nieinteligentnej, z której składa się makrokosmos. (Perfekcyjny w pielęgnacji swej intelektualnej niezależności – przyp. red).

Więcej artykułów Dorobok

trending_flat
Bankier szuka żony w koniczynie

Mateusz Morawiecki cierpi, co jest widokiem równie budującym, co procesja Bożego Ciała w rzęsistym deszczu. Niby mokro i smutno, ale widowisko przednie. Jego romans z prezesem-bożkiem wszedł właśnie w fazę, którą w podręcznikach biologii i patologii władzy opisuje się jako „stadium pożarcia godowego”.  Jarosław Kaczyński ma bowiem tę urokliwą cechę modliszki, że każdą swoją polityczną nałożnicę – od Dorna i Marcinkiewicza, przez Ziobrę, Gowina, Kluzik-Rostkowską, aż po Kurskiego, Kamińskiego i Cymańskiego – najpierw obsypuje stanowiskami i zaszczytami, a potem spuszcza w klozecie historii. Teraz kolej na Mateusza, który przed świętami  poczłapał na Nowogrodzką, by wreszcie usłyszeć z ust samego Najwyższego to, co dotąd z lękiem podczytywał w Onecie: że jego termin przydatności do spożycia minął. W przedpokoju do sypialni prezesa, tam gdzie zapach naftaliny i starego kawalera miesza się z aromatem absolutnej władzy, pręży się już przecież Przemysław Czarnek. Nowy harcerz […]

trending_flat
Pieczony listonosz w sosie z węgla kamiennego

Instrukcja likwidacji człowieka Trudno nie zauważyć, że nasz rodzimy kapitalizm się zużył. To system schyłkowy. Bo oto gruchnęła wieść, która wstrząsnęła polskim Internetem mocniej niż zgon Chucka Norrisa. Niejaki Sebastian Mikosz, prezes Poczty Polskiej, stracił robotę. Z dnia na dzień stał się zbędny, co jest o tyle zabawne, że przez ostatni rok przekonywał wszystkich, iż to inni są zbędni. Rzeźnik w Armanim Mikosz to postać niemal biblijna, tyle że zamiast rozmnażać chleb, on go ludziom odbierał. Dokonał rzeczy „wielkiej”. Zredukował deficyt Poczty o 500 mln zł. Metodą godną największych rzeźników polskiego biznesu – wypierdolił na zbity pysk ponad osiem tysięcy pocztowców. Opinie o nim są w narodzie, a zwłaszcza wśród tych, którzy jeszcze niedawno dźwigali torby pełne wezwań z sądów, nadzwyczaj spójne. „Bardziej zadufanego w sobie faceta nie widziałem w życiu”. Mikosz niszczył Pocztę Polską z taką samą gracją, z […]

trending_flat
Nieznany kraj za Bugiem

NIEZNANY KRAJ ZA BUGIEM Samce alfa nad mapą Europy W minionym tygodniu miały miejsce zdarzenia dość istotne z punktu widzenia geopolityki. Donald Trump oświadczył z pewną pretensją, że europejscy sojusznicy wypięli się na niego w sprawie ataku na Iran. Trudno nam się dziwić. Bo jeśli jeszcze niedawno pomysły o aneksji Kanady, połknięciu Grenlandii, stąpaniu po Kubie można było traktować jako polityczną hucpę i element wizerunkowego kabaretu człowieka w czerwonej bejsbolówce, założonej daszkiem do tyłu, to w zestawieniu z porwaniem Maduro oraz realnym bombardowaniem ludzi w Iranie przestają śmieszyć. Zaczynają niepokoić. Europejscy przywódcy doszli do wniosku, że człowiek, który żartuje z podbijania świata, może w pewnym momencie przestać żartować. Pierwsza dama do ostatniego dyktatora Dwa incydenty przeszły jednak niemal niezauważone. Oto na Białoruś, by uścisnąć dłoń Aleksandra Łukaszenki, pofatygował się niejaki John Coale. To amerykański prawnik, wysłannik Trumpa do spraw zbyt […]

trending_flat
Gorejące serce i lodowata historia

Początek recenzji Gorejące serce i lodowata historia Zaczęło się niewinnie. Do redakcji przyszedł mail o treści następującej: „Imię i nazwisko: Jan Kochani, mam do Was prośbę: pójdźcie na film pt. „Najświętsze Serce” i napiszcie rzetelną recenzję. Sam bym poszedł, ale ksiądz proboszcz powiedział, że nawet najbardziej zatwardziali bezbożnicy w ateistycznej Francji – taki przykład podał – wychodzą z tego filmu nawróceni, więc wolę nie ryzykować. Wam to pewnie nie grozi. Pozdrawiam i czekam.” Bozia w multipleksie Przyznam szczerze: nie spieszyło nam się na taki seans. Ostatni film religijny, który zapadł nam w pamięć, to „Pasja” Mela Gibsona z 2004 roku – jeden z największych fenomenów frekwencyjnych kina religijnego. Było to, proszę Państwa, omal ćwierć wieku temu. Jednak z zawodowej ciekawości sprawdziliśmy, co o nowym filmie „Najświętsze Serce” z 2025 roku mówią jego entuzjaści. Episkopat informuje, że produkcja „przyciąga tłumy do […]

trending_flat
Polska: Made in USA

SUWERENNOŚĆ – WERSJA SOJUSZNICZA Kraj, o którym się komunikuje Można dziś odnieść wrażenie – nie będę mówił kto i co – że Polska nie jest krajem, z którym się rozmawia, lecz krajem, o którym się komunikuje. To różnica subtelna, lecz zasadnicza: z krajem, z którym się rozmawia, prowadzi się dialog. Kraj, o którym się komunikuje, jest odbiorcą komunikatu. Jednokierunkowego. Teraz głos zabiera sam premier, że sojusznicy powinni się szanować. Rodzi się zatem podejrzenie, że ten szacunek nie jest oczywisty. Być może jest niesymetryczny. Brak szacunku nosi imię pogardy. I co z tego wynika? Ano nic. Dalej będziemy udawać, że jesteśmy równoprawnym partnerem, a oni będą nas klepać po plecach i mówić: „dobry piesek”. Guantanamo w Kiejkutach Pytanie, czy Polska jest państwem niezależnym od Stanów Zjednoczonych, pojawia się dziś coraz częściej. Nie jest nowe. Jeśli dobrze pamiętam, po raz pierwszy stanęło […]

trending_flat
Kapitalizm bez rewolucji

GALA BCC Święto niezarejestrowanej partii biznesu 20 lutego, w miniony piątek, w DoubleTree by Hilton Hotel & Conference Centre Warsaw, odbyła się doroczna gala Business Centre Club (BCC). Czyli święto niezarejestrowanej partii biznesu, która nie startuje w wyborach, ale rządzi jednak setkami tysięcy dusz. W świetle reflektorów wręczano Złote, Srebrne i Platynowe Statuetki Lidera Polskiego Biznesu – odpowiedniki medali mistrzostw Polski. BCC to nie jakiś klub dyskusyjny dla aspirujących księgowych. To poważna, historyczna organizacja kapitalistyczna, którą w czasach swojej świetności zaszczycał nawet premier Leszek Miller. Konkurs „Lider Polskiego Biznesu” to nie firmowa gala konsultantów podatkowych z międzynarodowej korporacji Ernst & Young (EY). To też nie półtajemne zgromadzenie najbogatszych z Polskiej Rady Biznesu. Ani konfederacja branżowych interesów pod szyldem Lewiatana. BCC ma ambicję być Komitetem Olimpijskim polskiego kapitalizmu. Goliszewski w grobie się przewraca Wprawdzie legendarny prezes-założyciel BCC Marek Goliszewski (kandydat na […]

Powiązane

artykulator123
trending_flat
Świński raj, ludzkie piekło

Zatem zamierzam znokautować humanizm, dać kopniaka w krocze człowieczeństwu i prztyczka w nos cywilizacji. Patrzysz na grill. Kiełbasa się skwierczy, kaszanka paruje, tłuszcz ścieka na rozżarzone węgielki. I nie wiesz, że to, co właśnie przypalasz – jeszcze niedawno było szczęśliwsze niż ty. Nie tylko dlatego, że świnia nie miała planu na życie. Nie tylko dlatego, że nie pisała doktoratu i nie znała Rilkego i nie rozróżniała wina wytrawnego od półsłodkiego. Ale dlatego, że jej mózg działał tak, jak powinien działać mózg. Czyli: zgodnie z rzeczywistością. Szczycimy się, że jesteśmy koroną stworzenia. Że mamy największe mózgi w znanym wszechświecie. Statystycznie – nasz jest około siedmiu razy większy niż mózg świni. Ale czy to naprawdę powód do dumy? A może właśnie w tym leży problem?  Czy nie jest to wybryk natury – ba choroba podobna do nadwagi albo wodogłowia czy przerostu innych […]

trending_flat
Krzywy banan, prosty krętacz

Urodziłem się w kraju, w którym świat zaczynał się za szlabanem w Świecku, a kończył na przydziale z MHD („papier toaletowy był rano”). W kraju, gdzie wyjazd za granicę był luksusem zarezerwowanym dla zaufanych, a paszport spoczywał na komendzie, w szufladzie, - między kajdankami a formularzem SB. W kraju, gdzie dzieci notabli nosiły jeansy z RFN, a dzieci nauczycieli chodziły w ortalionie z Łodzi. Urodziłem się w kraju, który karmił się frazesami o pokoju i przyjaźni między narodami z jednej strony, z innej szykował inwazję na Danię. Ale kredyty brał w Deutsche Banku i marzył o Pontiaku z plakatu. W kraju, gdzie na akademiach recytowano Breżniewa przy dźwiękach Lennona, a w partyjnych Pewexach, dolary miały większą wartość niż ideały. W kraju, który ponoć był suwerenny, ale pytał Moskwę o zgodę na każdy krok, chociaż nawet jak jej nie uzyskiwał to […]

trending_flat
Korporacje biją Excelami

Nikt ze współczesnych socjologów nie dostrzega, że zjawisko mobbingu to nic innego, jak neo-marksistowska manifestacja ukrytej walki klasowej, której początki sięgają XIX-wiecznych traktatów Karola Marksa. W dobie postfordowskiej rzeczywistości linia produkcyjna została zastąpiona przez open space, a dekurion, karbowy, kapo lub jakaś inna najemna świnia, oddzielająca błękitnokrwistych od roboczej hołoty,  nazwana  „liderem zespołu”. Konflikt klasowy jednak nie zniknął. Przeciwnie - przybrał nowoczesną, korporacyjną formę mobbingu strukturalnego. Marks pisał o wyzysku robotnika przez kapitalistę. Dziś ta sama relacja odtwarza się w biurach i fabrykach, lecz nieco subtelniej - pod płaszczykiem codziennych interakcji, „feedbacku” i „kultury organizacyjnej”. Współczesny mobbing to nowa odsłona alienacji pracownika, który już nie walczy o środki produkcji, lecz o godność, wolne weekendy i prawo do nieotrzymywania maili służbowych o 23:45. • Kiedy prawo nie nadąża za bezprawiem Jeszcze trzydzieści lat temu takie słowa byłyby uznane za czystą herezję […]

trending_flat
Naród pieniaczy czy ofiary statystycznego oszustwa?

Od zawsze miałem na pieńku z polskim prawem. A mówiąc ściślej, to ono ma problem ze mną. Nie dorasta do pięt moim wyobrażeniom o sprawiedliwości, racjonalności i humanizmie. To prawodawcza parodia, nonsens podniesiony do potęgi absurdu, farsa na fundamencie niedorzeczności (sam byłem uwikłany w proces, który trwał 17 lat. Wiem co piszę). Nic dziwnego, skoro twórcami tych przepisów byli kolejni Lepperowie, Macierewicze i inni prawnicy - partacze. Administracyjne, cywilne, podatkowe - wszystkie te dziedziny prawa wołają o pomstę do nieba. O karnym na razie się nie wypowiadam, bo jeszcze nie miałem (nie)przyjemności się z nim zetknąć. • Mądrość sędziów ponad literą prawa Na szczęście prawo to nie tylko jego litera, ale także sądy – miejsca, w których na ogół zasiadają ludzie mądrzejsi niż w parlamencie. To oni, żeglując po tym morzu prawnej farsy, starają się ustanowić na ziemi choć odrobinę […]

trending_flat
460 tysięcy szabel w spódnicach

Andrzej Duda nie powinien mierzyć tak wysoko, jak szefostwo NATO Niechże jednak wreszcie zrobi coś pożytecznego dla kraju i zostanie aktorem. Idealnie nadawałby się do ról pierwszoplanowych w polskim kinie plebejskim. Wyobraźmy go sobie jako Borynę w kolejnym remake'u "Chłopów"... Albo jeszcze lepiej: "Plebey Duda", scenariusz Andrzej Pilipiuk, reżyseria Patryk Vega. Pierwsza scena jawi mi się tak: Kmieć Duda, wściekły na sąsiada, co mu kury podbiera, ostrzy kosę, mrucząc pod nosem o zemście. Wtem, zza stogu siana wyłania się sołtysowa, kusząc Dudę obietnicą unijnej dotacji za oddanie jej pola pod fotowoltaikę. Duda, patrząc na jej ponętne kształty, czuje przypływ pożądania, ale nagle przypomina sobie o sąsiedzie. Wahając się między żądzą zemsty a chęcią zysku, wciąga nosem tabakę. Chwyta za widły i wbija je w brzuch sołtysowej, która z krzykiem pada na ziemię. Na podwórze wjeżdża czarny mercedes, z którego wysiada […]

trending_flat
Od Central Parku do Konstancina: Żebractwo w XXI Wieku

Onegdaj największą przegraną – byłego już Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara (obecnie ministra sprawiedliwości) – była jego walka ze Zbigniewem Ziobrą (ówczesnym i równie niezatapialnym ministrem sprawiedliwości) o jedną z fundamentalnych gwarancji Europejskiej Konwencji Praw Człowieka: prawo do praktykowania najstarszego zawodu świata. Nie, wbrew obiegowej opinii nie chodzi o prostytucję. Prostytutka to zawód wyuczony – i to całkiem dobry. Wiele moich koleżanek go uprawiało, więc naprawdę mam sporo do powiedzenia. Kurwienie się to już co innego – to wynik ewolucji cywilizacyjnej i kulturowej. Profesja wymagająca, oprócz predyspozycji fizycznych, także treningu, wiedzy i pewnej ulotnej teorii przekazywanej ustnie z pokolenia na pokolenie. Najstarszy zawód świata pojawił się raczej wcześniej – bo wynika z biologii. Jak to się mówi: instynktownie. Uprawiają go również organizmy stojące niżej od człowieka na drabinie ewolucji: mrówki, pingwiny i małpy. U zwierząt nazywa się to „zachowaniami błagalnymi”, […]

Bądź pierwszym, który skomentuje!

Co o tym myślisz ?

Twój adres e-mail pozostanie poufny. Gwiazdką (*) oznaczone są pola obowiązkowe.

Dociekamy. Słuchamy. Podglądamy.

Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.

Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.

Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.

Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.

Pracuj z nami

Rozbijamy barykady zamkniętych umysłów.

Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.

HECHO.pl – Twoje nowe lustro Polski.
Ostrze analizy. Impuls zmiany.

Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)
Siedziba: Warszawa

KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862

Nr konta:
18 1090 1056 0000 0001 6270 8297

O wydawcy portalu HECHO.pl
Projekt: DOBOROWA.com.pl · NARRATOR Jaruga & Kędzierski · Strony internetowe, treści, AI. | Odwiedź nas

Login to enjoy full advantages

Please login or subscribe to continue.

Go Premium!

Enjoy the full advantage of the premium access.

Stop following

Przestań obserwować Cancel

Cancel subscription

Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.

Go back Confirm cancellation