Urodziłem się w kraju, w którym świat zaczynał się za szlabanem w Świecku, a kończył na przydziale z MHD („papier toaletowy był rano”). W kraju, gdzie wyjazd za granicę był luksusem zarezerwowanym dla zaufanych, a paszport spoczywał na komendzie, w szufladzie, – między kajdankami a formularzem SB. W kraju, gdzie dzieci notabli nosiły jeansy z RFN, a dzieci nauczycieli chodziły w ortalionie z Łodzi.
Urodziłem się w kraju, który karmił się frazesami o pokoju i przyjaźni między narodami z jednej strony, z innej szykował inwazję na Danię. Ale kredyty brał w Deutsche Banku i marzył o Pontiaku z plakatu. W kraju, gdzie na akademiach recytowano Breżniewa przy dźwiękach Lennona, a w partyjnych Pewexach, dolary miały większą wartość niż ideały. W kraju, który ponoć był suwerenny, ale pytał Moskwę o zgodę na każdy krok, chociaż nawet jak jej nie uzyskiwał to i tak Gierek robił po swojemu.
Nie miałem innej ojczyzny, więc musiałem kochać to państwo, które było. Choć, prawdę mówiąc, nie chciałbym już do tamtej miłości wracać. Bo co tu dużo mówić – Bogusław Linda, który uruchamiał dwucylindrowego malucha o zawrotnej pojemności 650 cm³ kijem od szczotki*, nie kojarzył mi się ani z Jamesem Bondem, ani z dumą narodową. Osobiście wolę tego Lindę w porszaku i garniturze – nawet jeśli ten garnitur, niestety, jest od Hugo Bossa.
Polska offline i bez aktualizacji
Te skojarzenia narzuciły mi się po kampanii wyborczej, w której karta antyeuropejskości została rozegrana z pełnym rozmachem. Znakomicie – i niestety wyraźnie – widać, że Unia przegrała tę narracyjną batalię. A to może oznaczać, że historia zatacza koło.
Polska znów może stać się czymś, czym już kiedyś była – państwem zamkniętym, upartym, samowystarczalnym głównie w propagandzie. Zamiast mercedesów – polonezopodobne Izery, składane z chińskiej blachy po puszkach po piwie. A w Zitau, na granicy z Zachodem, stanie zardzewiały szlaban z napisem: „Rzeczpospolita Samowystarczalna”. Obok tablica: „ZAKAZ WWOZU OBYCZAJÓW ZACHODNICH”. Za nią milicjant z paszportem, który nie jest twój, ale jego – i państwa.
Wbrew oczekiwaniom, nie będę oskarżał za ten stan Jarosława Kaczyńskiego i jego kohorty – bo to zrobią inni, bardziej kompetentni w tropieniu narodowego szaleństwa. Zajmę się bardziej tymi, którzy dopuścili się zaniedbania równie poważnego, choć mniej spektakularnego.
Między sukcesem a zapomnieniem
Mam tu na myśli Katarzynę Smyk, dyrektorkę przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce, która wygląda tak:

1 Katarzyna Smyk
Oraz Piotra Wolskiego, kierownika Wydziału Prasowego, który wygląda tak:

2 Piotr Wolski
Oboje stanowią tzw. headquarters brukselskiej obecności w Polsce – czyli sztab ludzi, którzy mają za zadanie sprawić, by Unia Europejska miała twarz. Niestety twarz Unii kojarzy się co najwyżej z twarzą pana Wolskiego oraz tablicą przy szkole w gminie Michałowice, na której napisano, nie wprost, że Niemiec zapłacił za dach, a my możemy się cieszyć suwerennością, bo zrobiliśmy przetarg.
Prawda jest bowiem taka. Minęło już 20 lat obecności Polski w Unii Europejskiej. Dzięki tej obecności Polska wygląda dziś lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Niestety, świadomość tej „urody” i jej źródeł nie jest powszechna. Moglibyśmy ją wywnioskować z zaledwie trzech artykułów, które ukazały się w mediach głównego nurtu w ostatnich pięciu latach: „20 lat później. Polska w Unii: sukces mimo siebie” („Polityka”, 2024); „Bruksela w twojej gminie” („Newsweek”, 2022), trzeciego nie pamiętam.
Beneficjent numer jeden
Każdy z nich mówił o doniosłej roli, jaką odgrywa Unia – nie tyle w „naszym” świecie, co w nas samych. A ściślej mówiąc: o obecności Unii w Polsce, którą łatwo przeoczyć, bo stała się tak oczywista, że aż niewidzialna.
Dostaliśmy autostrady, po których można jechać szybciej niż furmanką, mosty, które nie kończą się w połowie rzeki, przedszkola z więcej niż jednym klozetem na grupę i kanalizację, która nie wpada do rowu w lesie.
Staliśmy się państwem z rekordową długością autostrad i dróg ekspresowych wybudowanych za pieniądze z Brukseli, które w praktyce pozwalają dojechać z Pcimia do Lizbony bez dziury w zawieszeniu.
Od 2004 roku Polska otrzymała ponad 250 miliardów euro, a wpłaciła ok. 80 miliardów. Bilans to ponad 170 miliardów na plusie. Jesteśmy zatem największym beneficjentem netto w historii Unii Europejskiej. Nikt jeszcze nie wyjął z europejskiego bankomatu tylu miliardów, wkładając z powrotem ułamek tej kwoty.
Mamy wolny handel – bez ceł, barier i rewizji celników – oraz wspólny rynek, który działa jak hipermarket, tyle że zamiast promocji na kiełbasę daje ułatwienia dla handlu i ochronę przed zalewem wynalazków z Chin. Jesteśmy liderem eksportu do wspólnego rynku bez ani jednej granicy celnej na wielu arenach. Sprzedajemy jabłka, meble, lodówki i pierogi do milionów Europejczyków, nie musząc za każdym razem tłumaczyć, co to jest faktura VAT w trzech egzemplarzach i dlaczego nasz towar pachnie cebulą.
Możemy studiować w Barcelonie zamiast w Siedlcach. Leczyć się w Berlinie bez kredytu i przeklinać obsługę we włoskiej restauracji bez opłat roamingowych. A nade wszystko: nie zostaliśmy samotną wyspą między Białorusią a Orbanem – a to też coś warte, nawet jeśli nie da się tego rozliczyć w złotówkach.
Pogarda w natarciu
Niestety takich relacji nie ma. Telewizja Republika i inne media ojca dyrektora malują obraz Unii Europejskiej jako monstrum z Brukseli, które kontroluje wodomierze w wychodkach i nadaje imiona świniom. Unia każe nam jeść humus, adoptować belgijskich rowerzystów i zamiast opłatka zajadać się gluten-free waflami. A na Wigilię mówić „Święta Zimowe”, bo Boże Narodzenie to przecież obraza uczuć niewierzących. Do tego ta cała neutralność klimatyczna! Do czego to podobne!? Ani starym kaloszem, ani wszystkim co się nie rusza napalić, bo Bruksela się obrazi i dopłat do cebuli nie da.
Według pana Nawrockiego Unia to elegancki pan w garniturze, który chce nam odebrać krowy i dać w zamian certyfikat na szczęśliwe życie bez mięsa i bez sensu.
Złem są również wspólne standardy prawne, które mają chronić konsumentów, środowisko, pracowników, jakość żywności i powietrza. Dzięki nim nie można dziś wpuścić na rynek szynki z trocin, budować bloków na torfowiskach ani zatrudniać dzieci do pakowania orzechów. A jednak te słuszności nazywa się importowanym „dyktatem Brukseli”, „zamachem na wolność” i „centralnym planowaniem z Zachodu”.
Mechanizm praworządności – w cywilizowanym świecie oznacza, że jeśli kraj chce korzystać ze wspólnego budżetu, musi przestrzegać wspólnych reguł gry. Nie, nie i jeszcze raz nie! Dla nawrockopodobnych to „szantaż”, „ingerencja” i „neokolonializm” a domaganie się niezależnych sądów jest zamachem stanu.
Swobodny przepływ osób i usług to dziesiątki tysięcy Polaków pracujących legalnie za granicą, prowadzących firmy w Hiszpanii, Niemczech, Holandii. Dokonaliśmy największej inwazji gospodarczej na zachód Europy w historii Polski. Jednak w rozumieniu pana Morawieckiego – nie. To „drenaż mózgów” albo „eksport taniej siły roboczej kłaniającej się Niemcowi podczas zbierania szparagów.”
Merytoryczna racja w oparach bełkotu
Nikt, kto powinien nie protestuje! Bruksela nie umie się bronić. UE nie ma dobrego PR-u w Polsce. Nie potrafi komunikować własnych sukcesów, bo uważa, że fakty mówią same za siebie. Urzędnicze miernoty, których nazwiska gdzieś już chyba wspomniałem, tylko rzucają w ludzi numerem dyrektywy. Najgorzej wychodzi im mówienie prostym językiem – bo każde zdanie zaczynają od „zgodnie z art. 127 ust. 2 TFUE”, a kończą pytaniem retorycznym o równowagę kompetencji między Komisją a Radą. W takich warunkach merytoryczna racja nie może obronić się sama.
Zwycięstwo narracji, że Unia Europejska – to totalitarny projekt narzucony przez lewaków, masonów i producentów krzywych bananów, wymuszający normy emisji, zakaz trzymania świni w wannie oraz przymus recyklingu, było nieuniknione.
Romans propagandy i hipokryzji
Oczywiście to jest hucpa – świadome przeinaczanie faktów na potrzeby partyjnej propagandy. Ci, którzy rzucają podobne kalumnie na Unię Europejską, doskonale wiedzą, że bez unijnej kasy nie byłoby ani programów socjalnych, ani tych wszystkich inwestycji, którymi potem chwalą się lokalni działacze z PiS-u, jakby to oni osobiście zarobili pieniądze na chodnik, szkołę i oczyszczalnię.
Wiedzą też doskonale, że Polskie rolnictwo bez unijnych dopłat rozsypałoby się błyskawicznie, niczym domek uciech podczas policyjnego nalotu. I wiedzą wreszcie, że bez obecności w strukturach Zachodu jesteśmy wobec wojny za naszą wschodnią granicą mniej więcej tak uzbrojeni, jak średniowieczny chłop z widłami wobec czołgu.
Oczywiście, dopóki to rozdwojenie jaźni pozostaje świadome, a Kaczyński powtarza jak mantrę, że Polexitu nie będzie, można co najwyżej kręcić głową nad obłudą pisowskich elit. Problem w tym, że ludzie już w to wierzą. A elity, jak wiadomo, nie są wieczne.
Z mózgami w szmacie
Za chwilę wyrosną nowi dwudziestoparolatkowie, którzy w dupie byli i gówno widzieli, ale mają premierowskie ambicje i mózgi wyprane przez profesor Pawłowicz, która przekonała ich, że flaga Unii to niebieska szmata. To oni będą chcieli zmian. Poprowadzą „całą Polskę naprzód”, choć nie bardzo wiadomo dokąd, skoro od tysiąclecia jesteśmy dokładnie tam, gdzie byliśmy – między Niemcami a Rosją.
Ale polskie społeczeństwo to naród, który najpierw się obraża, potem modli, potem głosuje na własnych ciemiężycieli, a potem pyta z pretensją w głosie: „Dlaczego jest źle?”
* Wczesne modele “malucha” nie miały stacyjki, a jedynie manetki połączone z przepustnicą i dźwignią rozrusznika stalowymi linkami. Linki te miały skłonność do pękania. Wówczas, aby uruchomić samochód, należało podejść do niego od tyłu, otworzyć pokrywę silnika i posłużyć się czymś do popchnięcia dźwigni rozrusznika. Idealnym narzędziem okazywała się szczotka z krótkim, drewnianym trzonkiem, którą każdy szanujący się kierowca Fiata 126p woził ze sobą. Nawiasem mówiąc, Linda uruchamiał “malucha” tą właśnie metodą w filmie “Kroll”, o ile mnie pamięć nie myli.
Oznaczono jako :
Polska w UE
Poprzedni artykuł
O Autorze :
O Autorze :
Ruben Jary
Byłem redaktorem naczelnym w kraju za Odrą. Szydziłem z każdej władzy, piętnowałem obłudę kleru i możnych tego świata. Nie brakło mi przez to wrogów, ale i czytelników. Moje felietony, cierpkie jak stary ocet, były kubeł zimnej wody na rozpalone głowy. I dalej będę pisał, bo prawda nie zna emerytury – choćby do śmierci, a może i dzień dłużej.
Dobry człowiek, ale zły papież
FELIETON / KOŚCIÓŁ / MEDIA Dobry człowiek, ale zły papież Nie wiem, czy zauważyliście – a właściwie jestem pewien, że nie zauważyliście – że pontyfikat Leona XIV trwa już siedem miesięcy. Można by pomyśleć, że papież się zawiesił. O Leonie jest raczej cicho w przeciwieństwie do jego rodaka – Trumpa, obecnie najważniejszego człowieka na Ziemi, Wszechziemi i Metaziemi. Ten przynajmniej jest widoczny na trzech wysokościach każdego ekranu: w nagłówku, w reklamie i w komentarzu z Ukrainy. Codziennie bombarduje nasze receptory medialne kolejnym „Make America Whatever Again”. Nie miejmy złudzeń – nasze umysły mają ograniczoną pojemność na amerykańskie figury władzy, i w tym rozdaniu jeden Jankes wystarczy. Wybór padł na tego, który wrzeszczy. Technokrata, komunista i czołg No i jest jeszcze jeden powód, dla którego Episkopat Polski milczy, gdy w Watykanie zmienia się lokator: głęboka, narodowo-mistyczna, niewyleczona trauma po śmierci Jana […]
Ruben Jary 2026-02-10
PROFIL ZADUFANY
PROFIL ZADUFANY KSeF, który działa wybiórczo, czyli państwo udaje zegar Mija 70 godzina od wprowadzenia elektronicznego systemu faktur i – zgodnie z przewidywaniami malkontentów – system przestał udawać, że wszystko jest pod kontrolą. Nie ma już ciszy. Są komunikaty. Są formuły w rodzaju „przepraszamy za utrudnienia” oraz „pracujemy nad rozwiązaniem problemu”. A z drugiej strony buńczuczne zapewnienia, że system działa. Zobaczymy, co będą gadać za tydzień. Awaria uczciwa i awaria państwowa KSeF – nie tyle „działa, ale nie da się z niego skorzystać”, ile działa wybiórczo, niestabilnie i losowo. To w przypadku systemu rozliczeń gospodarczych jest w istocie gorsze niż całkowita awaria. Zegar, który spieszy się o siedem minut na godzinę, jest groźny – bo udaje, że działa, a w rzeczywistości wprowadza chaos. Lepiej nie mieć zegara niż mieć taki, który systematycznie kłamie. Całkowita awaria byłaby przynajmniej uczciwa. Tu natomiast […]
Ruben Jary 2026-02-03
Świński raj, ludzkie piekło
Zatem zamierzam znokautować humanizm, dać kopniaka w krocze człowieczeństwu i prztyczka w nos cywilizacji. Patrzysz na grill. Kiełbasa się skwierczy, kaszanka paruje, tłuszcz ścieka na rozżarzone węgielki. I nie wiesz, że to, co właśnie przypalasz – jeszcze niedawno było szczęśliwsze niż ty. Nie tylko dlatego, że świnia nie miała planu na życie. Nie tylko dlatego, że nie pisała doktoratu i nie znała Rilkego i nie rozróżniała wina wytrawnego od półsłodkiego. Ale dlatego, że jej mózg działał tak, jak powinien działać mózg. Czyli: zgodnie z rzeczywistością. Szczycimy się, że jesteśmy koroną stworzenia. Że mamy największe mózgi w znanym wszechświecie. Statystycznie – nasz jest około siedmiu razy większy niż mózg świni. Ale czy to naprawdę powód do dumy? A może właśnie w tym leży problem? Czy nie jest to wybryk natury – ba choroba podobna do nadwagi albo wodogłowia czy przerostu innych […]
Ruben Jary 2025-11-03
Krzywy banan, prosty krętacz
Urodziłem się w kraju, w którym świat zaczynał się za szlabanem w Świecku, a kończył na przydziale z MHD („papier toaletowy był rano”). W kraju, gdzie wyjazd za granicę był luksusem zarezerwowanym dla zaufanych, a paszport spoczywał na komendzie, w szufladzie, - między kajdankami a formularzem SB. W kraju, gdzie dzieci notabli nosiły jeansy z RFN, a dzieci nauczycieli chodziły w ortalionie z Łodzi. Urodziłem się w kraju, który karmił się frazesami o pokoju i przyjaźni między narodami z jednej strony, z innej szykował inwazję na Danię. Ale kredyty brał w Deutsche Banku i marzył o Pontiaku z plakatu. W kraju, gdzie na akademiach recytowano Breżniewa przy dźwiękach Lennona, a w partyjnych Pewexach, dolary miały większą wartość niż ideały. W kraju, który ponoć był suwerenny, ale pytał Moskwę o zgodę na każdy krok, chociaż nawet jak jej nie uzyskiwał to […]
Ruben Jary 2025-09-16
Przegrana od nominacji
Zawsze z lekkim, niezdrowym napięciem obserwuję powoływanie nowego rządu – albo choćby jego drobne roszady. Wśród uśmiechów, gratulacji i błysków fleszy istnieje moment zupełnie tragiczny. To ta chwila, gdy prezydent wręcza nominację ministrowi zdrowia. Uprzejmy gest, teczka z orłem, uścisk dłoni. A w istocie – egzekucja. Dlatego nie potrafię się nie wzruszyć, patrząc na Jolantę Sobierańską-Grendę - świeżo upieczoną panią minister - która w garsonce w kolorze viagry (niebieski jak nadzieja, że jeszcze coś stanie) stanęła przed prezydentem i odebrała swój los zapieczętowany obwolutą. Trzymała się nieźle, jak na swój wiek - choć wyglądała, jakby miała zaledwie trzydzieści parę i jeszcze mogłaby pożyć. A jednak - od tej chwili zaczyna się agonia. Zdrowie publiczne – misja samobójcza Minister Zdrowia to człowiek, który ma po prostu przejebane. To najbardziej niewdzięczny resort w całym katalogu państwowych stanowisk. Dostać zdrowie w spadku to […]
Ruben Jary 2025-08-27
Architekt cieni. Rządzić, nie będąc u władzy
Nie będę o tym, bo już inni byli to zrobili, dlaczego Trzaskowski przegrał. W większości byli słuszni, choć zasadniczo mylni. Bo owszem, przegrał. Ale zdobył 10 milionów, a to wynik więcej niż przyzwoity. Różnica jednego procenta to nie nokaut, tylko rysa na wyniku. Nie jest wcale oczywiste, że gdyby wypadł lepiej na debacie albo gdyby jego kampanią nie zarządzała osoba o kwalifikacjach z „Dzień Dobry TVN”, to rezultat byłby inny. To zbyt prosta interpretacja. Świat i polityka – tak nie działają.Przyjrzyjmy się fenomenowi rzeczywistego przeciwnika Trzaskowskiego. Pochylmy się nad tym unikatem na skalę światową – człowiekiem, który nie startuje, nie kandyduje, nie zabiega... a i tak rządzi wszystkim i wygrywa. Tym który rozegrał Trzaskowskiego.Fenomen trwaniaÓw nie goni za pieniędzmi, nie celebruje luksusu, nie potrzebuje aprobaty mediów. Nie ma dzieci. Nie ma żony. Nie jeździ do Toskanii. Nie biega, nie pływa, […]
Ruben Jary 2025-06-30
Powiązane
Od Sheratonu do OIOM-u
Jak umrzeć legalnie i zgodnie z procedurą Dalsza historia łzy wyciska. Zapewniam, że jest całkiem prawdziwa, choć personalia zmienione. Niektóre didaskalia pozostawiłem bez retuszu, żeby nikt mi potem nie zarzucił, że to bajka. Inne muszę przemilczeć, bo dotyczą osób mniej lub bardziej powszechnie znanych. Od "Prawa i Pięści" do wieżowców w Alei Otóż pan Kornel, tak go nazwijmy, to człowiek, który nigdy uczciwie nie pracował. Owszem, coś tam zawsze robił, tyle że nigdy nie było wiadomo co dokładnie, dla kogo i za ile. Miał pieniądze, ale nie z pracy. Raczej z urodzenia, z koneksji, z czasów, gdy dolary otwierały każde drzwi.Dla przykładu: jego ciotka - może ją widzieliście w pierwszej scenie „Prawa i Pięści”, tej z Gustawem Holoubkiem, gdzie stoi bosa w wagonie z „osadnikami”, z warkoczem grubym jak lina okrętowa - to właśnie ona. Jej kariera filmowa się skończyła, […]
Robert Jaruga 2026-01-28
Świński raj, ludzkie piekło
Zatem zamierzam znokautować humanizm, dać kopniaka w krocze człowieczeństwu i prztyczka w nos cywilizacji. Patrzysz na grill. Kiełbasa się skwierczy, kaszanka paruje, tłuszcz ścieka na rozżarzone węgielki. I nie wiesz, że to, co właśnie przypalasz – jeszcze niedawno było szczęśliwsze niż ty. Nie tylko dlatego, że świnia nie miała planu na życie. Nie tylko dlatego, że nie pisała doktoratu i nie znała Rilkego i nie rozróżniała wina wytrawnego od półsłodkiego. Ale dlatego, że jej mózg działał tak, jak powinien działać mózg. Czyli: zgodnie z rzeczywistością. Szczycimy się, że jesteśmy koroną stworzenia. Że mamy największe mózgi w znanym wszechświecie. Statystycznie – nasz jest około siedmiu razy większy niż mózg świni. Ale czy to naprawdę powód do dumy? A może właśnie w tym leży problem? Czy nie jest to wybryk natury – ba choroba podobna do nadwagi albo wodogłowia czy przerostu innych […]
Ruben Jary 2025-11-03
Korporacje biją Excelami
Nikt ze współczesnych socjologów nie dostrzega, że zjawisko mobbingu to nic innego, jak neo-marksistowska manifestacja ukrytej walki klasowej, której początki sięgają XIX-wiecznych traktatów Karola Marksa. W dobie postfordowskiej rzeczywistości linia produkcyjna została zastąpiona przez open space, a dekurion, karbowy, kapo lub jakaś inna najemna świnia, oddzielająca błękitnokrwistych od roboczej hołoty, nazwana „liderem zespołu”. Konflikt klasowy jednak nie zniknął. Przeciwnie - przybrał nowoczesną, korporacyjną formę mobbingu strukturalnego. Marks pisał o wyzysku robotnika przez kapitalistę. Dziś ta sama relacja odtwarza się w biurach i fabrykach, lecz nieco subtelniej - pod płaszczykiem codziennych interakcji, „feedbacku” i „kultury organizacyjnej”. Współczesny mobbing to nowa odsłona alienacji pracownika, który już nie walczy o środki produkcji, lecz o godność, wolne weekendy i prawo do nieotrzymywania maili służbowych o 23:45. • Kiedy prawo nie nadąża za bezprawiem Jeszcze trzydzieści lat temu takie słowa byłyby uznane za czystą herezję […]
Robert Jaruga 2025-05-19
Naród pieniaczy czy ofiary statystycznego oszustwa?
Od zawsze miałem na pieńku z polskim prawem. A mówiąc ściślej, to ono ma problem ze mną. Nie dorasta do pięt moim wyobrażeniom o sprawiedliwości, racjonalności i humanizmie. To prawodawcza parodia, nonsens podniesiony do potęgi absurdu, farsa na fundamencie niedorzeczności (sam byłem uwikłany w proces, który trwał 17 lat. Wiem co piszę). Nic dziwnego, skoro twórcami tych przepisów byli kolejni Lepperowie, Macierewicze i inni prawnicy - partacze. Administracyjne, cywilne, podatkowe - wszystkie te dziedziny prawa wołają o pomstę do nieba. O karnym na razie się nie wypowiadam, bo jeszcze nie miałem (nie)przyjemności się z nim zetknąć. • Mądrość sędziów ponad literą prawa Na szczęście prawo to nie tylko jego litera, ale także sądy – miejsca, w których na ogół zasiadają ludzie mądrzejsi niż w parlamencie. To oni, żeglując po tym morzu prawnej farsy, starają się ustanowić na ziemi choć odrobinę […]
Robert Jaruga 2025-05-14
460 tysięcy szabel w spódnicach
Andrzej Duda nie powinien mierzyć tak wysoko, jak szefostwo NATO Niechże jednak wreszcie zrobi coś pożytecznego dla kraju i zostanie aktorem. Idealnie nadawałby się do ról pierwszoplanowych w polskim kinie plebejskim. Wyobraźmy go sobie jako Borynę w kolejnym remake'u "Chłopów"... Albo jeszcze lepiej: "Plebey Duda", scenariusz Andrzej Pilipiuk, reżyseria Patryk Vega. Pierwsza scena jawi mi się tak: Kmieć Duda, wściekły na sąsiada, co mu kury podbiera, ostrzy kosę, mrucząc pod nosem o zemście. Wtem, zza stogu siana wyłania się sołtysowa, kusząc Dudę obietnicą unijnej dotacji za oddanie jej pola pod fotowoltaikę. Duda, patrząc na jej ponętne kształty, czuje przypływ pożądania, ale nagle przypomina sobie o sąsiedzie. Wahając się między żądzą zemsty a chęcią zysku, wciąga nosem tabakę. Chwyta za widły i wbija je w brzuch sołtysowej, która z krzykiem pada na ziemię. Na podwórze wjeżdża czarny mercedes, z którego wysiada […]
Mirosław Kwaśny 2025-05-02
Od Central Parku do Konstancina: Żebractwo w XXI Wieku
Onegdaj największą przegraną – byłego już Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara (obecnie ministra sprawiedliwości) – była jego walka ze Zbigniewem Ziobrą (ówczesnym i równie niezatapialnym ministrem sprawiedliwości) o jedną z fundamentalnych gwarancji Europejskiej Konwencji Praw Człowieka: prawo do praktykowania najstarszego zawodu świata. Nie, wbrew obiegowej opinii nie chodzi o prostytucję. Prostytutka to zawód wyuczony – i to całkiem dobry. Wiele moich koleżanek go uprawiało, więc naprawdę mam sporo do powiedzenia. Kurwienie się to już co innego – to wynik ewolucji cywilizacyjnej i kulturowej. Profesja wymagająca, oprócz predyspozycji fizycznych, także treningu, wiedzy i pewnej ulotnej teorii przekazywanej ustnie z pokolenia na pokolenie. Najstarszy zawód świata pojawił się raczej wcześniej – bo wynika z biologii. Jak to się mówi: instynktownie. Uprawiają go również organizmy stojące niżej od człowieka na drabinie ewolucji: mrówki, pingwiny i małpy. U zwierząt nazywa się to „zachowaniami błagalnymi”, […]
drwarlecki 2025-04-27
Bądź pierwszym, który skomentuje!