Background

Język jako źródło cierpień

Artykuły arrow_drop_down

Freud wciąż boli

Pomazaniec narodu Karol Nawrocki – z legitymacji ponad dziesięciu milionów obywateli i może dwóch wątpiących – zadał cios w kroczę zwyrodnialstwu językowemu, wetując ustawę o uznaniu języka wilamowskiego za język regionalny. Nie wiecie, co to jest ten język wilamowski? I bardzo dobrze, dlatego nigdy nie zostaniecie prezydentami. Prezydent wiedział. Wiedział i rozumiał, jakie zagrożenie dla zdrowego kręgosłupa narodowej polszczyzny niesie grupa staruszków z Wilamowic, którzy mamroczą słowa niezrozumiałe nawet dla Google Translate.

Językiem wilamowskim posługuje się w Polsce aż trzydzieści osób w miasteczku Wilamowice, liczącym 3165 mieszkańców, koło Bielska-Białej. Gdyby zatem uznać wilamowski za język regionalny, to za chwilę cała Polska zaczęłaby mówić po wilamowsku. Katowice by poszły, Warszawa by padła, a telewizja publiczna musiałaby zatrudnić tłumacza z wilamowskiego na polski i odwrotnie. Zapanowałby chaos semantyczny, rozpad znaczeń i niebezpieczeństwo, że ktoś pomyli „ojczyznę” z „ojcizną”. Dlatego decyzja Nawrockiego była słuszna. Bo, jak rozumuje głowa państwa, najlepiej, żeby na świecie był tylko jeden język: język polski. Świat uniknąłby wtedy nieporozumień.

Językowa utopia

Oczywiście ta ostatnia teza jest prawdziwa wyłącznie w wyobraźni Karola Nawrockiego, która, delikatnie mówiąc, nie należy do najprzenikliwszych. W jego wizji wystarczyłoby ujednolicić mowę, by zapanował ład, harmonia i święty spokój. Tymczasem wystarczy otworzyć usta w dowolnym punkcie Polski, żeby przekonać się, że to właśnie wspólny język jest naszym najdoskonalszym narzędziem nieporozumienia. Nie trzeba się zresztą Polsce zbyt długo przyglądać, by zauważyć, że ludzie, którzy się rozumieją, w rzeczywistości się nie rozumieją.

Nie jest to przypadłość wyłącznie nadwiślańska. Ten sam paradoks trawi również wyznawców angielszczyzny, chińszczyzny czy suahili. Brytyjczycy potrafią prowadzić całe rozmowy o pogodzie, nie wymieniając ani jednego komunikatu, Chińczycy rozumieją się z rządem mniej więcej tak jak obywatel z automatem do biletów, a użytkownicy suahili od tysiąca lat kłócą się, czy słowo umoja oznacza jedność, czy tylko chwilowy brak noża w ręku sąsiada.

Jak oszukujemy rzeczywistość

Otóż dzieje się tak dlatego, że ludzki język – ten sam, który miał nas uczłowieczyć – jest w gruncie rzeczy systemem fałszu. Nie w sensie moralnym, lecz poznawczym. Język, którym się posługujemy, na którym zbudowaliśmy cywilizację, naukę, kulturę i prawo, jest – z punktu widzenia rzeczywistości – doskonale bezsensowny. To genialna konstrukcja opartego na dźwiękach złudzenia, wspólna halucynacja gatunku, który pomylił artykulację z prawdą.

Słowa, te nasze najcenniejsze narzędzia myślenia, w większości przypadków nie oznaczają niczego rzeczywistego. Są tylko znakami umownymi, arbitralnymi etykietami, które przylepiamy do zjawisk, uznając, że dzięki tym etykietom będziemy zjawiska rozumieć.

Wszechświat bez góry i dołu

Drzewo nie wie, że jest drzewem. Kangur nie wie, że jest kangurem. Kiedy mówimy „słońce wschodzi”, nie mówimy niczego prawdziwego, bo słońce nie wschodzi – to Ziemia wykonuje ruch obrotowy, a my potrzebujemy złudzenia „wschodu”.

Podobnie mówimy o „biegu czasu”, jakby czas dokądś biegł, podczas gdy w fizyce nie ma żadnego kierunku „do przodu” – istnieje tylko entropia.

Mówimy „niebo jest niebieskie”, choć to jedynie rozproszenie światła w atmosferze, a nie żadne realne „niebo”.

Twierdzimy, że „człowiek ma wolną wolę”, choć neurologia coraz śmielej dowodzi, że decyzje zapadają w mózgu ułamki sekund zanim człowiek pomyśli, że coś postanowił.

Powtarzamy, że „ziemia jest pod nami”, jakby wszechświat znał pojęcia „góra” i „dół”. Tymczasem w kosmosie nie istnieje ani jedno, ani drugie – kierunki to wytwór naszej orientacji w przestrzeni, nie własność rzeczywistości. Mówimy też, że „świat się kończy”, jakby miał krawędź, za którą zaczyna się nicość, choć wszechświat nie ma ani początku, ani końca. „Wielki Wybuch” był co najwyżej pewnym stanem przejściowym – chwilą, w której coś stało się dostrzegalne dla fizyki, ale niekoniecznie początkiem czegokolwiek. Końca również się nie przewiduje – materia tylko zmienia formę, energia przechodzi z jednego układu w inny, a tylko nasze zdania mają początek i koniec, bo to jedyne rzeczy skończone, jakie potrafimy wymyślić.

Ogień się nie żali, lód nie drży, język wymyśla cierpienie

Ale to jeszcze nie byłby powód, żeby rzucać się sobie do gardeł. Problem polega na tym, że zdecydowana większość naszych myśli i słów w ogóle nie dotyczy rzeczy faktycznych – nawet jeśli są nieudolnie nazwane (jak pies) – ani rzeczy quasi-faktycznych (jak zimno). Większość naszej gadaniny to opinie, osądy i wartościowania, które natura ma absolutnie gdzieś, bo jej do niczego nie są potrzebne.

Weźmy choćby ten ogień i lód. Czy ogień jest gorący, a lód zimny? Tylko w naszym przekonaniu. Dla ognia to żadna cecha, tylko stan istnienia. On nie zastanawia się, czy mu ciepło, nie ma termometru ani refleksji moralnej na temat swego płomienia. Lód też nie ma poczucia chłodu. Nie drży z zimna, nie marznie, nie prosi o koc. To my, ludzie, wymyśliliśmy temperaturę, żeby mieć powód do narzekania.

Podobnie z przeciwieństwami. Czy woda jest przeciwieństwem ognia? W żadnym razie. Ogień nie czuje się zagrożony przez wodę, a woda nie czuje triumfu, gdy go gasi. To tylko nasza językowa projekcja. Dramat wpisany w naturę, której samej dramaty są obce. Tak samo jak „początek” i „koniec”, „dobro” i „zło”, „prawda” i „fałsz” – to wszystko produkty językowe, a nie fakty przyrodnicze.

Językowe wirusy w natarciu

Przyjrzyjmy się teraz tej sferze języka, która rzeczywiście prowadzi do przemocy – języka, w którym słowa nie opisują świata, lecz nim rzucają, jak kamieniem. Wystarczy wypowiedzieć kilka dobrze znanych fraz: „komuniści to świńska zaraza”, „Żydzi to parchy”, „podatek VAT jest niesprawiedliwy”, „własność to kradzież”.

Każde z tych zdań brzmi jak stwierdzenie faktu, ale nie ma żadnego rzeczywistego znaczenia, ani jako całość, ani po rozłożeniu na części.

Bo czy komunista biologicznie różni się od niekomunisty? Czy ktoś, kto głosuje na lewicę, ma w genach większe stężenie ideologii niż sąsiad z prawej strony ulicy? Nie.
Czy Żyd różni się od białego anglosaskiego protestanta? Biologicznie – nie, ale językowo i kulturowo – aż nadto. To właśnie język, nie geny, tworzy różnice między ludźmi. To on wymyślił „rasy”, „narody” i „cywilizacje” – kategorie, które nie istnieją w naturze, ale wciąż potrafią rozpalać emocje i wojny.

Czy ktokolwiek ma coś wspólnego ze świnią, poza tym że świnia też oddycha? Nie.
Czy ktoś jest „zarazą”? Oczywiście, że nie – choć to słowo, raz wypuszczone w eter, potrafi infekować umysły szybciej niż jakikolwiek wirus.

To samo dotyczy pojęć rzekomo poważnych, jak „sprawiedliwy podatek” czy „święte prawo własności”. Czy podatek może być sprawiedliwy lub niesprawiedliwy? Nie, bo podatek to formuła księgowa, a sprawiedliwość to konstrukcja metafizyczna. Ich zestawienie ma tyle sensu, co stwierdzenie, że marchewka jest bardziej moralna od pietruszki.
A „własność to kradzież”? Porażające hasło, które zawdzięczamy dziewiętnastowiecznej wściekłości i biedzie ubranych w filozofię. Ale własność nie jest ani moralna, ani niemoralna – to tylko zapis w księdze wieczystej, podpis, numer działki i stempel urzędnika.

Metafora staje się wyrokiem

Język, którym się posługujemy, nie jest już systemem porozumienia, lecz maszyną do generowania uprzedzeń i pozorów sensu. Nie dlatego, że słowa są złe, tylko dlatego, że zaczęliśmy je traktować jak fakty. Gdy ktoś powie „zaraza”, nie widzimy już metafory – widzimy człowieka, którego trzeba się pozbyć. Gdy ktoś mówi „nie sprawiedliwość”, nie słyszymy idei, tylko pretekst do aresztowania.

Skutki tego fałszu są jednak jak najbardziej realne: nienawiść, lęk, wojna. Słowo, które nie znaczy nic, potrafi zabić wszystko.

 

Gdyby świat nagle zamilkł

I dlatego czasami, w przypływie dobroci i filozoficznego znużenia, wyobrażam sobie świat, w którym ludziom nagle odjęło mowę. Ot tak. Pewnego ranka wszyscy budzą się i… cisza. Nikt nie pamięta słów, nikt nie umie czytać, pisać, komentować, tłumaczyć ani wyrażać opinii. Znikają konferencje, debaty, pyskówki w telewizji, manifesty w Internecie i kazania w kościołach. Nie ma już „proszę pani”, „nie zgadzam się”, „a właśnie że tak”. Panuje milczenie – monumentalne, spokojne, jak po dobrze wykonanym końcu świata.

I wtedy dopiero zaczyna się życie. Bo mimo utraty języka świat toczyłby się dalej. Słońce by wstawało, psy by szczekały, trawa by rosła, a ludzie, pozbawieni słów, zaczęliby wreszcie przypominać istoty, którymi kiedyś byliśmy: szczęśliwe zwierzęta z niepotrzebnie rozbudowanym mózgiem.

Czy mrówki się kłócą? Nie. Ustalają wszystko bez komisji i bez większości kwalifikowanej. Czy konie na padoku wdają się w ideologiczne spory? Niekiedy kopną, ale nie po to, żeby drugiemu dokopać – tylko żeby sobie ulżyć. One nie walczą o rację, tylko o przestrzeń. Czy ryby rzucają się sobie do gardeł? Owszem, czasem się zjadają, ale bez argumentów.

Oddech, zapach, dotyk i cisza

Gdyby więc ludziom na chwilę odjęło mowę, gdybyśmy zapomnieli języka w gębach i alfabetu w głowach, świat nie straciłby nic prócz hałasu. Zniknęłyby wojny o słowa, zbrodnie w imię pojęć, misje cywilizacyjne, dogmaty i debaty. Nie byłoby już „prawdy narodowej” ani „kłamstwa obcych mediów”, bo bez języka nie dałoby się ich wymyślić.

Może wtedy, w tej błogosławionej ciszy, człowiek po raz pierwszy zrozumiałby świat – nie przez zdania, lecz przez oddech, zapach, dotyk, rytm. Może nawet odkryłby, że zrozumienie wcale nie wymaga języka. Że najgłębsze porozumienie to spojrzenie bez słów. I że prawdziwy raj nie został utracony przez jabłko, tylko przez pierwsze wypowiedziane zdanie.

Oczywiście, w przeciągu zaledwie półtora pokolenia nasza tak zwana cywilizacja i kultura przestałyby istnieć. Rozpadłyby się jak domek z kart zdmuchnięty podmuchem ciszy. Wrócilibyśmy do jaskiń, do ognia i gestów, do świata przed słowem. Czy warto byłoby?

Robert Jaruga

Post scriptum

Oczywiście ten tekst powstał z okazji okrągłej, 95. rocznicy pierwszego wydania jednej z najbardziej niezrozumiałych książek mojej akademickości – „Das Unbehagen in der Kultur” Zygmunta Freuda. Czytałem ją najpierw w oryginale i byłem przekonany, że nic nie pojmuję, bo to wina mojej niemieckiej niegramotności.

Potem sięgnąłem po polskie tłumaczenie Jerzego Prokopiuka, „Kultura jako źródło cierpień”, i nie zrozumiałem równie pięknie.

Dziś, po latach, mogę wreszcie powiedzieć, że zrozumiałem. Nie książkę, rzecz jasna – siebie w niej niepojmującego.
Dziękuję, panie Zygmuncie.

O Autorze :

O Autorze : call_made

Robert Jaruga

O AUTORZE : Jest sukcesem reprodukcyjnym ojca Józefa i matki Marii. Jasno z tego wynika, że urodził się w świętej rodzinie. Skończył dziennikarstwo w Warszawie i nauki polityczne w Hamburgu. Wolno mu więc o sobie mówić, że jest prawdziwym hamburgerem. Pociesza go, że składa się z inteligentnej materii o masie 1300 gramów (waga mózgu). Martwi, że zliczając masę 7,3 miliarda mózgów zamieszkujących Ziemię wychodzi, że inteligentna materia stanowi pomijalny procent materii nieinteligentnej, z której składa się makrokosmos. (Perfekcyjny w pielęgnacji swej intelektualnej niezależności – przyp. red).

Więcej artykułów Dorobok

trending_flat
Od Sheratonu do OIOM-u

Jak umrzeć legalnie i zgodnie z procedurą Dalsza historia łzy wyciska. Zapewniam, że jest całkiem prawdziwa, choć personalia zmienione. Niektóre didaskalia pozostawiłem bez retuszu, żeby nikt mi potem nie zarzucił, że to bajka. Inne muszę przemilczeć, bo dotyczą osób mniej lub bardziej powszechnie znanych. Od "Prawa i Pięści" do wieżowców w Alei Otóż pan Kornel, tak go nazwijmy, to człowiek, który nigdy uczciwie nie pracował. Owszem, coś tam zawsze robił, tyle że nigdy nie było wiadomo co dokładnie, dla kogo i za ile. Miał pieniądze, ale nie z pracy. Raczej z urodzenia, z koneksji, z czasów, gdy  dolary otwierały każde drzwi.Dla przykładu: jego ciotka - może ją widzieliście w pierwszej scenie „Prawa i Pięści”, tej z Gustawem Holoubkiem, gdzie stoi bosa w wagonie z „osadnikami”, z warkoczem grubym jak lina okrętowa - to właśnie ona. Jej kariera filmowa się skończyła, […]

trending_flat
1000 filmów o Mateuszu

Wałęsa nie czytał, Lenin pisał tomy W dobrym tonie każdego polityka jest wydać choć jedną książkę pod własnym nazwiskiem - z obowiązkowym tytułem w stylu Słowo, honor i cośtam. Nawet Lech Wałęsa jedną wydał, choć, jak sam zeznał, żadnej nie przeczytał.Niewielu polityków wniosło jednak tak potężny wkład w kulturę jak Włodzimierz Lenin, którego Wielka edycja jubileuszowa Dzieł wszystkich liczyła 60 tomów. To absolutny rekord wszech czasów. Nikt wcześniej ani później nie napisał tyle o sobie i o własnej nieomylności w tak krótkim czasie.Wódz rewolucji zmarł mając zaledwie 53 lata, a zdążył już nie tylko obalić carat, ale też zostawić po sobie biblioteczny odpowiednik mauzoleum – z liter zamiast marmuru. Przyznam, że próbowałem to czytać. Próbowałem. Do dziś czuję w oczach ukłucia cyrylicy i zapach szczerej ideologii.Drugim literackim herosem polityki był Winston Churchill. Jego Pamiętniki o drugiej wojnie światowej to 12 […]

trending_flat
ZUS: dramat matek bez środków do życia

Matka Polka w potrzasku Jak doniosły media, odbyło się spotkanie. Gdzie? Nie wiadomo. Kiedy dokładnie? Również nie. Wiadomo jedynie, że spotkały się dwie postacie. Jedna z imieniem i nazwiskiem: zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich, Stanisław Trociuk. Druga – bezimienna, określona lakonicznie jako „wysoki urzędnik ZUS”.Dla porządku narracyjnego – i żeby nie mnożyć bytów – nazwijmy go po prostu Przydupasem. Nie personalnie. Funkcyjnie. Przydupasem prezesa ZUS Zbigniewa Derdziuka. Spotkanie w cieniu tajemnicy Miejsce spotkania owiane jest tajemnicą, a szkoda, bo to zdradziłoby, kto kogo wzywał na dywanik. Tak czy inaczej, Stanisław Trociuk i ów Przydupas – urzędnik ZUS-u – zasiedli naprzeciwko siebie, by omówić problem znany obu stronom, choć widziany z różnych perspektyw.Rozmowa dotyczyła matek Polek, które – zdaniem Rzecznika Praw Obywatelskich – są systemowo gnębione przez ZUS. A mówiąc językiem urzędników: 'obejmowane czynnościami sprawdzającymi', 'dręczone kontrolami' i 'pozbawiane środków do życia' […]

trending_flat
Język jako źródło cierpień

Freud wciąż boli Pomazaniec narodu Karol Nawrocki - z legitymacji ponad dziesięciu milionów obywateli i może dwóch wątpiących - zadał cios w kroczę zwyrodnialstwu językowemu, wetując ustawę o uznaniu języka wilamowskiego za język regionalny. Nie wiecie, co to jest ten język wilamowski? I bardzo dobrze, dlatego nigdy nie zostaniecie prezydentami. Prezydent wiedział. Wiedział i rozumiał, jakie zagrożenie dla zdrowego kręgosłupa narodowej polszczyzny niesie grupa staruszków z Wilamowic, którzy mamroczą słowa niezrozumiałe nawet dla Google Translate. Językiem wilamowskim posługuje się w Polsce aż trzydzieści osób w miasteczku Wilamowice, liczącym 3165 mieszkańców, koło Bielska-Białej. Gdyby zatem uznać wilamowski za język regionalny, to za chwilę cała Polska zaczęłaby mówić po wilamowsku. Katowice by poszły, Warszawa by padła, a telewizja publiczna musiałaby zatrudnić tłumacza z wilamowskiego na polski i odwrotnie. Zapanowałby chaos semantyczny, rozpad znaczeń i niebezpieczeństwo, że ktoś pomyli „ojczyznę” z „ojcizną”. Dlatego […]

trending_flat
WIELKI HETMAN MORAWIECKI

Mateusz Morawiecki najwyraźniej nie ma co robić. Majątek przepisał na żonę - i dzięki temu nikt nie wie, jakie akcje spółek skarbu państwa posiada, a jakie lepiej omijać szerokim łukiem. Wszystkie niecności okresu premierowania - w tym zaprzepaszczenie 700 miliardów złotych z KPO, które rzekomo „załatwił” Polsce i do których szczerzył się na plakatach - uszły mu płazem. Podobnie jak koszmary legislacyjne w rodzaju ustawy podatkowej zwanej Polskim Ładem czy budowanie na spółę z Glapińskim równoległych budżetów państwa poza kontrolą Sejmu. Dzięki pobłażliwości Tuska i własnej aktywności w mediach, zapewne wspieranej przez Kaczyńskiego, Morawiecki nie tylko wrócił do gry, ale wręcz jest rychtowany na premiera 2027 roku. Krąg wzajemnego zaufania i przelewów Tutaj wypada przypomnieć, że 6,54 mln zł (ze środków Skarbu Państwa) plus 3 529 945 zł – ta druga suma już bezpośrednio z Kancelarii Premiera - trafiły do […]

trending_flat
Pół tysiąclecia kopernikanizmu

O obrotach sfer (i mitów) wokół Kopernika Ponieważ celebrujemy rok 551 narodzin, zwanego tak przez nas Mikołaja Kopernika, zarazem 481 rocznicę jego śmierci, przyjrzyjmy się nie tyle samemu Kopernikowi, ile tak zwanej „Rewolucji Kopernikańskiej” – która, jak chciała poseł Kidawa Błońska rozpoczęła się napisanym przez Kopernika traktatem „O obrotach sfer nieMieckich”. Gdyby Kopernik zmartwychwstał, zdziwiłby się sławą. Za co go wynoszą na piedestał? Za odkrycie, które – jak twierdzi prof. Centkowski – „stanowi podstawę całej współczesnej wiedzy o wszechświecie”. Banknoty, monety, znaczki pocztowe z jego podobizną. Cukierki "Kopernik", lotnisko, loża masońska, centrum handlowe, osiem statków, trzydzieści hoteli, kratery na Marsie i Księżycu, planetoida, gwiazda. A mój sąsiad ma psa Kopernika. Nie było rewolucji Mit rewolucji kopernikańskiej. Samo słowo "rewolucja" jest tu mylące. Geocentryzm nie zniknął nagle, a heliocentryzm rodził się powoli. Oba procesy trwają, można rzec, do dziś – ponad […]

Powiązane

trending_flat
1000 filmów o Mateuszu

Wałęsa nie czytał, Lenin pisał tomy W dobrym tonie każdego polityka jest wydać choć jedną książkę pod własnym nazwiskiem - z obowiązkowym tytułem w stylu Słowo, honor i cośtam. Nawet Lech Wałęsa jedną wydał, choć, jak sam zeznał, żadnej nie przeczytał.Niewielu polityków wniosło jednak tak potężny wkład w kulturę jak Włodzimierz Lenin, którego Wielka edycja jubileuszowa Dzieł wszystkich liczyła 60 tomów. To absolutny rekord wszech czasów. Nikt wcześniej ani później nie napisał tyle o sobie i o własnej nieomylności w tak krótkim czasie.Wódz rewolucji zmarł mając zaledwie 53 lata, a zdążył już nie tylko obalić carat, ale też zostawić po sobie biblioteczny odpowiednik mauzoleum – z liter zamiast marmuru. Przyznam, że próbowałem to czytać. Próbowałem. Do dziś czuję w oczach ukłucia cyrylicy i zapach szczerej ideologii.Drugim literackim herosem polityki był Winston Churchill. Jego Pamiętniki o drugiej wojnie światowej to 12 […]

trending_flat
WIELKI HETMAN MORAWIECKI

Mateusz Morawiecki najwyraźniej nie ma co robić. Majątek przepisał na żonę - i dzięki temu nikt nie wie, jakie akcje spółek skarbu państwa posiada, a jakie lepiej omijać szerokim łukiem. Wszystkie niecności okresu premierowania - w tym zaprzepaszczenie 700 miliardów złotych z KPO, które rzekomo „załatwił” Polsce i do których szczerzył się na plakatach - uszły mu płazem. Podobnie jak koszmary legislacyjne w rodzaju ustawy podatkowej zwanej Polskim Ładem czy budowanie na spółę z Glapińskim równoległych budżetów państwa poza kontrolą Sejmu. Dzięki pobłażliwości Tuska i własnej aktywności w mediach, zapewne wspieranej przez Kaczyńskiego, Morawiecki nie tylko wrócił do gry, ale wręcz jest rychtowany na premiera 2027 roku. Krąg wzajemnego zaufania i przelewów Tutaj wypada przypomnieć, że 6,54 mln zł (ze środków Skarbu Państwa) plus 3 529 945 zł – ta druga suma już bezpośrednio z Kancelarii Premiera - trafiły do […]

trending_flat
Jak student historii został prezydentem lub alfonsem

Otóż ostatni tydzień przyniósł wieść, która zaparła dech w piersiach i spowodowała zamęt w głowach. Karol Nawrocki, obecny prezydent, będzie walczył z Axel Springerem – a konkretniej z jego polskimi podkomendnymi z Onetu.pl – o to, czy w czasach młodości zajmował się stręczycielstwem, czy też jednak nie zajmował. Istota sporu tkwi w pytaniu: czy Karol Nawrocki oprócz tytułu prezydenta nosi w życiorysie także epizod alfonsa z sopockiego Grand Hotelu.  Sugestie o alfonsowaniu znalazły się w publikacji Onetu, która - przypadkowo wyszła akurat w kampanii wyborczej. Skutek? Dla Karola poniżający, bo w opinii dużej mniejszości został alfonsem z Grandu.No i teraz mam dylemat natury egzystencjalno-obywatelskiej. Jako niechętny Nawrockiemu -przyznaję bez bicia - wolałbym, żeby był alfonsem. To by wiele tłumaczyło i ubarwiło nasze życie polityczne. Ale jako obywatel, który jeszcze płaci podatki, muszę jednak woleć, aby prezydent alfonsem nie był.No i […]

trending_flat
Mięśnie zamiast mózgu

Jeżeli chodzi o mój zawód dziennikarza i publicysty - największym problemem jest autocenzura. Dziennikarz jest bowiem jak termometr wsadzony w tyłek niemowlęcia: jego zadaniem jest rzetelnie i obiektywnie wyjaśnić, jaka jest temperatura owego tyłka. Niestety nie wolno zapominać, że termometr ma też swoją własną temperaturę - zazwyczaj niższą niż ludzka - i ta jego chłodna natura nieuchronnie wpływa na wynik pomiaru. Innymi słowy, sam akt mierzenia zmienia mierzony obiekt. Zatem mam dylemat zawodowy: wiem, że każde słowo, każda obserwacja, każdy opis - choćby obiektywny - wpływa na rzeczywistość, którą próbuję przedstawić. Moja obecność w temacie jest jak wejście z termometrem do tyłka: zafałszowuje to, co chciałem uchwycić. Dlatego często mówię: może lepiej przemilczeć, lepiej nie mierzyć, lepiej nie wyjaśniać. Słowa mają moc. Mogą zmienić temperaturę całego układu, zanim ktokolwiek zdąży zauważyć, jaka ona była naprawdę. Dzisiaj więc zaryzykuję i zrobię […]

trending_flat
Przegrana od nominacji

Zawsze z lekkim, niezdrowym napięciem obserwuję powoływanie nowego rządu – albo choćby jego drobne roszady. Wśród uśmiechów, gratulacji i błysków fleszy istnieje moment zupełnie tragiczny. To ta chwila, gdy prezydent wręcza nominację ministrowi zdrowia. Uprzejmy gest, teczka z orłem, uścisk dłoni. A w istocie – egzekucja. Dlatego nie potrafię się nie wzruszyć, patrząc na Jolantę Sobierańską-Grendę - świeżo upieczoną panią minister - która w garsonce w kolorze viagry (niebieski jak nadzieja, że jeszcze coś stanie) stanęła przed prezydentem i odebrała swój los zapieczętowany obwolutą. Trzymała się nieźle, jak na swój wiek - choć wyglądała, jakby miała zaledwie trzydzieści parę i jeszcze mogłaby pożyć. A jednak - od tej chwili zaczyna się agonia. Zdrowie publiczne – misja samobójcza Minister Zdrowia to człowiek, który ma po prostu przejebane. To najbardziej niewdzięczny resort w całym katalogu państwowych stanowisk. Dostać zdrowie w spadku to […]

trending_flat
Architekt cieni. Rządzić, nie będąc u władzy

Nie będę o tym, bo już inni byli to zrobili, dlaczego Trzaskowski przegrał. W większości byli słuszni, choć zasadniczo mylni. Bo owszem, przegrał. Ale zdobył 10 milionów, a to wynik więcej niż przyzwoity. Różnica jednego procenta to nie nokaut, tylko rysa na wyniku. Nie jest wcale oczywiste, że gdyby wypadł lepiej na debacie albo gdyby jego kampanią nie zarządzała osoba o kwalifikacjach z „Dzień Dobry TVN”, to rezultat byłby inny. To zbyt prosta interpretacja. Świat i polityka – tak nie działają.Przyjrzyjmy się fenomenowi rzeczywistego przeciwnika Trzaskowskiego. Pochylmy się nad tym unikatem na skalę światową – człowiekiem, który nie startuje, nie kandyduje, nie zabiega... a i tak rządzi wszystkim i wygrywa. Tym który rozegrał Trzaskowskiego.Fenomen trwaniaÓw nie goni za pieniędzmi, nie celebruje luksusu, nie potrzebuje aprobaty mediów. Nie ma dzieci. Nie ma żony. Nie jeździ do Toskanii. Nie biega, nie pływa, […]

Bądź pierwszym, który skomentuje!

Co o tym myślisz ?

Twój adres e-mail pozostanie poufny. Gwiazdką (*) oznaczone są pola obowiązkowe.

Dociekamy. Słuchamy. Podglądamy.

Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.

Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.

Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.

Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.

Pracuj z nami

Rozbijamy barykady zamkniętych umysłów.

Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.

HECHO.pl – Twoje nowe lustro Polski.
Ostrze analizy. Impuls zmiany.

Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)
Siedziba: Warszawa

KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862

Nr konta:
18 1090 1056 0000 0001 6270 8297

O wydawcy portalu HECHO.pl
Projekt: DOBOROWA.com.pl · NARRATOR Jaruga & Kędzierski · Strony internetowe, treści, AI. | Odwiedź nas

Login to enjoy full advantages

Please login or subscribe to continue.

Go Premium!

Enjoy the full advantage of the premium access.

Stop following

Przestań obserwować Cancel

Cancel subscription

Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.

Go back Confirm cancellation