Background

Nieznany kraj za Bugiem

NIEZNANY KRAJ ZA BUGIEM

Samce alfa nad mapą Europy

W minionym tygodniu miały miejsce zdarzenia dość istotne z punktu widzenia geopolityki. Donald Trump oświadczył z pewną pretensją, że europejscy sojusznicy wypięli się na niego w sprawie ataku na Iran. Trudno nam się dziwić. Bo jeśli jeszcze niedawno pomysły o aneksji Kanady, połknięciu Grenlandii, stąpaniu po Kubie można było traktować jako polityczną hucpę i element wizerunkowego kabaretu człowieka w czerwonej bejsbolówce, założonej daszkiem do tyłu, to w zestawieniu z porwaniem Maduro oraz realnym bombardowaniem ludzi w Iranie przestają śmieszyć. Zaczynają niepokoić.

Europejscy przywódcy doszli do wniosku, że człowiek, który żartuje z podbijania świata, może w pewnym momencie przestać żartować.


Pierwsza dama do ostatniego dyktatora

Dwa incydenty przeszły jednak niemal niezauważone. Oto na Białoruś, by uścisnąć dłoń Aleksandra Łukaszenki, pofatygował się niejaki John Coale. To amerykański prawnik, wysłannik Trumpa do spraw zbyt śliskich, by zajmowała się nimi oficjalna dyplomacja. Panowie debatowali o relacjach Mińska z Waszyngtonem oraz o tym, co Łukaszenka mniema o wojnie w Iranie i dalszym rozwoju wypadków. Coale napomknął również o konieczności spotkania Trumpa i Aleksandra w samym Waszyngtonie.

Wypłynęła również informacja o liście pierwszej damy USA do Łukaszenki. Pismo dotyczyło ukraińskich dzieci przebywających na terytorium Rosji – sprawy, która od dłuższego czasu budzi międzynarodowe kontrowersje.

W każdym razie te zdarzenia musiały zrobić wrażenie na Łukaszence – rządzącym Białorusią od ponad trzydziestu lat. Oto bowiem zwrócił się do narodu słowami: „wybierzcie sobie nowego prezydenta”. Zdanie wypowiedziane przez człowieka, który z konsekwencją pilnuje, żeby nikt inny na to stanowisko nawet się nie rozgrzewał, zadziwia.

Może mamy do czynienia z nagłym przypływem skromności lub ironicznym mrugnięciem okiem do historii, a może formą politycznej groźby? Można przecież to rozumieć tak: „proszę bardzo, wybierzcie – tylko potem nie płaczcie, jak zobaczycie, co się stanie, kiedy mnie zabraknie”.

To brzmi nie jak zaproszenie do wyborów, lecz jak eksperyment myślowy z gatunku tych, których lepiej nie przeprowadzać w rzeczywistości.

Recepta na święty spokój

Nie da się pojąć tej sytuacji bez zrozumienia Białorusi – kraju o ustroju absolutnie osobliwym. To ani klasyczna dyktatura, ani normalne państwo europejskie. W polskiej wyobraźni po prostu wymazaliśmy ją z mapy, choć to terytorium większe niż połowa członków Unii. Żyjemy w złudzeniu, że nasza główna wschodnia granica styka się z Rosją. Otóż nie. Z Rosją graniczymy jedynie przez 210 kilometrów obwodu królewieckiego – odciętej od macierzy enklawy.

Nasze wyobrażenie o Białorusi to zestaw obowiązkowy: bieda, dyktatura i strach. To ta łatwiejsza część prawdy. Reszta jest znacznie bardziej kłopotliwa, bo… całkiem normalna. Ustrojowo mamy tam do czynienia z państwowym kapitalizmem administracyjnym. To system, który nie działa według logiki zysku, lecz według logiki dekretu. Nie produkuje się dlatego, że to się opłaca, ale dlatego, że trzeba. Fabryka nie upada przez złe zarządzanie – trwa, bo ktoś uznał, że trwać powinna. Zatrudnienie jest ważniejsze niż efektywność, a państwowe banki kroplówką finansują trupy, które w normalnym kapitalizmie dawno zostałyby elegancko zakopane.

Łukaszenko nie myśli kategoriami rynku, tylko stabilności. Jego credo brzmi: system ma działać, ludzie mają mieć robotę, reszta to didaskalia. Wizja mało błyskotliwa, ale skuteczna, jeśli celem nie jest szaleńczy rozwój, lecz godziwe trwanie bez społecznych wybuchów.

Sanatorium o zaostrzonym rygorze

To nie jest system trzymany wyłącznie na pałkach i terrorze, jak chcieliby nasi domorośli stratedzy. Opozycja białoruska jest słaba nie tylko dlatego, że czasem ktoś dostanie po gębie – co zresztą świetnie wygląda w zachodnich mediach. Jej prawdziwym problemem jest brak masowego poparcia. Białorusini, ku rozpaczy demokratycznych idealistów, wyżej cenią święty spokój niż wolność, a pragmatyzm niż ideologiczne uniesienia.

To nie jest naród ani szczególnie wierny reżimowi, ani zakochany w demokracji. To społeczeństwo, które po prostu funkcjonuje. Szkoły uczą, szpitale leczą, a administracja działa z precyzją, która dla Polaka przyzwyczajonego do swojskiego burdelu instytucjonalnego musi brzmieć jak egzotyka. Tam nie ma chaosu, w którym wszystko jest możliwe, ale nic pewne. W zamian dostaje się egzystencję w trybie „bez fajerwerków”. Jedna praca na lata, brak oszałamiających karier, ale i brak spektakularnych bankructw. Szans na wielki skok nie ma, ale ryzyko nagłej katastrofy życiowej jest niemal zerowe.

Państwo, które nie chce być dekoracją

Łukaszenko nie jest żadnym Hitlerem, ale pragmatykiem. Najpierw patrzy na mapę, a dopiero potem na ideologię. I wyciąga z tej mapy wnioski. Jego sąsiadem jest Rosja. Konkretna. Rynek zbytu, źródło surowców i partner, z którym łączą go więzi jeszcze z czasów, kiedy granice miały charakter raczej dekoracyjny.

To oczywiście oznacza zależność, jednak nie oznacza automatycznie podległości. Białoruś nie jest rosyjską gubernią, choć wielu w Polsce bardzo by to ułatwiło myślenie. Ma własną walutę, język (tak, na Białorusi mówi się po białorusku, a nie – jak większość przypuszcza – po rusku), parlament – nawet dwuizbowy, co brzmi szczególnie poważnie – armię i wszystkie inne atrybuty suwerennego państwa. A przede wszystkim Łukaszenkę – czyli człowieka, który z uporem pilnuje, żeby te atrybuty nie stały się wyłącznie dekoracją.

Miński wariant polskiej dekady

Oficjalnie Łukaszenko kocha Putina tak namiętnie, że aż słychać zgrzytanie zębów. To miłość lokatora do kamienicznika: z jednej strony karesy i zapewnienia o dozgonnym przywiązaniu, z drugiej – wieczne kombinowanie przy czynszu i próby zajęcia dodatkowego pokoju „tylko na chwilę”.

W praktyce to nieustanny slalom: ile wyszarpać od Rosji, by nie zadłużyć się politycznie ponad stan, i ile ugrać na Zachodzie, by Moskwa nie dostała apopleksji. Balansowanie na linie bez siatki, przed publicznością, która co rusz rzuca w akrobatę kamieniami.

Brzmi znajomo? Oczywiście. To ta sama szkoła przetrwania, którą ćwiczyła ekipa Gierka: oficjalnie pełna uległość, a pod stołem wieczne sprawdzanie, gdzie kończy się lojalność, a zaczyna własny interes.

Samce alfa nad mapą Europy

Zatem zapewne Trump zerka na mapę i nagle dostrzega, że między Polską a Rosją leży całkiem spory kraj – większy od Węgier, rządzony przez faceta o charakterze, powiedzmy, konkretnym. Takiego, co nie bawi się w subtelności. Nie grzęźnie w komisjach i nie ma w zwyczaju certolić się z rzeczywistością. To typ, który musi budzić szacunek u Amerykanina wychowanego na micie twardego lidera – zwłaszcza na tle europejskiej klasy politycznej, przypominającej raczej radę pedagogiczną niż zarząd świata.

Odrzućmy naiwność: John Coale nie leci do Mińska gawędzić o Iranie. O Iranie można pogadać przez telefon. Pierwsza dama nie pisze listów do Łukaszenki z czystej dobroci serca, a ten nie wypuszcza 250 więźniów politycznych i nie przebąkuje o dymisji, bo nagle poczuł powiew demokracji. To wszystko wygląda jak staranne przygotowanie gruntu pod nowy interes.

Cena zdrady w cieniu pomnika

Łukaszenko ma już karierę za sobą. To etap, w którym dyktator przestaje pytać „jak rządzić”, a zaczyna drżeć o to, czy jego pomnik stanie na placu, czy wyląduje w przypisie do podręcznika historii. To zupełnie inna psychologia władzy – walka o nekrolog.

No i wyobraźmy sobie, że w Waszyngtonie wpadli na pomysł banalny i niebezpieczny zarazem: postawić Mińsk przed wyborem: Rosja albo Zachód. Dla Łukaszenki to psychologicznie nie do przyjęcia – to jak kazać zawodowemu bigamiście rozwieść się z jedną żoną, zamieszkać z drugą i jeszcze publicznie ogłosić, że ta pierwsza zawsze go brzydziła. Ale zawsze jest jakieś „ale”.

A co, jeśli stery przejmie ktoś młodszy, „europejski w wyrazie”? Najlepiej z odpowiednim nazwiskiem (Łukaszenko ma w aparacie dwóch synów), by zachować ciągłość klanu, choć już niekoniecznie kierunek marszu. Wtedy nagle mogłoby się okazać, że ten sam człowiek, który przez trzy dekady betonował system, przejdzie do historii jako ten, który go skruszył. Jako mąż stanu, który wpuścił Europę na Białoruś.

Zdrada w polityce to nie emocja, lecz chłodna kalkulacja momentu, w którym stary układ przestaje się opłacać. Polska zdradziła ZSRR, gdy tylko poczuła, że kolos się chwieje. Dlaczego Białoruś miałaby być bardziej lojalna wobec Kremla niż my wobec Moskwy?

Abramsy u bram, a Putin w przedpokoju

Jest jeszcze jeden argument, znacznie cięższy od listów pierwszej damy. Amerykańskie Abramsy grzeją silniki nad Bugiem. Oficjalnie to „element obrony”, ale lufy zawsze muszą w którąś stronę celować. Te akurat nie patrzą na daleką Moskwę, lecz na bliski Mińsk. Dla Łukaszenki to nie geopolityczna abstrakcja, tylko realna stal, która może mu wjechać na podwórko.

Na Kremlu zapewne zawrzało. Odejście Łukaszenki to nie byłaby roszada, lecz katastrofa – utrata całego, misternie tkanego układu. Ktoś nowy mógłby w Zachodzie dostrzec okazję, co brzmi majdanicznie i niebezpiecznie. Rosja na to nie pozwoli, nie po Ukrainie. Logika Putina jest prosta: tracisz kontrolę nad sąsiadem, to ją przywracasz. Po co inwazja, skoro rosyjskie wojska już tam są, a granica między „obecnością” a „interwencją” jest płynna jak kurs rubla. Pytanie brzmi: co zrobi NATO, gdy Rosja zacznie „stabilizować” Białoruś?

Zapałki w łapach blondyna

Nagle to nie wojna na dalekich stepach, lecz awantura tuż za miedzą. Przekonanie, że „trzeba coś zrobić”, rozpełza się u nas szybciej niż przy Ukrainie. Za Donbas nikt umierać nie chce, ale śmierć za Brześć brzmi już jakoś swojsko – pachnie kurzem z ułańskich portek. Niebezpiecznie blisko.

I tu wisi nad nami pytanie jak nienaoliwiona gilotyna: czy psychopatyczny Donald Trump chce podpalić świat? Nie wiem. Udawanie, że zna się myśli wariata, zostawiam jasnowidzom z Polsatu. Ale chętnie posłucham tych, co wiedzą na pewno. Scena wolna. Ktoś chętny?

Robert Jaruga

współpraca Jelena S.

Dociekamy. Słuchamy. Podglądamy.

Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.

Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.

Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.

Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.

Pracuj z nami

Rozbijamy barykady zamkniętych umysłów.

Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.

HECHO.pl – Twoje nowe lustro Polski.
Ostrze analizy. Impuls zmiany.

Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)
Siedziba: Warszawa

KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862

Nr konta:
18 1090 1056 0000 0001 6270 8297

O wydawcy portalu HECHO.pl
Projekt: DOBOROWA.com.pl · NARRATOR Jaruga & Kędzierski · Strony internetowe, treści, AI. | Odwiedź nas

Login to enjoy full advantages

Please login or subscribe to continue.

Go Premium!

Enjoy the full advantage of the premium access.

Stop following

Przestań obserwować Cancel

Cancel subscription

Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.

Go back Confirm cancellation