Paweł Szpot, luminarz Instytutu Badań Toksykologicznych, zapewne z grymasem politowania, a może i z nutą perwersyjnej satysfakcji, zapoznał się z artykułem w “New York Timesie”. Gazeta ta, ze swadą godną plotek z magla, rozpisywała się o jego nowatorskiej metodzie wykrywania aborcji farmakologicznej. Oczywiście, każdy naukowiec marzy o takiej reklamie, ale “Times” rzadko zniża się do poziomu prowincjonalnych odkryć. Tym razem jednak uczynił wyjątek, roztaczając przed czytelnikami wizję chromatografii cieczowej, niczym Świętego Graala ginekologii sądowej. Zjadliwie zauważono, że badania sfinansował polski rząd, ten sam, który z lubością wsadza kobiety do więzień za próbę decydowania o własnym ciele. “Times” nie omieszkał wspomnieć o kontekście politycznym, malując obraz Polski jako kraju opanowanego przez religijnych fanatyków.
Czy doktor Szpot podziela tezę “Timesa”? Tego nie wie nikt. W swoim lakonicznym opisie metody, zamieszczonym w szwajcarskim periodyku “MDPI”, naukowiec unika odpowiedzi na niewygodne pytania. Milczy na temat motywacji, które skłoniły go do podjęcia badań nad tak kontrowersyjnym zagadnieniem. Czyżby działał na zlecenie Kaczyńskiego, a może prezes i Episkopat jedynie cynicznie wykorzystali jego odkrycie? A może doktor Szpot, kierowany litością, postanowił ułatwić pracę organom ścigania, które, nie ma co ukrywać, z niesmakiem podchodzą do spraw aborcyjnych? Tajemnica ta, niczym zaszyfrowany kod, czeka na swojego rozszyfrowanie.
• Szpot, chaos i ironia losu
Wywody Szpota przypominają plątaninę sprzecznych zeznań. Tłumaczy się mętnie, bez ładu i składu. Twierdzi, że jego metoda ma zapobiec rozprzestrzenianiu się niesprawdzonych środków poronnych. Argument ten jest absurdalny. Po pierwsze, badanie kobiet pod kątem zażycia takich środków jest w Polsce nielegalne. Po drugie, samo zażycie nie jest karalne. Dowody zebrane dzięki metodzie Szpota nie miałyby żadnej wartości w sądzie. Absurd goni absurd. Organy ścigania mogłyby co najwyżej tropić dostawców leków poronnych, ale po co w tym celu badać kobiety? Wystarczy zajrzeć do internetu.
A teraz pomyślmy inaczej. Załóżmy, że Szpot jest wrogiem PiS-u. “New York Times” rozpętał burzę, media na całym świecie podchwyciły temat, a w Polsce wybuchł skandal. Informacja o nowej metodzie wykrywania aborcji dotarła do kobiet tuż przed wyborami. Efekt? Tylko 13 proc. kobiet w wieku rozrodczym zagłosowało na PiS. Najmniej ze wszystkich partii. Czyżby spór o aborcję, rozpętany dzięki “odkryciu” Szpota, stał się gwoździem do trumny Kaczyńskiego? Możliwe. Wszak ironia losu bywa bezlitosna.
• Największy błąd PiS
Gdy wszyscy kłamią, rzeczywistość zamienia się w teatr. W sporze o aborcję każda ze stron jest oszczędna w prawdzie, wybierając jedynie te fakty, które potwierdzają jej stanowisko.
Środowiska pro-life (przeciwnicy aborcji) uważają, że problem jest ogromny, bo rocznie zabija się około 7–8 tysięcy nienarodzonych dzieci. Zwolennicy aborcji twierdzą natomiast, że sytuacja jest znacznie gorsza – wręcz katastrofalna. Przykładowo, Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny podaje, że w Polsce przeprowadza się nawet 200 tysięcy nielegalnych aborcji rocznie. To jednak argument obosieczny, bo rozsądni ludzie – zarówno z lewej, jak i prawej strony sceny politycznej – zgadzają się co do jednego: aborcja jest złem. Różnią się jedynie w ocenie, czy powinna być dopuszczalna prawnie, czy zakazana. Radykalni zwolennicy aborcji zdają się ignorować ten fakt, forsując narrację o setkach tysięcy kobiet ryzykujących życie, poddając się zabiegom w rzekomo „rzeźnickich” warunkach.
Tymczasem poza szacunkami, opartymi na niejasnych danych, nie mamy twardych liczb. Jeśli jednak zaufać statystyce i prawu wielkich liczb, sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
W 1993 roku, kiedy w Polsce można było jeszcze legalnie przeprowadzić aborcję na życzenie, liczba takich zabiegów wyniosła 1 240 – przy porównywalnej liczbie ludności. Od tamtej pory liczba legalnych aborcji spadała. Można przypuszczać, że skala nielegalnych zabiegów nieco wzrosła, ale nie tak drastycznie, jak sugerują niektóre źródła.
Według danych policyjnych z 2020 roku (po zaostrzeniu przepisów i orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, które dodatkowo ograniczyło dopuszczalność aborcji), liczba stwierdzonych przypadków nielegalnych zabiegów wyniosła 200.
Nie będzie więc wielkim błędem założenie, że realna liczba aborcji w Polsce to około 1 500 rocznie. Dane przytaczane przez obie strony są przeszacowane o tysiące procent. Biorąc pod uwagę, że każdego roku w Polsce w ciążę zachodzi 347 tysięcy kobiet, trudno mówić o aborcji jako o masowym zjawisku społecznym.
• Prawo wyboru, a nie aborcja, jest sednem sporu
Podnoszenie tej kwestii do rangi kluczowego problemu wydaje się raczej kwestią polityczną, medialną i socjologiczną. Tego, zdaje się, Kaczyński i jego otoczenie nie zrozumieli dostatecznie dogłębnie – na własną zgubę.
Sedno sprawy nie leży w samych skrobankach, a w prawie do ich dokonywania. Te setki tysięcy kobiet z czarnymi parasolkami nie walczą o aborcję, ale o wolność wyboru. Większość z nich i tak chce mieć dzieci, nawet te “przypadkowe”. Zakaz aborcji to policzek, obelga, próba ubezwłasnowolnienia połowy społeczeństwa. Jeszcze gorsze jest nazywanie poronienia “zabójstwem”. To potworna krzywda dla tysięcy kobiet, które co roku tracą ciążę z przyczyn naturalnych. PiS, próbując przypodobać się Kościołowi, wbił im nóż w plecy, obciążając je traumą “zabójczyń”. Ta psychogenna presja to skandal. Kobiety zawsze znajdą powód, by obwiniać się za utratę ciąży. PiS, zamiast wspierać, wszczepia im paranoję. To miał być polityczny sukces, a skończyło się katastrofą.
• To się nigdy, nikomu i nigdzie nie udało
Ponad stuletnie próby rządów w zakresie zarządzania tempem wzrostu populacji lub jego kontroli – które same w sobie są nieludzkie, bo zakładają, że jakaś władza ma prawo decydować, czy ktoś może mieć potomstwo – dowodzą, że to przedsięwzięcie skazane na porażkę.
Nie udało się to również PiS-owi. Ani poprzez restrykcyjne stanowisko antyaborcyjne, które teoretycznie mogłoby wymusić wzrost liczby urodzeń, ani nawet poprzez sztandarowy program „500+”, który – niezależnie od tego, jaka była jego rzeczywista filozofia – okazał się klęską. Nie tylko faktyczną, bo przyrost naturalny spadł, ale także moralną. Bo próbować „przekupić” ludzi kilkuset złotymi, aby zdecydowali się na dziecko? To etyczne dno, moralny daltonizm, nowa forma prostytucji.
Próby wpływania na dzietność nie są jednak nowym pomysłem. W latach powojennych, w 1957 roku, kiedy Polska mierzyła się z depopulacją po II wojnie światowej, ówczesny minister finansów Tadeusz Ditrich – człowiek o mentalności komornika – wprowadził tzw. „bykowe”. Był to podatek za brak dzieci, który teoretycznie zwiększał wymiar daniny o 20 proc. W praktyce jednak na rozrodczość nie wpłynął, głównie dlatego, że w PRL-u mało kto w ogóle miał świadomość płacenia podatków. Państwo naliczało je odgórnie, a wynagrodzenia rozliczano na podstawie niejasnych pasków wypłat, których przeciętny obywatel i tak nie rozumiał. W efekcie, choć w ciągu dekady obowiązywania „bykowego” populacja kraju wzrosła, dzietność kobiet pozostawała niższa niż przed wojną.
Podobnie nieskuteczne były wszelkie ekonomiczne zachęty w Europie. Niemcy i Dania próbowały bezpośrednich dotacji, Francja stawiała na ulgi podatkowe, a Szwecja na rozbudowane programy socjalne. Efekt? Żaden. Paradoksalnie, wzrost standardu życia wydaje się osłabiać popęd prokreacyjny zamiast go stymulować.
• Daremne próby kontroli urodzeń
A co z próbami ograniczania liczby urodzeń? Tu również porażka. Chiny, wprowadzając słynne prawo jednego dziecka i sankcjonując dodatkowe potomstwo podatkowo, zaszkodziły głównie tym rodzinom, które już i tak nie miały środków na utrzymanie dzieci. Obecny przyrost naturalny Chin – porównywalny z Wielką Brytanią i Francją – nie jest wynikiem kontroli urodzeń, ale poprawiających się warunków życia. A te, wbrew narracji byłego premiera Morawieckiego, mają niewiele wspólnego z polityką gospodarczą państwa.
Podobnie fiaskiem zakończyły się programy odpłatnej sterylizacji w Pakistanie i Bangladeszu. Nie miały one żadnego wpływu na dzietność, mimo że tysiące ludzi poddało się zabiegom. Okazało się jednak, że sterylizacji poddawali się głównie ci, którzy i tak nie mieli faktycznego potencjału prokreacyjnego – ponieważ płacono za sam zabieg, nikt nie sprawdzał wcześniej, czy kandydat na ojca lub matkę w ogóle jest do tego zdolny.
Władza nie ma więc żadnej realnej kontroli nad liczbą urodzeń. Nawet gdyby w Polsce wprowadzono zakaz sprzedaży prezerwatyw pod groźbą kary 1 500 zł, a ich zakup na czarnym rynku traktowano jak wykroczenie, nie doprowadziłoby to do nagłego wzrostu populacji. Rocznie około 90 milionów ejakulacji kończy w lateksie – ludzie i tak znaleźliby inne sposoby (anal, oral, Pornhub…).
Matematycznie nie istnieje żadna korelacja między polityką demograficzną a rzeczywistymi zmianami w demografii. I bardzo dobrze! To dowód na to, że świat jeszcze całkiem nie oszalał – nawet jeśli rządzą nim szaleńcy.
• Watykańska zagadka: Czy duchowni rozmnażają się przez pączkowanie?
Zgodnie z oficjalnymi danymi Watykanu, przyrost naturalny w tym państwie wynosi dokładnie 0,00 proc. Na pierwszy rzut oka wydaje się to potwierdzać, że duchowni zatrudnieni przez papieża – którym z założeń doktrynalnych i eschatologicznych nie wolno mieć dzieci – rzeczywiście ich nie mają.
Tyle tylko, że te same dane sugerują również, iż watykańscy duchowni… nie umierają.
Bo gdyby faktycznie umierali, to przyrost naturalny musiałby być ujemny, a nie – jak w statystykach – idealnie zerowy.
Rozumiecie, o co mi chodzi?
Oznaczono jako :
#aborcja #prawakobiet
O Autorze :
O Autorze :
Sławek Niedbała
Sławomir "Sławek" Niedbała - dziennikarz z pazurem, judoka z pięścią i… piórem. Ten 26-letni drapieżnik medialny o śniadej cerze i ostrych rysach twarzy równie sprawnie rozkłada przeciwników na macie, co słowem przed kamerą. Agresywny i zdeterminowany w kimonie, inteligentny i charyzmatyczny z mikrofonem – Niedbała to prawdziwy tytan medialno-sportowej areny. A co najważniejsze – facet umie pisać.
Tragedia optymalna
„Wszystko zadziałało. I właśnie dlatego umarła.” Kliknij, żeby wejść w świat, którego nie da się pojąć. 🔓 Otwórz tekst Tragedia optymalna W minionym tygodniu media, jak zauważył z błyskiem klawiatury Super Express, obwieściły światu „Wielką tragedię Anastazji Buryk”. Słusznie, ale nie do końca. Bo to była tylko jedna tragedia, z pięciu. Tylko końcowa. A zarazem środkowa. Była tragedią w tragedii, wynikiem tragedii i przyczyną kolejnych tragedii. Można by powiedzieć, że była to tragedia fraktalna — każdą łzę dało się rozbić na mniejsze łzy albo połączyć w ocean łez. Nie dziwi więc, że temat chwycił. Bo przecież Polacy - od dekad programowani kazalnicą, różańcem i cierpiętniczym mitologiem narodowym - tragedię chłoną jak kisiel z opłatkiem. Ale to nie tylko o to chodzi. Historia Anastazji ma w sobie coś więcej. Idealna medialnie, bo łączyła trzy rzadkie składniki: zło, nonsens i absurd - […]
Sławek Niedbała 2025-11-25
Zachód gra, Wschód krwawi
Moje badania (czytaj: przeglądanie Twittera) ujawniły zadziwiającą jednomyślność opinii w kwestiach globalnej polityki. Donald Trump – Hitler! Putin – Hitler, Ursula von der Leyen – Hitler w spódnicy. Zełenski jeszcze nie został Hitlerem, prawdopodobnie ze względu na swoje semickie pochodzenie, ale właśnie ta drażliwa kwestia jest coraz częściej eksploatowana. Ośmieliłem się zatem zauważyć publicznie, że hurtowe rozdawanie tytułu Hitlera trąci infantylizmem. Efekt? Furia. Jak widać, niektórzy wolą prostackie etykietki niż złożoną analizę. Zresztą, czy w tej wojnie kogokolwiek interesuje logika? Przecież wszystko opiera się na sprzecznościach. fot. Vitalii Yurasov Wuj Sam wystawia rachunek Przyjrzyjmy się, jak to wygląda. Jakie są marzenia i żądania np. Trumpa wobec Ukrainy. Trump mówi: „Chcemy 50 proc. ukraińskich zasobów i – musimy to wreszcie jasno powiedzieć – Ukraińcy powinni byli od początku zrozumieć, jako naród kulturalny, że czołgi nie były za darmo. No, może na […]
Sławek Niedbała 2025-03-27
Od castingu do trumny: historia Janusza “Kozaka” Szeremety
Na froncie wojny w Ukrainie poległo dwóch polskich żołnierzy. Jednym z nich był Janusz Szeremeta, ps. „Kozak” — odszedł jak prawdziwy bohater, oddając w ostatnim momencie magazynek swojemu towarzyszowi broni. Taki był. Do końca wierny przysiędze, gotów poświęcić własne życie dla innych. Nie budzi we mnie sprzeciwu sama śmierć plutonowego Szeremety. Patrząc na jego drogę, wiedziałem, że zmierza ku przeznaczeniu, które wybierają tylko nieliczni. Ginąc, potwierdził to, kim był — wojownikiem. Przełomowy moment III wojny światowej? W moim odczuciu, to wydarzenie zapisze się w historii jako jeden z przełomowych momentów III wojny światowej. Po raz pierwszy zginęli Polacy trzymający broń, świadomie stający do walki w imię sprawy większej niż oni sami. To coś zupełnie innego niż tragiczna śmierć dwóch rolników w zabrudzonych kufajkach, przygniecionych dyszlami od przyczepy z kukurydzą, trafionej zabłąkaną rakietą. I uprzedzając głosy powątpiewających, którzy uważają się za […]
Sławek Niedbała 2025-03-24
Bitwa o macicę trwa
Paweł Szpot, luminarz Instytutu Badań Toksykologicznych, zapewne z grymasem politowania, a może i z nutą perwersyjnej satysfakcji, zapoznał się z artykułem w "New York Timesie". Gazeta ta, ze swadą godną plotek z magla, rozpisywała się o jego nowatorskiej metodzie wykrywania aborcji farmakologicznej. Oczywiście, każdy naukowiec marzy o takiej reklamie, ale "Times" rzadko zniża się do poziomu prowincjonalnych odkryć. Tym razem jednak uczynił wyjątek, roztaczając przed czytelnikami wizję chromatografii cieczowej, niczym Świętego Graala ginekologii sądowej. Zjadliwie zauważono, że badania sfinansował polski rząd, ten sam, który z lubością wsadza kobiety do więzień za próbę decydowania o własnym ciele. "Times" nie omieszkał wspomnieć o kontekście politycznym, malując obraz Polski jako kraju opanowanego przez religijnych fanatyków. Czy doktor Szpot podziela tezę "Timesa"? Tego nie wie nikt. W swoim lakonicznym opisie metody, zamieszczonym w szwajcarskim periodyku "MDPI", naukowiec unika odpowiedzi na niewygodne pytania. Milczy na […]
Sławek Niedbała 2025-03-16
Półczłowiek, ćwierćczłowiek, człowiek: Dramat w pieluchach
Mniej więcej co sześć lat, jak dobrze wyliczyłem, parlamentarzyści stają przed tym samym problemem. Byłoby to naprawdę irytujące, gdyby za każdym razem byli to ci sami ludzie. Można by jednak oczekiwać, że nowi parlamentarzyści zapoznają się z dorobkiem swoich poprzedników, aby nie musieć zaczynać pewnych prac koncepcyjnych od zera – i nie silić się na wyważanie otwartych drzwi. W tej kadencji Sejmu powołano już nadzwyczajną komisję sejmową do sprawy: skrobać czy nie skrobać, kiedy wolno skrobać, kogo wolno skrobać, a kogo wyskrobać. Komisja jest nadzwyczajna – zapewne po to, by podkreślić rangę skrobania – choć deputowani pozostają zwyczajni, czyli niedouczeni. To nie wróży żadnego przełomu. Spróbujmy zatem popchnąć sprawy do przodu, dostarczając wybrańcom narodu paliwa do przemyśleń. Może to wreszcie spowoduje zmianę paradygmatów – nie tylko u tych, którzy stanowią prawo, ale i u tych, którzy mu podlegają. Ostatnio czytałem […]
Sławek Niedbała 2025-03-14
Powiązane
Bankier szuka żony w koniczynie
Mateusz Morawiecki cierpi, co jest widokiem równie budującym, co procesja Bożego Ciała w rzęsistym deszczu. Niby mokro i smutno, ale widowisko przednie. Jego romans z prezesem-bożkiem wszedł właśnie w fazę, którą w podręcznikach biologii i patologii władzy opisuje się jako „stadium pożarcia godowego”. Jarosław Kaczyński ma bowiem tę urokliwą cechę modliszki, że każdą swoją polityczną nałożnicę – od Dorna i Marcinkiewicza, przez Ziobrę, Gowina, Kluzik-Rostkowską, aż po Kurskiego, Kamińskiego i Cymańskiego – najpierw obsypuje stanowiskami i zaszczytami, a potem spuszcza w klozecie historii. Teraz kolej na Mateusza, który przed świętami poczłapał na Nowogrodzką, by wreszcie usłyszeć z ust samego Najwyższego to, co dotąd z lękiem podczytywał w Onecie: że jego termin przydatności do spożycia minął. W przedpokoju do sypialni prezesa, tam gdzie zapach naftaliny i starego kawalera miesza się z aromatem absolutnej władzy, pręży się już przecież Przemysław Czarnek. Nowy harcerz […]
Robert Jaruga 2026-05-03
Pieczony listonosz w sosie z węgla kamiennego
Instrukcja likwidacji człowieka Trudno nie zauważyć, że nasz rodzimy kapitalizm się zużył. To system schyłkowy. Bo oto gruchnęła wieść, która wstrząsnęła polskim Internetem mocniej niż zgon Chucka Norrisa. Niejaki Sebastian Mikosz, prezes Poczty Polskiej, stracił robotę. Z dnia na dzień stał się zbędny, co jest o tyle zabawne, że przez ostatni rok przekonywał wszystkich, iż to inni są zbędni. Rzeźnik w Armanim Mikosz to postać niemal biblijna, tyle że zamiast rozmnażać chleb, on go ludziom odbierał. Dokonał rzeczy „wielkiej”. Zredukował deficyt Poczty o 500 mln zł. Metodą godną największych rzeźników polskiego biznesu – wypierdolił na zbity pysk ponad osiem tysięcy pocztowców. Opinie o nim są w narodzie, a zwłaszcza wśród tych, którzy jeszcze niedawno dźwigali torby pełne wezwań z sądów, nadzwyczaj spójne. „Bardziej zadufanego w sobie faceta nie widziałem w życiu”. Mikosz niszczył Pocztę Polską z taką samą gracją, z […]
Robert Jaruga 2026-04-17
Człowiek z betonu
CZŁOWIEK Z BETONU O religii fundamentu w państwie zadłużonych Przyglądając się współczesnej Polsce, zgiełkowi partii, wyznań, przekonań i fobii, dochodzi się do wniosku, że kraj ten jest jak ogromne targowisko idei. Jedni niosą sztandary z napisem „wiara”, drudzy z napisem „ateizm”, inni „rodzina”, jeszcze inni „wolność od rodziny”, kolejni „tradycja”, następni „nowoczesność”. Jedni cytują Pismo, drudzy konstytucję, trzeci Twittera. Można się tu pokłócić o wszystko: o historię, o płeć, o podatki, aborcję, Kościół w szkołach, kredyty frankowe, i o to, kto naprawdę płaci za inflację. Były Żyd poróżni się z konwertowanym na Żyda, wyznawca Brauna nie poda ręki miłośnikowi Czarzastego, słuchacz Radia Maryja nie zrozumie obserwatora OnlyFans, a obserwator OnlyFans nie zrozumie samego siebie. A jednak. Istnieje w Polsce wartość wyższa, nadrzędna, ponadideologiczna. Coś, co nie dzieli, lecz łączy. Na to nie obraża się nikt – ani lewica, ani prawica, […]
Mirosław Kwaśny 2026-03-10
Nie mają nic prócz swoich rąk
TEMAT: IMIGRACJA Legalny import, nielegalny wyzysk Porozmawiajmy teraz o imigracji. Mam do tego pełne prawo – jako wieloletni imigrant, czyli ktoś, kto stał w kolejkach, tłumaczył się z akcentu i słuchał, że „miejscowi też chcieliby pracować”. Krótko mówiąc: znam temat od strony zaplecza, nie od strony mównicy. Biczowanie palmą wdzięczności Pamiętam, jak swego czasu prezes Kaczyński grzmiał, że „my wobec tych ludzi nie mamy żadnych zobowiązań”, bo – cytuję – „nie wyzyskiwaliśmy ich w koloniach, nie rabowaliśmy, nie biczowaliśmy palmą imperializmu.” Słuchałem tego ze łzami w oczach. Autentycznie. Bo jako ongiś obcy, byłem wszystkim naraz: „polaczkiem”, „hindusem”, „żydkiem”, „ćwokiem”, „Ukraińcem”. Miałem jedno imię zbiorowe: imigrant. W języku angielskim jest na to słowo bezwstydnej szczerości. Slave. Niewolnik. Etymologicznie od Slav, Słowianin. Przez stulecia Słowian sprzedawano na targach ludzi tak masowo, że ich nazwa stała się dla Anglosasa synonimem podczłowieka do pracy. […]
drwarlecki 2026-02-25
Krajowy system e-Zawałów
Polska to piękny kraj. Naprawdę. Nie ironizuję – jeszcze. Codziennie doświadczam tej urody, jadąc śliczną ścieżką rowerową w gminie Michałowice. Latarnie LED zapalają się przede mną jak w amerykańskich filmach, gdzie bohater idzie ratować świat. Potem skręcam w dzielnicę domów jednorodzinnych, gdzie każdy wygląda, jak willa genseka Edwarda Gierka w Ustroniu. Piękna to była willa – dziś wprawdzie zrujnowana, ale symbol pozostał. Tu domy są jak marzenia: kute ogrodzenia, jakby wyszły spod ręki ostatnich mistrzów baroku. Cyfrowy potwór w betonowej klatce Ale oprócz tych czarujących ścieżek w Michałowicach, tych domów o większej powierzchni niż sumienie kilku ministrów, w Polsce istnieje inna, zupełnie odmienna architektura. Ja ją widziałem. Wy nie. Architektura w betonowych kompleksach bardziej tajnych niż bunkry NATO. Broniona zasiekami, drzwiami pancernymi, komandosami, jak z filmów o zimnej wojnie. Współczesne narodowe Data Center: katedry XXI wieku. W środku – tysiące […]
Mirosław Kwaśny 2026-01-18
Gladiatorzy przestworzy
Wypadki lotnicze w Polsce - zwłaszcza wojskowe - od dawna mają własny szablon prasowy. Wystarczy wstawić nazwisko, stopień i typ maszyny, a reszta pisze się sama. Pilot zawsze jest „doświadczony”, „oddany służbie”, „kochający mąż i ojciec”. Zawsze jest też „orłem, który odszedł za wcześnie” i zawsze „skrzydło złamane w locie”. W tle obowiązkowe „Śmierć na służbie Ojczyzny”, czyli zginał jak na Westerplatte.Tragedia z 28 sierpnia stała się klasycznym przykładem: major Maciej „Slab” Krakowian - człowiek, który naprawdę był świetnym pilotem - nagle zostaje największą gwiazdą polskiego lotnictwa tylko dlatego, że rozbił się razem z samolotem wartym 340 mln zł.Brutalnie mówiąc: gdyby żył, znałoby go kilkuset fanów awiacji i kilku spotterów z długimi obiektywami. Teraz? Cała Polska wie, że skończył Akademię Sił Powietrznych USA, odebrał dyplom z rąk Baracka Obamy, wylatał 1400 godzin i dostał nagrodę w Wielkiej Brytanii „za to, […]
Robert Jaruga 2025-09-21
Bądź pierwszym, który skomentuje!