Background

Gorejące serce i lodowata historia

Początek recenzji

Gorejące serce i lodowata historia

Zaczęło się niewinnie. Do redakcji przyszedł mail o treści następującej:

„Imię i nazwisko: Jan

Kochani, mam do Was prośbę: pójdźcie na film pt. „Najświętsze Serce” i napiszcie rzetelną recenzję. Sam bym poszedł, ale ksiądz proboszcz powiedział, że nawet najbardziej zatwardziali bezbożnicy w ateistycznej Francji – taki przykład podał – wychodzą z tego filmu nawróceni, więc wolę nie ryzykować. Wam to pewnie nie grozi.

Pozdrawiam i czekam.”

Bozia w multipleksie

Przyznam szczerze: nie spieszyło nam się na taki seans. Ostatni film religijny, który zapadł nam w pamięć, to „Pasja” Mela Gibsona z 2004 roku – jeden z największych fenomenów frekwencyjnych kina religijnego. Było to, proszę Państwa, omal ćwierć wieku temu.

Jednak z zawodowej ciekawości sprawdziliśmy, co o nowym filmie „Najświętsze Serce” z 2025 roku mówią jego entuzjaści. Episkopat informuje, że produkcja „przyciąga tłumy do kin”. Portal Misyjne.pl podaje, że od premiery 20 lutego 2026 roku film obejrzało już niemal 110 tysięcy widzów w ponad 180 kinach w całej Polsce, a zainteresowanie – jak zapewniają dystrybutorzy – stale rośnie. Sami twórcy, małżeństwo Gunnellowie, w rozmowie z katolickim portalem „Tribune Chrétienne” przyznają, że nie spodziewali się tak entuzjastycznego przyjęcia filmu nad Wisłą.

No cóż. Przy takim ciężarze argumentów – i przy częstotliwości jednego religijnego seansu na ćwierć wieku – można się w końcu złamać.

Groch z kapustą

Na seans w warszawskim kinie Reduta, zaplanowany na środę o godzinie 15.10, weszliśmy już po zgaszeniu świateł. Nie jest to pora szczególnie sprzyjająca kinowej frekwencji, więc znalezienie wolnych miejsc nie sprawiło najmniejszego kłopotu. Nic w tym zresztą nadzwyczajnego. Co innego było jednak dziwne – choć przekonać mogliśmy się o tym dopiero później, kiedy po seansie zapalono światła. Ale o tym na końcu.

Najogólniej, film „Najświętsze Serce” cierpi na typową przypadłość produkcji apologetycznych: nie może się zdecydować, czym właściwie chce być. Nie jest ani dokumentem, ani fabułą, ani wykładem historycznym. Jest raczej czymś w rodzaju hybrydy trzech form: fabularyzowanych scen z dziejów Kościoła, komentarzy teologów i zwykłych ludzi oraz wizji mistycznych, które pojawiają się niczym objawienia.

W rezultacie widz przez większą część seansu nie bardzo wie, co właściwie ogląda.

Konkurencja dla Jasnej Góry

Spróbuję więc zrobić to, co autorom filmu nie do końca się udało: powiedzieć, o czym właściwie jest ta opowieść o wyraźnie kardiologicznym charakterze. Kardiologicznym, bo słowo „serce” pada w filmie z częstotliwością, która mogłaby zawstydzić nawet podręcznik anatomii.

Kult Najświętszego Serca Jezusowego nie jest w Polsce szczególnie rozpoznawalny. Owszem, gdzieś w pamięci jest „Litania do Najświętszego Serca Jezusowego”, odmawiana w czerwcu w kościołach – zwykle w godzinach popołudniowych i najczęściej przez panie o bogatym doświadczeniu życiowym. Mamy jednak innego faworyta. U nas od wieków króluje kult maryjny. Jeśli coś w polskim katolicyzmie jest naprawdę wszechobecne, to nie serce Jezusa, lecz Maryja – od Jasnej Góry po przydrożne kapliczki.

Najświętsza Kora Mózgowa

Pierwsze pytanie, które narzuca się człowiekowi o nieco bardziej technicznym nastawieniu do rzeczywistości, brzmi: dlaczego właściwie najświętsze jest akurat serce Jezusa, a nie na przykład jego ręka albo oko? Chrystus posiadał również wątrobę, nerki i szereg innych narządów, które z punktu widzenia anatomii wcale nie są mniej godne uwagi. Można by więc wyobrazić sobie równie dobrze kult Najświętszej Wątroby albo Przenajświętszej Śledziony, choć trzeba przyznać, że brzmiałoby to już nieco mniej podniośle.

Dlaczego więc padło akurat na serce, które z medycznego punktu widzenia nie jest organem szczególnie odpowiedzialnym za życie wewnętrzne człowieka? Serce pompuje krew – bardzo dzielnie – ale za myślenie, emocje, pamięć i całą tę skomplikowaną operację zwaną ludzką psychiką odpowiada przede wszystkim mózg. Gdyby zatem kierować się współczesną wiedzą, znacznie bardziej logiczny wydawałby się kult Najświętszego Mózgu. Jednak trudno wyobrazić sobie nabożeństwo do Najświętszej Kory Mózgowej. Nawet najgorliwsi wierni mogliby mieć kłopot z odpowiednią ikonografią.

Egipskie ciemności w chrześcijańskiej kardiologii

Wyobrażenie serca jako najważniejszego organu człowieka ma bardzo stare korzenie i wyrasta z błędnych obserwacji anatomów jeszcze z czasów egipskich. Egipcjanie uważali serce za centrum życia, myślenia i moralności. Nie było w tym nic dziwnego: serce się porusza, bije i reaguje, natomiast mózg – przynajmniej na pierwszy rzut oka – wygląda jak nieruchoma, nieco galaretowata masa. Z tego powodu sądzono nawet, że mózg służy jedynie do chłodzenia organizmu, a poza tym nie odgrywa większej roli.

Serce natomiast zdawało się potwierdzać swoją wagę przy każdej silniejszej emocji. Gdy człowiek się boi – serce przyspiesza. Przy stresie odczuwamy ucisk w klatce piersiowej. Przy wzruszeniu pojawia się charakterystyczne „ściśnięcie serca”. Nic więc dziwnego, że starożytni uznali właśnie ten organ za centrum życia psychicznego. Taki pogląd podzielał między innymi Arystoteles, który twierdził, że to serce jest siedzibą duszy i uczuć, a mózg pełni jedynie funkcję pomocniczą.

Zwycięstwo metafory nad mózgiem

Starożytna, błędna intuicja przeniknęła również do języka religijnego. W Biblii słowo „serce” pojawia się setki razy i oznacza nie tyle organ biologiczny, ile wnętrze człowieka – jego myśli, wolę i sumienie. W Ewangelii czytamy na przykład: „Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, rozpusty, kradzieże, fałszywe świadectwa, bluźnierstwa”. Podobny sens pojawia się w Starym Testamencie: „Człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce”.

Zauważmy jednak, że nawet przy braku znajomości anatomii – a jedynie przy odrobinie zwykłej samoobserwacji – twierdzenia o dominującej roli serca budzą pewne wątpliwości. Gdyby zapytać człowieka: „gdzie właściwie jesteś we własnym ciele?”, zdecydowana większość wskazałaby miejsce gdzieś za oczami, na wysokości czoła. Tam, gdzie – jak się powszechnie odczuwa – mieści się nasza świadomość. Nie trzeba do tego specjalnych studiów nad układem nerwowym. Wystarczy chwila autorefleksji, by dojść do wniosku dość oczywistego: sprawy zasadnicze – myślenie, decyzje, wspomnienia, wątpliwości – dzieją się jednak w głowie, a nie w klatce piersiowej. Serce może przyspieszyć ze wzruszenia lub ze strachu, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że to raczej reaguje na nasze przeżycia, niż samo je wytwarza.

Kult pompy w kulturze białego człowieka

Jednak prawda nie wygrała. Przeważył nonsens. Serce weszło do kultury białego człowieka. W europejskiej wyobraźni od wieków uchodziło za siedzibę uczuć. Mówimy przecież: „z całego serca”, „złamać komuś serce”, „mieć serce do ludzi”. Kościół po prostu sięgnął po symbol już dobrze zakorzeniony w języku i kulturze. Zamiast więc tworzyć nową metaforę, wykorzystano tę, która była dla wszystkich zrozumiała. W rezultacie powstał kult serca Jezusa – symbolu boskiej miłości – choć z punktu widzenia anatomii sprawa wyglądałaby zapewne zupełnie inaczej.

Małgorzata i Faustyna

Trzeba jednak powiedzieć jasno: wybuch tej całej pobożności „sercowej” jest wynalazkiem francuskim. A Francuzi mają czasem skłonność do osobliwych pomysłów. Wystarczy wspomnieć choćby tak zwaną miłość francuską. Ten motyw akurat w filmie się nie pojawia – zapewne z przyczyn oczywistych – ale klimat intelektualnej odwagi, z jaką Francuzi podchodzą do różnych spraw, pozostaje w pamięci.

Kluczowy moment tej historii wiąże się z wydarzeniami w klasztorze w Paray-le-Monial w latach 1673–1675, gdzie – według relacji Kościoła – zakonnica Małgorzata Maria Alacoque miała doświadczenia mistyczne. W wizjach miał jej się ukazywać sam Jezus Chrystus, odsłaniając swoje serce oplecione cierniami i przekazując różne zalecenia dotyczące nowego nabożeństwa.

W tym miejscu trudno nie pomyśleć o naszej rodzimej specjalistce od podobnych kontaktów – Faustynie Kowalskiej, której mauzoleum wznosi się dziś w krakowskich Łagiewnikach. Ona również widywała Chrystusa, również prowadziła z nim rozmowy, a potem – na polecenie spowiednika – zaczęła skrupulatnie zapisywać swoje wizje w zeszycie, który po latach został wydany drukiem jako Dzienniczek i stał się fundamentem kultu Bożego Miłosierdzia.

Instrukcja obsługi czwartku

Schemat jest niemal lustrzany. Najpierw pojawia się wizja. Następnie spowiednik wykształcony teologicznie poleca wszystko zapisywać. Powstają notatki o bardzo prostym charakterze: emocjonalne, osobiste, pisane językiem raczej skromnym niż wzniosłym. Po latach teksty te zostają opracowane i opublikowane przez środowisko kościelne, a wokół nich zaczyna się budować nowy nurt pobożności.

Co do samej treści tych wizji, trzeba jednak zauważyć rzecz, którą podkreślają również religioznawcy. Mistycy nie widzą rzeczy naprawdę nowych. Ich wizje składają się z symboli i obrazów, które już wcześniej funkcjonują w religijnej wyobraźni epoki. Nie ma tam rewolucyjnych odkryć ani teologicznych przełomów – nie jest to iluminacja w sensie intelektualnym.

W rozmowach, które według relacji prowadziła Alacoque, Chrystus nie wygłasza traktatów ani nie objawia nieznanych prawd o świecie. Mówi rzeczy raczej proste: że ludzie są niewdzięczni wobec jego miłości, że trzeba się modlić, że szczególnie odpowiedni do tego jest czwartek wieczorem. W wizji serce Jezusa jest płonące i oplecione cierniami – obrazy dobrze już zakorzenione w ówczesnej religijnej symbolice.

Druga część recenzji

Gorejące serce i lodowata historia

Pan Andrzej w krainie czarów

Nie będę polemizował z pytaniem, czy Chrystus rzeczywiście się pojawiał, czy też nie. Sprawa ta należy raczej do sfery doświadczeń wewnętrznych. Wystarczy spojrzeć na najprostszy przykład – sny. Śnią nam się przecież rozmaite osoby, często już od dawna nieżyjące, prowadzą z nami rozmowy, przekazują rady, czasem nawet robią wyrzuty. I nikogo to szczególnie nie dziwi. Umysł ludzki potrafi wytwarzać obrazy niezwykle przekonujące.

Co prawda na jawie ze snem osobiście się jeszcze nie spotkałem, ale wiem z opowieści innych, że ludzka psychika bywa zdolna do naprawdę osobliwych sztuczek. Niedawno dobry znajomy, człowiek absolutnie trzeźwy i nie mający skłonności do fantazjowania, przeżył rzecz dość zagadkową. Twierdził mianowicie, że między północą a południem następnego dnia nie pamięta absolutnie nic z tego, co robił. Tymczasem historia jego karty kredytowej mówiła co innego: jeździł samochodem, tankował paliwo, odbierał telefony, prowadził rozmowy. Wszystko to zostało zapisane w systemach banku i operatora. Tyle że on sam nie zachował z tych wydarzeń najmniejszego wspomnienia.

Po badaniach neurolog wzruszył tylko ramionami i powiedział: „No cóż, w pana wieku, panie Andrzeju, takie rzeczy czasem się zdarzają”. I to właściwie zamyka sprawę. Umysł ludzki jest instrumentem znacznie bardziej skomplikowanym, niż nam się wydaje, i potrafi generować fałsz, który dla osoby przeżywającej go jest całkowicie realny, albo absolutnie wykasować zupełnie rzeczywistą rzeczywistość.

Bóg skarży się na brak wdzięczności

Otóż w całej tej historii ważniejsze od samego faktu rzekomego objawienia jest to, co dokładnie Chrystus miał według relacji Małgorzaty Marii Alacoque mówić. Czy nie mamy tu do czynienia po prostu z wytworem religijnej, nadgorliwej wyobraźni? Podobne wątpliwości mieli już współcześni jej duchowni. XVII-wieczni przełożeni kościelni nie przyjęli wizji z entuzjazmem. Przez długi czas traktowali je z rezerwą, momentami wręcz z pobłażliwym dystansem.

Według relacji Małgorzaty Marii Mesjasz miał powiedzieć, że ludzie obrażają go swoją niewdzięcznością i że powinni okazywać mu większą wdzięczność za jego miłość. Lekarstwem na tę niewdzięczność miała być szczególnie żarliwa modlitwa oraz ustanowienie specjalnego nabożeństwa ku czci jego serca. Trzeba przyznać, że brzmi to dość osobliwie jak na wypowiedzi Syna Bożego. W Ewangeliach – jakkolwiek dalekich od dziennikarskiej precyzji – Chrystus występuje raczej jako nauczyciel mówiący o miłości bliźniego, przebaczeniu i pokorze, a nie jako ktoś domagający się ustanowienia szczególnego kultu dla własnego organu wewnętrznego.

Sto lat w poczekalni

Od wizji Małgorzaty Marii minęło niemal sto lat, zanim Rzym zgodził się na lokalne obchodzenie święta związanego z Najświętszym Sercem. Kolejne sto lat zajęło, zanim kult rozprzestrzenił się na cały Kościół. Ta powolność oczywiście wynikała z ostrożności teologicznej oraz wątpliwości co do prawdziwości objawień. Ale w międzyczasie nabożeństwo zdążyło zdobyć ogromną popularność wśród wiernych. A gdy jakiś kult staje się masowy, Kościół rzadko z nim walczy; raczej stara się go włączyć w swój oficjalny porządek. Gdy nabożeństwo stało się silnym elementem religijnej pobożności, stało się też użytecznym narzędziem wzmacniającym pozycję Kościoła.

Pojawia się tu zasadniczy dylemat. Jeśli potraktować całą historię poważnie, to pozostają właściwie dwie możliwości: albo siostra Maria zwyczajnie zmyślała, albo – co brzmi jeszcze bardziej nieprawdopodobnie – Chrystus miałby ją wprowadzić w błąd. Cały sens tych objawień polegał przecież na tym, że nowe nabożeństwo ma poruszyć ludzkie serca i uczynić świat lepszym.

Pobożność w cieniu bomb atomowych

Nic z tego nie wyszło. Kult Najświętszego Serca Jezusa trwał trzy i pół wieku i co? I nic. Nie złagodził obyczajów, nie powstrzymał przemocy, nie uczynił świata bardziej ludzkim. Historia oglądana bez religijnych okularów pokazuje, że epoka rozkwitu tego kultu była jedną z najbardziej krwawych w dziejach.

Terror jakobiński – kilkadziesiąt tysięcy ofiar. Rzezie w Wandei, gdzie francuska armia topiła wsie we krwi. XIX i XX wiek – katastrofy społeczne, wielkie głody. I wojna światowa – kilkanaście milionów trupów, a w jej cieniu ludobójstwo Ormian. Hiszpanka – kolejne dziesiątki milionów zmarłych w męczarniach. II wojna światowa – Holokaust, bomby atomowe. Wielki głód w Chinach – następne dziesiątki milionów ofiar. Mówiąc brutalnie: ten kult to pic na wodę. Nie działa i nigdy nie działał. Taka jest prawda.

Mięso w opłatku

Przejdźmy wreszcie do ostatniej osobliwości, po którą sięgają twórcy filmu. Chodzi o znane w literaturze kościelnej przypadki tak zwanych cudów eucharystycznych, w których hostia miała przemieniać się w tkankę ludzkiego serca. W filmie przywołano przypadek z Buenos Aires z 1996 roku. Nie jest to jednak historia odosobniona. Podobne relacje pojawiają się także wcześniej: w Lanciano w VIII wieku we Włoszech oraz – bliżej nas – w Sokółce w 2008 roku w Polsce.

Według stanowiska Kościoła przeprowadzone badania miały wykazać, że w tych przypadkach chodzi o fragment tkanki mięśnia sercowego człowieka. Brzmi to oczywiście spektakularnie. Problem polega jednak na czymś innym. Po pierwsze, wyniki tych badań nie zostały opublikowane w recenzowanych czasopismach medycznych. Po drugie, materiał badawczy nie jest dostępny do niezależnej weryfikacji, co w nauce jest warunkiem podstawowym. Po trzecie wreszcie, metodologia badań nie została jasno przedstawiona, co uniemożliwia ocenę ich rzetelności. Krótko mówiąc: nie jest to spór światopoglądowy ani religijny, lecz zwykły problem naukowy.

Ostatni mężczyzna w krainie habitów

No cóż, obejrzałem film o Najświętszym Sercu Jezusa z poczuciem zawodowej odpowiedzialności. Zostałem do samego końca, choć nie ukrywam – była to pewnego rodzaju próba charakteru. Po seansie nie jestem ani bardziej wierzący, ani bardziej niewierzący. Mam natomiast nieodparte wrażenie, że twórcy filmu, próbując udowodnić prawdę religijną, posłużyli się metodami, które tę prawdę raczej osłabiają, niż wzmacniają.

Pozostaje jeszcze jedna rzecz, o której wspomniałem na początku. Kiedy zapalono światła, zrozumiałem, co przez cały seans wydawało mi się nieuchwytne. Na sali było zaledwie kilkanaście osób – wszystkie kobiety w różnym wieku oraz jedna siostra zakonna. Jedynym mężczyzną wśród widzów byłem ja. Co oczywiście samo w sobie nie jest żadnym dowodem teologicznym, ale stanowi pewną obserwację socjologiczną, z którą trudno polemizować.

Robert Jaruga

Dociekamy. Słuchamy. Podglądamy.

Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.

Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.

Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.

Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.

Pracuj z nami

Rozbijamy barykady zamkniętych umysłów.

Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.

HECHO.pl – Twoje nowe lustro Polski.
Ostrze analizy. Impuls zmiany.

Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)
Siedziba: Warszawa

KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862

Nr konta:
18 1090 1056 0000 0001 6270 8297

O wydawcy portalu HECHO.pl
Projekt: DOBOROWA.com.pl · NARRATOR Jaruga & Kędzierski · Strony internetowe, treści, AI. | Odwiedź nas

Login to enjoy full advantages

Please login or subscribe to continue.

Go Premium!

Enjoy the full advantage of the premium access.

Stop following

Przestań obserwować Cancel

Cancel subscription

Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.

Go back Confirm cancellation