Background

Nie mają nic prócz swoich rąk

TEMAT: IMIGRACJA

Legalny import, nielegalny wyzysk

Porozmawiajmy teraz o imigracji. Mam do tego pełne prawo – jako wieloletni imigrant, czyli ktoś, kto stał w kolejkach, tłumaczył się z akcentu i słuchał, że „miejscowi też chcieliby pracować”. Krótko mówiąc: znam temat od strony zaplecza, nie od strony mównicy.


Biczowanie palmą wdzięczności

Pamiętam, jak swego czasu prezes Kaczyński grzmiał, że „my wobec tych ludzi nie mamy żadnych zobowiązań”, bo – cytuję – „nie wyzyskiwaliśmy ich w koloniach, nie rabowaliśmy, nie biczowaliśmy palmą imperializmu.”

Słuchałem tego ze łzami w oczach. Autentycznie. Bo jako ongiś obcy, byłem wszystkim naraz: „polaczkiem”, „hindusem”, „żydkiem”, „ćwokiem”, „Ukraińcem”. Miałem jedno imię zbiorowe: imigrant.

W języku angielskim jest na to słowo bezwstydnej szczerości. Slave. Niewolnik. Etymologicznie od Slav, Słowianin. Przez stulecia Słowian sprzedawano na targach ludzi tak masowo, że ich nazwa stała się dla Anglosasa synonimem podczłowieka do pracy. Moi gospodarze nie musieli rozróżniać niuansów. Nie interesowało ich, skąd jestem ani kim byłem. Mówili: masz być wdzięczny, że w ogóle jesteś.

Od zasieków hańby do stref bezprawia

No i dziś stoję w innym miejscu. To imigranci przychodzą do nas, a ja – jestem u siebie. Pamiętając własne doświadczenia, uważałem, że ludzi należy traktować tak samo, bez względu na pochodzenie, język czy kolor paszportu. Dlatego zasieki na wschodniej granicy postrzegałem jednoznacznie jako mur hańby.

Ta optyka zaczęła się jednak kruszyć, kiedy – z racji światowych zasięgów – pojechałem do kuzyna pod Paryż. To, co tam zobaczyłem, zmroziło mi krew w żyłach.

Szare bloki stoją tam jak betonowe baraki po oblężeniu: odpadający tynk, wybite szyby, klatki schodowe śmierdzące uryną i strachem, a na ścianach tagi zamiast numerów mieszkań. Elektryczności brak. W mieszkaniach palą się ogniska. Na ulicach rządzą grupy młodych mężczyzn bez pracy i bez perspektyw. Sklepy obudowano kratami. Policja pojawia się wyłącznie w kolumnach, na sygnałach, z karabinami gotowymi do strzału – jakby wjeżdżała na teren wroga. To krajobraz równoległego świata.

Francuzi mają na to własne słowa: ensauvagement (czyt. ąsoważmą) albo zones de non-droit (zon de non-drła) – zdziczenie, strefy bezpańskie.

„Nasza hugoliańska wiara w człowieka zbankrutowała” – tłumaczy mi kuzyn. „Za niemieckiej okupacji czuliśmy się tu bezpieczniej: hitlerowcy byli przynajmniej przewidywalni.” Przesada – dodaje po chwili – „za Hitlera jeszcze mnie nie było.”

Posłuszni, dyspozycyjni i niewidoczni

No więc jest problem, z którym polityczną poprawnością nie da się już niczego załatwić. Z jednej strony Mariusz Błaszczak przekonuje, że „legalna migracja w sytuacji, w której przyjeżdżają ludzie do pracy – do pracy, której nie wykonują Polacy – jest koniecznością”, bo bez niej „gospodarka polska nie mogłaby się rozwijać”.

Z drugiej, lewej strony, słyszymy właściwie to samo. Magdalena Biejat podkreśla, jak bardzo przedsiębiorcom brakuje rąk do pracy, że słyszy o tym na każdym spotkaniu i że dobrze, iż imigrantów jest więcej.

Różnice ideologiczne kończą się zatem tam, gdzie zaczyna się interes. No właśnie kogo? Obie strony zakładają ten sam scenariusz: imigracja ma być legalna, imigranci – posłuszni, dyspozycyjni i niewidoczni. Mają przyjechać, zrobić swoje, a potem grzecznie wyjść z kadru.

Mamy więc układ schizofreniczny. Z jednej strony – druty kolczaste na granicy i opowieść o obronie Europy. Z drugiej – polityczne przyzwolenie na masowy import taniej siły roboczej. A z trzeciej – czarny rynek wiz, obsługiwany przez polskie państwo, który nadaje temu wszystkiemu pozory legalności.

System opiera się na fikcji, że urzędnik w konsulacie, na podstawie formularza i kilku pieczątek, jest w stanie rozstrzygnąć, czy do Unii wjeżdża „grzeczny kierowca Ubera”, czy kompletnie zdemoralizowany wykolejeniec z butelką benzyny w dłoni, idący „na spacer”.

Nowoczesna gospodarka na „zasobach ludzkich”

No ale porozmawiajmy teraz o naszej nowoczesnej gospodarce, która bez Kolumbijczyków, ukraińskich dezerterów i innych „zasobów ludzkich” po prostu się zawali. Jak to się dzieje, że przy 888 tys. bezrobotnych zarejestrowanych i 1,2–1,5 mln osób biernych zawodowo, które deklarują chęć podjęcia pracy, jedyną odpowiedzią systemu jest import siły roboczej?

Legalny import, nielegalny wyzysk

Po pierwsze: legalnie importowana siła robocza wcale nie powinna być tańsza od miejscowej. Prawo jest jedno dla wszystkich: te same minimalne stawki godzinowe, ten sam obowiązek ubezpieczenia, te same normy BHP, a do tego – w wielu przypadkach – obowiązek zapewnienia zakwaterowania i dowozu do pracy.

A jednak w Polsce pracuje dziś około 1,3 mln cudzoziemców. Nie dlatego, że są lepiej wykwalifikowani, bardziej zmotywowani czy kulturowo predestynowani do skręcania mebli szybciej niż Polacy. Powód jest prostszy i brzydszy: to jest biznes. I to jest oszustwo.

Legalność kończy się zwykle na wniosku wizowym. Dalej zaczyna się kreatywna księgowość, agencje-wydmuszki, fikcyjne umowy, potrącenia „za łóżko”, „za transport”, „za pomoc w legalizacji”, „za powietrze”. Cudzoziemiec formalnie zarabia minimalną krajową, realnie dostaje ochłapy.

12 godzin dziennie, 7 dni w tygodniu, 8 osób w pokoju

Mógłbym wymienić z imienia i nazwiska całkiem szanowanych „biznesmenów” (z legitymacją słusznej partii), którzy na imporcie półniewolniczej pracy robią dziesiątki milionów rocznie. Mógłbym wskazać konkretne zakłady pracy – na przykład fabryki meblowe – gdzie ludzie pracują po 12 godzin dziennie, siedem dni w tygodniu, w hałasie i chemii, śpiąc po ośmiu w jednym pokoju, bo „tak wychodzi taniej”. Oficjalnie – wszystko zgodnie z prawem. Faktycznie – plantacja, tylko bez palm.

W sprawozdaniu Państwowa Inspekcja Pracy za 2024 r. czytamy, że inspektorzy stwierdzili naruszenia prawa wobec zatrudnionych cudzoziemców u ponad 14 tys. podmiotów, doprowadzili do wypłaty zaległych wynagrodzeń na 268 mln zł oraz udzielili blisko 170 tys. porad prawnych.

Mógłbym wskazać inspektorom jeszcze kilka kierunków, w których warto byłoby zajrzeć, ale na tym etapie poprzestańmy na statystyce. Redakcja nie dysponuje zapleczem procesowym pozwalającym na otwarte starcia z rekinami handlującymi siłą roboczą.

Importujemy wyzysk

Sytuacja wcale nie jest jednoznaczna. Z jednej strony słyszymy, że trzeba – że bez importu siły roboczej gospodarka się zawali. Z drugiej strony coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że wcale nie trzeba – bo ludzie są na miejscu. Albo więc oszustwem jest teza, że „brakuje rąk do pracy”, albo oszustwem jest twierdzenie, że Polacy do tej pracy się nie nadają.

Dlaczego więc tak to wygląda? To nie jest problem stricte ekonomiczny. To problem socjologiczny i mentalny.

Po pierwsze: margines wolności

W Polsce nie jest tak, że ludzie masowo umierają z głodu, gdy nie mają pracy. Istnieją zasiłki, wsparcie rodzinne, dorywczość, szara strefa. Krótko mówiąc: istnieje pewien margines wolności. A wolny człowiek, którego nie da się docisnąć do ściany wizją absolutnej nędzy, jest dla radykalnie wolnorynkowej gospodarki problemem strukturalnym.

Po drugie: narzędzie, nie partner

Przedsiębiorca nie potrzebuje pracownika w sensie partnerskim. On potrzebuje narzędzia. Kogoś, kto przyjdzie, zrobi swoje, nie zapyta „dlaczego”, nie pójdzie na L-4, nie podniesie głowy. Młotka, tragarza, trybiku. Pracownik z alternatywą życiową psuje ten model.

Po trzecie: hierarchia poniżenia

Istnieje cicha zgoda społeczna, że w każdym społeczeństwie ktoś musi mieć gorzej. Bezrobotni nie protestują masowo przeciw temu, że rynek jest zalewany tanią siłą roboczą, bo dostają zasiłek i – co ważniejsze – widzą poniżej siebie jeszcze kogoś bardziej sponiewieranego. To daje złudne poczucie hierarchii i bezpieczeństwa: nie jest dobrze, ale przynajmniej nie najgorzej.

I wreszcie: filantrop z hali

Są jeszcze dobrodzieje-pracodawcy. Dla części z nich zatrudnianie cudzoziemców to nie tylko rachunek ekonomiczny, ale też symboliczna nobilitacja. Lokalny przedsiębiorca z prowincji może poczuć się jak globalny gracz: „daje pracę”, „ratuje ludzi”, „buduje wielokulturowość”. W tej narracji przestaje być zwykłym stolarzem czy właścicielem hali – staje się filantropem historii, który „daje chleb” tym, którzy bez niego rzekomo nie mieliby nic.

Szacunek? To się nie opłaca

W Polsce nie brakuje rąk do pracy. Brakuje godnych warunków. Za to nadmiarowo dostępne są warunki niegodne – niskie płace, niestabilność, arbitralność decyzji, pogarda wpisana w relację pracodawca–pracownik. I właśnie do tych warunków potrzebni są ludzie, którzy zgodzą się na poniżenie, wyzysk i bezduszność, bo nie mają wyboru.

Gdyby naprawdę brakowało rąk do pracy, podniesiono by płace, skrócono godziny, poprawiono warunki, zainwestowano w szkolenia. Ale tego się nie robi. Zamiast tego importuje się takich, którym można powiedzieć: „jak się nie podoba, wracaj”. W Polsce deficyt nie dotyczy pracy. Dotyczy szacunku.

Recepta na migrację z sensem

Ten model gospodarczy musi się wykoleić. Opiera się na taniej, słabo chronionej pracy, co prowadzi do niskiej produktywności, wysokiej rotacji i braku innowacji. PKB rośnie „na sterydach”, ale bez fundamentów na przyszłość.

Import pracowników nie rozwiązuje problemu demografii. Migranci nie zakładają tu rodzin, a Polaków zniechęca się do posiadania dzieci przez niestabilną pracę, drogie mieszkania i niepewną przyszłość.

Polska potrzebuje migracji selektywnej, stabilnej i osiedleńczej, a nie masowego importu ludzi jednorazowego użytku. Potrzebuje cudzoziemców, którzy zostaną, założą rodziny, będą płacić podatki i składki, staną się częścią społeczeństwa – a nie pracowników „na chwilę”.

Nie potrzebujemy cudzoziemców do utrzymywania patologicznie niskich płac, do obchodzenia prawa pracy, do dyscyplinowania własnych obywateli strachem przed zastąpieniem.

Problem więc nie brzmi: czy cudzoziemcy są potrzebni. Problem brzmi: czy chcemy państwa, które buduje przyszłość, czy gospodarki, która tylko kupuje sobie czas. Jeśli wybieramy to drugie, to odpowiadam – cudzoziemcy będą potrzebni zawsze. Ale potem zabraknie już wszystkiego innego.

Dociekamy. Słuchamy. Podglądamy.

Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.

Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.

Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.

Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.

Pracuj z nami

Rozbijamy barykady zamkniętych umysłów.

Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.

HECHO.pl – Twoje nowe lustro Polski.
Ostrze analizy. Impuls zmiany.

Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)
Siedziba: Warszawa

KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862

Nr konta:
18 1090 1056 0000 0001 6270 8297

O wydawcy portalu HECHO.pl
Projekt: DOBOROWA.com.pl · NARRATOR Jaruga & Kędzierski · Strony internetowe, treści, AI. | Odwiedź nas

Login to enjoy full advantages

Please login or subscribe to continue.

Go Premium!

Enjoy the full advantage of the premium access.

Stop following

Przestań obserwować Cancel

Cancel subscription

Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.

Go back Confirm cancellation