Background

1000 filmów o Mateuszu

Artykuły arrow_drop_down

Wałęsa nie czytał, Lenin pisał tomy

W dobrym tonie każdego polityka jest wydać choć jedną książkę pod własnym nazwiskiem – z obowiązkowym tytułem w stylu Słowo, honor i cośtam. Nawet Lech Wałęsa jedną wydał, choć, jak sam zeznał, żadnej nie przeczytał.

Niewielu polityków wniosło jednak tak potężny wkład w kulturę jak Włodzimierz Lenin, którego Wielka edycja jubileuszowa Dzieł wszystkich liczyła 60 tomów. To absolutny rekord wszech czasów. Nikt wcześniej ani później nie napisał tyle o sobie i o własnej nieomylności w tak krótkim czasie.

Wódz rewolucji zmarł mając zaledwie 53 lata, a zdążył już nie tylko obalić carat, ale też zostawić po sobie biblioteczny odpowiednik mauzoleum – z liter zamiast marmuru. Przyznam, że próbowałem to czytać. Próbowałem. Do dziś czuję w oczach ukłucia cyrylicy i zapach szczerej ideologii.

Drugim literackim herosem polityki był Winston Churchill. Jego Pamiętniki o drugiej wojnie światowej to 12 woluminów w polskim wydaniu. Dzieło monumentalne, heroiczne i zupełnie nie do czytania, ale każdy inteligent trzyma to na półce, żeby wyglądało, że wie, kto wygrał.

Czasy jednak się zmieniły. Ludzie nie czytają już książek, tylko memy, paragony z Biedronki i gazetki Lidla. Pisanie z sensem nie ma sensu. Nową formą pamiętnika politycznego oraz predykcji stał się YouTube, a jego najgorliwszym obecnie politycznym eksploatatorem  -Mateusz Morawiecki.

Od września 2024 roku opublikował ponad 1100 filmów, czyli średnio dwa dziennie. Tyle co Lenin przez całe życie.

Imperia piórem budowane

Oczywiście, ani Lenin, ani Churchill nie pisali po to, żeby ich czytać. Pisali, żeby ich czcić. Bo przeczytanie ich dzieł wymagałoby nie tyle cierpliwości, co urlopu zdrowotnego. Szacunkowo – przy ośmiu godzinach lektury dziennie – zajęłoby to od trzech miesięcy w Londynie do dziewięciu w Smoleńsku. Ale nie o to chodziło. Dzieła wszystkie Lenina miały podtrzymać jego boskość w granicach ZSRR, a Pamiętniki Churchilla – jego pomnik w granicach zdrowego rozsądku. Jeden zbudował imperium, które się rozpadło, drugi opisał imperium, które już się rozpadało. Obaj jednak zrobili to z klasą: piórem, papierem, przypisami i redaktorami, którzy jeszcze coś rozumieli z interpunkcji.

 

Morawiecki w natarciu

Dziś mamy nowy wymiar wielkości: MorawieckiTV. Nikt przy zdrowych zmysłach nie przejrzy 1100 odcinków z tą samą gadającą głową w okularach – stale napiętą, rozgrzaną retorycznie, ideowo niezmienną. 1100 filmów z jednym aktorem? Hollywood się kłania i wraca do szkoły. Powstała epopeja serialowa bez precedensu: każdy odcinek wygląda jak poprzedni, a jednak, jak u Lenina,  każde słowo udaje, że właśnie odmienia bieg historii. Wszystkiego nie zniosłem, ale poglądowo opiszę, jak to wygląda.

Kubek, laptop i dwie flagi

Pierwszy plan: kubek lub szklanka – w zależności od nastroju – oraz laptop typu Yoga, co to po odłączeniu klawiatury można złożyć w tablet albo w origami.

Następnie blat biurka: sosna bejcowana na mahoń w półpołysku – klasyka polskiego patriotyzmu wizualnego. Drewniany prestiż, ale bez przepychu, taki „luksus z Castoramy”.

Drugi plan: ON – we własnej osobie. Zazwyczaj w białej koszuli, czasem niebieskiej (żeby pokazać, że jest też człowiekiem z ludu). Przypięty mikrofonik, co wygląda, jakby zaraz miał prowadzić wiadomości w Telewizji Republika albo zapowiadać promocję w Biedronce.

Trzeci plan: dwie polskie flagi – w razie gdyby ktoś wątpił, że to Polska. Zasłonka w kolorze kawa z mlekiem (czyli neutralna politycznie) i doniczka z domowym zielskiem.

Pod ostrzałem

I teraz zaczyna się kanonada. Napierdalanie z armaty retoryki, festiwal przeinaczeń i popis demagogii artystycznej. Każdy odcinek to kopniak w krocze rzeczywistości, a każdy tytuł brzmi jak rozdział z Biblii Straszenia Narodu Polskiego. Morawiecki nie robi filmów. On wydaje codzienny biuletyn zagłady. Wystarczy spojrzeć na same tytuły tej sagi nienawiści:

Dlaczego obniżenie ratingu przez Moody’s to ZŁY SYGNAŁ dla Polski! – czyli wstęp do kursu „Jak przestraszyć obywatela bez użycia broni”.
Ukryty kryzys: rekordowe zwolnienia w Polsce! – odcinek, w którym Polska tradycyjnie stoi nad przepaścią, ale Mateusz zapewnia, że już wie, kto ją tam zaprowadził.
Tonący statek polskich finansów. Dokąd zmierza Polska? – Titanic, kapitan Tusk przy sterze, orkiestra gra hymn.
Rekordowy DEFICYT Tuska. 156,7 miliarda długu! – liczby jak z horoskopu, tylko bardziej katastroficzne.
Tusk robi SHOW zamiast reform? „Piramida PR-u” zamiast deregulacji! – archeologia oburzenia w praktyce.

Potem już tylko powtórki z rozrywki: Gospodarczy chaos, Państwo z tektury, Rząd nie ma planu, Zielony Ład, ale brudna prawda, Europa na rozdrożu… Słowem – ten człowiek ma jedną melodię, ale gra ją na wszystkich instrumentach nieszczęścia.

Mydło, wałki i makaron

Każdy tytuł wygląda jak komunikat alarmowy w TVP Info z 2020 roku, tylko bez podpisu „na żywo”. Morawiecki w roli głównej, Morawiecki w roli komentatora, Morawiecki w roli ofiary. Autotematyzm godny Felliniego – albo ministra, który pomylił kamerę z lustrem.

To nie kanał informacyjny. To telewizja terapeutyczna dla człowieka, który nie pogodził się z utratą stołka. Każdy odcinek kończy się tym samym wnioskiem: Tusk winny, Unia podejrzana, Polska w ruinie, a Mateusz – na posterunku. To już nie publicystyka, to liturgia apokalipsy.

Projekcje przerywane są reklamami mydła, wałków do malowania i makaronu. Nie twierdzę, że Morawiecki sam wybiera te reklamy – choć po jego minie czasem można odnieść wrażenie, że właśnie negocjuje kontrakt z Lidlem. To algorytm YouTube’a dobiera przekaz do widza, a ten algorytm, proszę Państwa, nie ma złudzeń co do publiczności. Wie, że kto ogląda Morawieckiego, ten potrzebuje czystości (po wiadomościach), remontu (po rządach) i węglowodanów (żeby to wszystko przetrwać). To nie przypadek – to nowy rodzaj targetowania: polityczno-egzystencjalny.

Od ruiny do rutyny

Oczywiście Morawiecki na wszystkie katastrofy, które – jak twierdzi – przyszły wraz z Tuskiem, ma gotowe antidotum. I to w stylu klasycznego dowcipu o cyrku, w którym publiczność została opryskana kroplami gówna. Gdy kurz, smród i panika sięgają sufitu, z ciemności wychodzi konferansjer, cały w bieli, uśmiechnięty od ucha do ucha i mówi z dumą:
„A teraz, proszę państwa, wystąpię ja!”

Otóż dokładnie tak działa Morawiecki. Po każdej katastrofie, którą sam przez osiem lat współtworzył, pojawia się z filmikiem, żeby ogłosić, że to on był zawsze po stronie czystości, rozsądku i odkupienia. W jego narracji wszystko, co robiły rządy PiS po 2014 roku – kiedy, jak pamiętamy, zastały Polskę w ruinie – było sensowne, godne i sprawiedliwe, a przy okazji jeszcze nowatorskie, prorocze i na wieki wieków mądre. PiS nie tylko ocalił kraj, ale jeszcze wynalazł elektryczność, węgiel bez dymu i polski dobrobyt w proszku instant. A obecne rządy? Oni, proszę państwa, nie mają żadnych własnych pomysłów – jedynie kontynuują linię PiS-u, którą będąc w opozycji krytykowali. Czyli klasyka: zabrali nam władzę, ale niech przynajmniej przyznają, że mieliśmy rację.

Prawda na urlopie

Obiektywnie rzecz biorąc – jakie wrażenie robi to wszystko na przeciętnie krytycznym widzu? Widzi przed sobą 57-letniego faceta o umyśle księgowego, który z nabożną powagą opowiada o miliardach w deficycie, wskaźnikach inflacji i „koniecznościach dziejowych”, jakby świat kończył się na tabelce w Excelu. Człowieka, który życie utożsamia z arkuszem kalkulacyjnym, a moralność z rubryką „wydatki bieżące”.

Nie ma w nim ani odrobiny autoironii, za to pełno autopromocji i samozachwytu. To typ, który potrafi patrzeć prosto w kamerę i kłamać z przekonaniem profesora etyki stosowanej.
Jego światopogląd jest prosty jak linia trendu: wszystko, co dobre, to PiS; wszystko, co złe, to Tusk.  Momentami wygląda, jakby czytał z promptera ustawionego przez Ducha Balcerowicza, albo – co bardziej prawdopodobne – jakby był własnym awatarem. I szczerze mówiąc, nie można tego wykluczyć. Niektóre filmiki Morawieckiego mają tak nienaturalną mimikę i tak gładkie kadry, że wygląda, jakby sam siebie wygenerował w AI – wersja Mateusz 2.0, Premier w Chmurze.

Budżet ego na minusie

Morawiecki jest zarośnięty wiarą w siebie i własną misję. Wyraźnie cierpi na deficyt władzy – największy, jakiego nie da się załatać w żadnym budżecie. Bo prawda jest taka, że nie naród go odsunął, lecz arytmetyka sejmowa – chwiejna, dramatyczna, na granicy kilku  głosów. Niewiele brakowało, a dalej siedziałby w KPRM, przekonany, że historia ma w rubryce „premier” tylko jedno nazwisko. W rezultacie oglądamy kogoś, kto nadal przemawia, słowotokiem jak staccato kałasznikowa, z rytmiczną pewnością, że jeśli wystrzeli wystarczająco dużo słów, to któreś z nich trafi w przyszłość.

Zamiast jachtu - kanał. Jutubowy

Oczywiście powstaje pytanie: kim on właściwie dziś jest? Vlogerem? Prorokiem? Czy może nieudanym spin-doktorem własnego mitu? Czy on w to wszystko naprawdę wierzy? Bo jak mawiają finansiści – prawdziwy test wiary polega na tym, czy postawiłbyś na to własne pieniądze.

No więc postawił.
I to niemało.

Nagranie 1100 filmów po rynkowych stawkach to koszt około miliona złotych, do tego 70 odcinków sponsorowanych, czyli kolejne 140 tysięcy. Oficjalnie właścicielem kanału jest Biuro Poselskie Mateusza Morawieckiego, ale tu zaczyna się ciekawiej. W sprawozdaniach finansowych biura, składanych w Sejmie, nie ma żadnych wydatków na reklamę, sponsoring czy kampanię wizerunkową. Nie wykluczone więc, że rachunki opłaca któraś z fundacji, które Morawiecki hojnie wspierał jeszcze jako premier – lub że sam finansuje tę produkcję ze swojej kieszeni. Jeśli tak, to trzeba przyznać: inwestycja godna wizjonera. Zamiast kupić sobie jacht, wczasy na Seszelach albo kolejny złoty zegarek, zainwestował w samego siebie – bez gwarancji zwrotu. Mateusz Morawiecki najwyraźniej naprawdę wierzy w siebie.
I to, proszę Państwa, jest dla Polski zła wiadomość.

Bo o ile w Harvardzkiej księgowości „wiara” nie figuruje w kolumnie „aktywa”, to jednak – jak uczy historia – wiara potrafi przenosić góry, zawracać rzeki i od czasu do czasu przywracać stołki.

Recepcja filmografii Morawieckiego jest, delikatnie mówiąc, mizerna. Najpopularniejszy film osiągnął około 200 tysięcy wyświetleń. Reszta kręci się poniżej 40 tysięcy. Ale, jak mawiał pewien znany minister propagandy: „Ludzie uwierzą w każdą bzdurę, byleby powtarzać ją wystarczająco często.” A Morawiecki powtarza. Z zapałem, dyscypliną i statywem.

Robert Jaruga

O Autorze :

O Autorze : call_made

Robert Jaruga

O AUTORZE : Jest sukcesem reprodukcyjnym ojca Józefa i matki Marii. Jasno z tego wynika, że urodził się w świętej rodzinie. Skończył dziennikarstwo w Warszawie i nauki polityczne w Hamburgu. Wolno mu więc o sobie mówić, że jest prawdziwym hamburgerem. Pociesza go, że składa się z inteligentnej materii o masie 1300 gramów (waga mózgu). Martwi, że zliczając masę 7,3 miliarda mózgów zamieszkujących Ziemię wychodzi, że inteligentna materia stanowi pomijalny procent materii nieinteligentnej, z której składa się makrokosmos. (Perfekcyjny w pielęgnacji swej intelektualnej niezależności – przyp. red).

Więcej artykułów Dorobok

trending_flat
Bankier szuka żony w koniczynie

Mateusz Morawiecki cierpi, co jest widokiem równie budującym, co procesja Bożego Ciała w rzęsistym deszczu. Niby mokro i smutno, ale widowisko przednie. Jego romans z prezesem-bożkiem wszedł właśnie w fazę, którą w podręcznikach biologii i patologii władzy opisuje się jako „stadium pożarcia godowego”.  Jarosław Kaczyński ma bowiem tę urokliwą cechę modliszki, że każdą swoją polityczną nałożnicę – od Dorna i Marcinkiewicza, przez Ziobrę, Gowina, Kluzik-Rostkowską, aż po Kurskiego, Kamińskiego i Cymańskiego – najpierw obsypuje stanowiskami i zaszczytami, a potem spuszcza w klozecie historii. Teraz kolej na Mateusza, który przed świętami  poczłapał na Nowogrodzką, by wreszcie usłyszeć z ust samego Najwyższego to, co dotąd z lękiem podczytywał w Onecie: że jego termin przydatności do spożycia minął. W przedpokoju do sypialni prezesa, tam gdzie zapach naftaliny i starego kawalera miesza się z aromatem absolutnej władzy, pręży się już przecież Przemysław Czarnek. Nowy harcerz […]

trending_flat
Pieczony listonosz w sosie z węgla kamiennego

Instrukcja likwidacji człowieka Trudno nie zauważyć, że nasz rodzimy kapitalizm się zużył. To system schyłkowy. Bo oto gruchnęła wieść, która wstrząsnęła polskim Internetem mocniej niż zgon Chucka Norrisa. Niejaki Sebastian Mikosz, prezes Poczty Polskiej, stracił robotę. Z dnia na dzień stał się zbędny, co jest o tyle zabawne, że przez ostatni rok przekonywał wszystkich, iż to inni są zbędni. Rzeźnik w Armanim Mikosz to postać niemal biblijna, tyle że zamiast rozmnażać chleb, on go ludziom odbierał. Dokonał rzeczy „wielkiej”. Zredukował deficyt Poczty o 500 mln zł. Metodą godną największych rzeźników polskiego biznesu – wypierdolił na zbity pysk ponad osiem tysięcy pocztowców. Opinie o nim są w narodzie, a zwłaszcza wśród tych, którzy jeszcze niedawno dźwigali torby pełne wezwań z sądów, nadzwyczaj spójne. „Bardziej zadufanego w sobie faceta nie widziałem w życiu”. Mikosz niszczył Pocztę Polską z taką samą gracją, z […]

trending_flat
Nieznany kraj za Bugiem

NIEZNANY KRAJ ZA BUGIEM Samce alfa nad mapą Europy W minionym tygodniu miały miejsce zdarzenia dość istotne z punktu widzenia geopolityki. Donald Trump oświadczył z pewną pretensją, że europejscy sojusznicy wypięli się na niego w sprawie ataku na Iran. Trudno nam się dziwić. Bo jeśli jeszcze niedawno pomysły o aneksji Kanady, połknięciu Grenlandii, stąpaniu po Kubie można było traktować jako polityczną hucpę i element wizerunkowego kabaretu człowieka w czerwonej bejsbolówce, założonej daszkiem do tyłu, to w zestawieniu z porwaniem Maduro oraz realnym bombardowaniem ludzi w Iranie przestają śmieszyć. Zaczynają niepokoić. Europejscy przywódcy doszli do wniosku, że człowiek, który żartuje z podbijania świata, może w pewnym momencie przestać żartować. Pierwsza dama do ostatniego dyktatora Dwa incydenty przeszły jednak niemal niezauważone. Oto na Białoruś, by uścisnąć dłoń Aleksandra Łukaszenki, pofatygował się niejaki John Coale. To amerykański prawnik, wysłannik Trumpa do spraw zbyt […]

trending_flat
Gorejące serce i lodowata historia

Początek recenzji Gorejące serce i lodowata historia Zaczęło się niewinnie. Do redakcji przyszedł mail o treści następującej: „Imię i nazwisko: Jan Kochani, mam do Was prośbę: pójdźcie na film pt. „Najświętsze Serce” i napiszcie rzetelną recenzję. Sam bym poszedł, ale ksiądz proboszcz powiedział, że nawet najbardziej zatwardziali bezbożnicy w ateistycznej Francji – taki przykład podał – wychodzą z tego filmu nawróceni, więc wolę nie ryzykować. Wam to pewnie nie grozi. Pozdrawiam i czekam.” Bozia w multipleksie Przyznam szczerze: nie spieszyło nam się na taki seans. Ostatni film religijny, który zapadł nam w pamięć, to „Pasja” Mela Gibsona z 2004 roku – jeden z największych fenomenów frekwencyjnych kina religijnego. Było to, proszę Państwa, omal ćwierć wieku temu. Jednak z zawodowej ciekawości sprawdziliśmy, co o nowym filmie „Najświętsze Serce” z 2025 roku mówią jego entuzjaści. Episkopat informuje, że produkcja „przyciąga tłumy do […]

trending_flat
Polska: Made in USA

SUWERENNOŚĆ – WERSJA SOJUSZNICZA Kraj, o którym się komunikuje Można dziś odnieść wrażenie – nie będę mówił kto i co – że Polska nie jest krajem, z którym się rozmawia, lecz krajem, o którym się komunikuje. To różnica subtelna, lecz zasadnicza: z krajem, z którym się rozmawia, prowadzi się dialog. Kraj, o którym się komunikuje, jest odbiorcą komunikatu. Jednokierunkowego. Teraz głos zabiera sam premier, że sojusznicy powinni się szanować. Rodzi się zatem podejrzenie, że ten szacunek nie jest oczywisty. Być może jest niesymetryczny. Brak szacunku nosi imię pogardy. I co z tego wynika? Ano nic. Dalej będziemy udawać, że jesteśmy równoprawnym partnerem, a oni będą nas klepać po plecach i mówić: „dobry piesek”. Guantanamo w Kiejkutach Pytanie, czy Polska jest państwem niezależnym od Stanów Zjednoczonych, pojawia się dziś coraz częściej. Nie jest nowe. Jeśli dobrze pamiętam, po raz pierwszy stanęło […]

trending_flat
Kapitalizm bez rewolucji

GALA BCC Święto niezarejestrowanej partii biznesu 20 lutego, w miniony piątek, w DoubleTree by Hilton Hotel & Conference Centre Warsaw, odbyła się doroczna gala Business Centre Club (BCC). Czyli święto niezarejestrowanej partii biznesu, która nie startuje w wyborach, ale rządzi jednak setkami tysięcy dusz. W świetle reflektorów wręczano Złote, Srebrne i Platynowe Statuetki Lidera Polskiego Biznesu – odpowiedniki medali mistrzostw Polski. BCC to nie jakiś klub dyskusyjny dla aspirujących księgowych. To poważna, historyczna organizacja kapitalistyczna, którą w czasach swojej świetności zaszczycał nawet premier Leszek Miller. Konkurs „Lider Polskiego Biznesu” to nie firmowa gala konsultantów podatkowych z międzynarodowej korporacji Ernst & Young (EY). To też nie półtajemne zgromadzenie najbogatszych z Polskiej Rady Biznesu. Ani konfederacja branżowych interesów pod szyldem Lewiatana. BCC ma ambicję być Komitetem Olimpijskim polskiego kapitalizmu. Goliszewski w grobie się przewraca Wprawdzie legendarny prezes-założyciel BCC Marek Goliszewski (kandydat na […]

Powiązane

trending_flat
Język jako źródło cierpień

Freud wciąż boli Pomazaniec narodu Karol Nawrocki - z legitymacji ponad dziesięciu milionów obywateli i może dwóch wątpiących - zadał cios w kroczę zwyrodnialstwu językowemu, wetując ustawę o uznaniu języka wilamowskiego za język regionalny. Nie wiecie, co to jest ten język wilamowski? I bardzo dobrze, dlatego nigdy nie zostaniecie prezydentami. Prezydent wiedział. Wiedział i rozumiał, jakie zagrożenie dla zdrowego kręgosłupa narodowej polszczyzny niesie grupa staruszków z Wilamowic, którzy mamroczą słowa niezrozumiałe nawet dla Google Translate. Językiem wilamowskim posługuje się w Polsce aż trzydzieści osób w miasteczku Wilamowice, liczącym 3165 mieszkańców, koło Bielska-Białej. Gdyby zatem uznać wilamowski za język regionalny, to za chwilę cała Polska zaczęłaby mówić po wilamowsku. Katowice by poszły, Warszawa by padła, a telewizja publiczna musiałaby zatrudnić tłumacza z wilamowskiego na polski i odwrotnie. Zapanowałby chaos semantyczny, rozpad znaczeń i niebezpieczeństwo, że ktoś pomyli „ojczyznę” z „ojcizną”. Dlatego […]

trending_flat
WIELKI HETMAN MORAWIECKI

Mateusz Morawiecki najwyraźniej nie ma co robić. Majątek przepisał na żonę - i dzięki temu nikt nie wie, jakie akcje spółek skarbu państwa posiada, a jakie lepiej omijać szerokim łukiem. Wszystkie niecności okresu premierowania - w tym zaprzepaszczenie 700 miliardów złotych z KPO, które rzekomo „załatwił” Polsce i do których szczerzył się na plakatach - uszły mu płazem. Podobnie jak koszmary legislacyjne w rodzaju ustawy podatkowej zwanej Polskim Ładem czy budowanie na spółę z Glapińskim równoległych budżetów państwa poza kontrolą Sejmu. Dzięki pobłażliwości Tuska i własnej aktywności w mediach, zapewne wspieranej przez Kaczyńskiego, Morawiecki nie tylko wrócił do gry, ale wręcz jest rychtowany na premiera 2027 roku. Krąg wzajemnego zaufania i przelewów Tutaj wypada przypomnieć, że 6,54 mln zł (ze środków Skarbu Państwa) plus 3 529 945 zł – ta druga suma już bezpośrednio z Kancelarii Premiera - trafiły do […]

trending_flat
Jak student historii został prezydentem lub alfonsem

Otóż ostatni tydzień przyniósł wieść, która zaparła dech w piersiach i spowodowała zamęt w głowach. Karol Nawrocki, obecny prezydent, będzie walczył z Axel Springerem – a konkretniej z jego polskimi podkomendnymi z Onetu.pl – o to, czy w czasach młodości zajmował się stręczycielstwem, czy też jednak nie zajmował. Istota sporu tkwi w pytaniu: czy Karol Nawrocki oprócz tytułu prezydenta nosi w życiorysie także epizod alfonsa z sopockiego Grand Hotelu.  Sugestie o alfonsowaniu znalazły się w publikacji Onetu, która - przypadkowo wyszła akurat w kampanii wyborczej. Skutek? Dla Karola poniżający, bo w opinii dużej mniejszości został alfonsem z Grandu.No i teraz mam dylemat natury egzystencjalno-obywatelskiej. Jako niechętny Nawrockiemu -przyznaję bez bicia - wolałbym, żeby był alfonsem. To by wiele tłumaczyło i ubarwiło nasze życie polityczne. Ale jako obywatel, który jeszcze płaci podatki, muszę jednak woleć, aby prezydent alfonsem nie był.No i […]

trending_flat
Mięśnie zamiast mózgu

Jeżeli chodzi o mój zawód dziennikarza i publicysty - największym problemem jest autocenzura. Dziennikarz jest bowiem jak termometr wsadzony w tyłek niemowlęcia: jego zadaniem jest rzetelnie i obiektywnie wyjaśnić, jaka jest temperatura owego tyłka. Niestety nie wolno zapominać, że termometr ma też swoją własną temperaturę - zazwyczaj niższą niż ludzka - i ta jego chłodna natura nieuchronnie wpływa na wynik pomiaru. Innymi słowy, sam akt mierzenia zmienia mierzony obiekt. Zatem mam dylemat zawodowy: wiem, że każde słowo, każda obserwacja, każdy opis - choćby obiektywny - wpływa na rzeczywistość, którą próbuję przedstawić. Moja obecność w temacie jest jak wejście z termometrem do tyłka: zafałszowuje to, co chciałem uchwycić. Dlatego często mówię: może lepiej przemilczeć, lepiej nie mierzyć, lepiej nie wyjaśniać. Słowa mają moc. Mogą zmienić temperaturę całego układu, zanim ktokolwiek zdąży zauważyć, jaka ona była naprawdę. Dzisiaj więc zaryzykuję i zrobię […]

trending_flat
Przegrana od nominacji

Zawsze z lekkim, niezdrowym napięciem obserwuję powoływanie nowego rządu – albo choćby jego drobne roszady. Wśród uśmiechów, gratulacji i błysków fleszy istnieje moment zupełnie tragiczny. To ta chwila, gdy prezydent wręcza nominację ministrowi zdrowia. Uprzejmy gest, teczka z orłem, uścisk dłoni. A w istocie – egzekucja. Dlatego nie potrafię się nie wzruszyć, patrząc na Jolantę Sobierańską-Grendę - świeżo upieczoną panią minister - która w garsonce w kolorze viagry (niebieski jak nadzieja, że jeszcze coś stanie) stanęła przed prezydentem i odebrała swój los zapieczętowany obwolutą. Trzymała się nieźle, jak na swój wiek - choć wyglądała, jakby miała zaledwie trzydzieści parę i jeszcze mogłaby pożyć. A jednak - od tej chwili zaczyna się agonia. Zdrowie publiczne – misja samobójcza Minister Zdrowia to człowiek, który ma po prostu przejebane. To najbardziej niewdzięczny resort w całym katalogu państwowych stanowisk. Dostać zdrowie w spadku to […]

trending_flat
Architekt cieni. Rządzić, nie będąc u władzy

Nie będę o tym, bo już inni byli to zrobili, dlaczego Trzaskowski przegrał. W większości byli słuszni, choć zasadniczo mylni. Bo owszem, przegrał. Ale zdobył 10 milionów, a to wynik więcej niż przyzwoity. Różnica jednego procenta to nie nokaut, tylko rysa na wyniku. Nie jest wcale oczywiste, że gdyby wypadł lepiej na debacie albo gdyby jego kampanią nie zarządzała osoba o kwalifikacjach z „Dzień Dobry TVN”, to rezultat byłby inny. To zbyt prosta interpretacja. Świat i polityka – tak nie działają.Przyjrzyjmy się fenomenowi rzeczywistego przeciwnika Trzaskowskiego. Pochylmy się nad tym unikatem na skalę światową – człowiekiem, który nie startuje, nie kandyduje, nie zabiega... a i tak rządzi wszystkim i wygrywa. Tym który rozegrał Trzaskowskiego.Fenomen trwaniaÓw nie goni za pieniędzmi, nie celebruje luksusu, nie potrzebuje aprobaty mediów. Nie ma dzieci. Nie ma żony. Nie jeździ do Toskanii. Nie biega, nie pływa, […]

Bądź pierwszym, który skomentuje!

Co o tym myślisz ?

Twój adres e-mail pozostanie poufny. Gwiazdką (*) oznaczone są pola obowiązkowe.

Dociekamy. Słuchamy. Podglądamy.

Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.

Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.

Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.

Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.

Pracuj z nami

Rozbijamy barykady zamkniętych umysłów.

Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.

HECHO.pl – Twoje nowe lustro Polski.
Ostrze analizy. Impuls zmiany.

Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)
Siedziba: Warszawa

KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862

Nr konta:
18 1090 1056 0000 0001 6270 8297

O wydawcy portalu HECHO.pl
Projekt: DOBOROWA.com.pl · NARRATOR Jaruga & Kędzierski · Strony internetowe, treści, AI. | Odwiedź nas

Login to enjoy full advantages

Please login or subscribe to continue.

Go Premium!

Enjoy the full advantage of the premium access.

Stop following

Przestań obserwować Cancel

Cancel subscription

Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.

Go back Confirm cancellation